Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
O wszystkim

Z prochu powstałeś…

dodany przezKamil Timoszuk 6 grudnia 2014 0 Komentarzy

Sobota nigdy nie była dniem, kiedy wy czyli moi czytelnicy, zaglądaliście tutaj jakoś specjalnie aktywnie. Dlatego też dziś wykorzystam ten fakt do tego, aby napisać tekst o czymś innym niż przeważnie. Nie będzie o CrossFicie, jedzeniu, trenowaniu czy jeździe na rowerze. Dziś będzie o życiu i jego stracie.

W ostatnim czasie, a dokładniej rzecz biorąc godzinach, dotarła do mnie informacja tak samo zaskakująca jak i niewesoła. Tą informacją okazała się wiadomość o śmierci mojego sąsiada z podwórka obok. Śmierć, która zastała go w… autobusie. Złośliwością i chichotem losu jest w tym wszystkim fakt, że ów sąsiad zmarł w tym autobusie jadąc od lekarza, u którego był po wyniki. Po prostu zasnął i się już nie obudził. Można by powiedzieć, że takich historii każdego dnia dzieje się wiele i w tej nie ma nic nadzwyczajnego. Jednak kiedy umiera kompletnie anonimowa osoba jest trochę inaczej, kiedy umiera ktoś kogo znasz. Może nie w super sposób ale jednak.

Mój sąsiad mieszkał obok mnie od dobrych kilku lat, kiedy po powrocie z USA kupił dom i po przeprowadzeniu remontu, wprowadził się do niego wraz z żoną. Jako, że cała rodzina nie pochodzi z Białegostoku to w późniejszym czasie dołączyły do nich także wnuczki, które przyjechały po to aby się w Białymstoku uczyć. Sąsiad natomiast był typową złotą rączką, która żadnej pracy się nie boi. Pamiętam jak dziś, kiedy mój pierwszy z nim kontakt miał miejsce około 5 nad ranem pewnego letniego dnia, kiedy sąsiad postanowił remontować dach przed wprowadzeniem się do domu. A robił to na przykład wiertarka lub młotkiem. Jak się nie trudno raczej domyślić, nie wzbudził on wtedy mojej specjalnej sympatii. Z czasem jednak docieraliśmy się i całe rodziny stały się typowymi sąsiednimi rodzinami, których obecność jednej z drugą nie przeszkadzały.

Zarówno sąsiad jak i sąsiadka, z racji podeszłego już wieku co jakiś czas narzekali na różnego rodzaju boleści czy też choroby. No ale tak to już z wiekiem bywa, że im dalej tym niestety gorzej. Pomimo tego nie było widać po nich, żeby się specjalnie nad sobą użalali lub też obwiniali kogokolwiek, z samym Bogiem na czele, za taki stan rzeczy. Niestety tak się stało, że to na niego przyszedł czas jako pierwszego. Znienacka, czyli w chyba najgorszy z możliwych sposobów. Z drugiej jednak strony czy są dobre sposoby na to aby umrzeć? Faktem jest też jednak to, że sąsiad był typową głową rodziny, która dbała o to aby nikomu z domowników, w tym przypadku samym kobietom niczego nie brakowało i nie musiały się o nic martwić. Teraz jednak w zaistniałej nagle sytuacji, widać aż za dobrze, że nie jest to idealne rozwiązanie. Dwie kobiety – żona i wnuczka – będą musiały radzić sobie same każdego kolejnego dnia. Czy będzie im łatwo? Na pewno nie. Czy im pomogę jeśli będzie taka potrzeba? Na pewno tak.

Ten kto dotrze do tego tekstu, którego nie będę specjalnie nigdzie promował, ten zapewne zastanawia się w ogóle dlaczego o tym piszę. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest prostsza niż by się mogło wydawać. Przede wszystkim muszę z siebie wyrzucić parę emocji jakie mną od poznania tej wiadomości ruszają. Mało osób o tym wie, ale zdarza mi się czasami myśleć o śmierci. W różnym kontekście i różnym rozumieniu. Jeszcze mniejsza liczba osób, które można policzyć na palcach ręki, wie o moich napadach lęku związanych ze śmiercią. Dokładnie rzecz biorąc, raz na rok, a może i rzadziej, pod wypływem różnych impulsów zaczynam myśleć, głównie przed pójściem spać o śmierci. Skutkuje to czasem tym, że dopada mnie irracjonalny i niczym nie uzasadniony strach przed tym, że gdy zasnę, to się właśnie nie obudzę. Kiedy zdarza mi się taka noc, to przeważnie mój sen nie trwa dłużej niż godzina czy dwie. Zdarzało mi się też nie zmrużyć oka z tego powodu przez noc i kolejnego dnia funkcjonować na dużym zmęczeniu. To było jednak niemal gwarantem tego, że kolejnej nocy moje oczy na pewno opadną, a ja samoistnie zapadnę w sen – czy tego chcę czy nie.

Teraz, gdy znam już prawdziwą historię takiego przypadku, wiem, że z jednej strony jest to naprawdę możliwe. Z drugiej natomiast, pomimo długich chwil jakie spędziłem w ostatnim czasie na rozmyślaniu o tym, nie obawiam się tego, że czeka mnie noc bez snu. Cała ta sytuacja daje jednak mocno do myślenia nad rzeczami niby oczywistymi czyli takimi na przykład jak przemijanie czy też nieuchronnością zdarzeń. Ja pisząc ten tekst późno w nocy, jestem przeddzień pogrzebu sąsiada, na który postanowiłem, że się nie wybiorę. I nie chodzi tu o brak mojego szacunku dla niego czy też coś w tym stylu. Wydaje mi się, że będzie tam wiele innych bliższych mu osób, które pożegnają go godnie. Ja natomiast po raz pierwszy chyba od kilku lat, pomodlę się za niego w domu aby jego ostatnia droga była jak najlżejsza i podziękuję mu za to, że po raz ostatni zmusił mnie swoją osobą abym coś przemyślał…