Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
CrossFitO wszystkim

Walka z małym człowieczkiem

dodany przezKamil Timoszuk 25 sierpnia 2013 0 Komentarzy

Niedzielny wieczór to dobry czas, żeby po długim i ciężkim tygodniu coś w końcu napisać. Już w poprzedniej notce wspominałem częściowo dlaczego ostatnio teksty pojawiają się z mniejszą częstotliwością niż do tej pory. Jednak powodów jest wiele, a żaden z nich to mój spadem zainteresowania losami bloga. Z tym jest zupełnie odwrotnie.

Czasami zdarzają się jednak okresy kiedy mamy nawał obowiązków wszelkiej maści, a doba jak zaklęta ma ciągle 24 godziny. Ja właśnie w tej chwili mam coś takiego. Pech chce, że wiele rzeczy nałożyło się na siebie w jednym czasie, a trzeba to wszystko ogarnąć. Tak naprawdę jeszcze tylko ten nadchodzący tydzień, bo już w kolejnym czeka mnie wyprawa na Słowenię, której coraz bardziej nie mogę się doczekać. Jednak, żeby tam pojechać z w miarę pozałatwianymi sprawami to teraz muszę zacisnąć zęby i pozasuwać. Typowe coś za coś. Ale wierzę w to, że będzie warto. No bo jakby miało być, że nie? Nowy, jeszcze nie odwiedzany kraj, mam nadzieję, że fajna pogoda, ludzie z różnych zakątków Europy, największa koszykarska impreza na starym kontynencie czy na przykład niewiedza na temat na jak długo tak naprawdę jadę z racji uzależnienia tego od wielu rzeczy. Czy to mało powodów do tego aby się tym mówiąc kolokwialnie „jarać”? Jak dla mnie osobiście wystarczająco.

Mój wyjazd wiążę się też z przymusową ale mam nadzieję, że tylko częściową przerwą w treningach. Treningach, które ostatnio zdecydowanie weszły na wyższy poziom. Widzą, a przede wszystkim czują to chyba wszyscy, którzy idą tym samym programem przygotowywanym przez Arka. Jednym z jego założeń jest przygotowanie się do zawodów na które w tym roku ekipa z Białegostoku ma się wybrać. A o dziwo pojawia się kilka możliwości ale o tym może w późniejszym czasie. Nie ma jednak nic lepszego podczas takich przygotowań jak widzieć to, że robi się kolejne postępy i odnosi swoje małe prywatne wygrane. Moimi wygranymi z minionego tygodnia to nowy prywatny rekord martwego ciągu oraz przejście na kolejną coraz mniej ułatwiającą podciąganie na drążku gumę. Dla wielu to mało, dla mnie to motywacja do dalszego zasuwania. Bo przecież to nie ważne że boli, nie ważne że czasami masz wrażenie że odpadną ci ręce, jak i nie ważne jest to, że wydaje ci się że już nie dasz rady. Oczywiście że dasz! A gdy już to zrobisz to nagle okazuje się, że granica jaką przed chwilą udało ci się przekroczyć jest już normalnością, a ty walczysz o kolejny stopień. Satysfakcja jaka temu towarzyszy, też jest ciężka do opisania dla kogoś kto nigdy nie popchnął samego siebie do czegoś więcej.

Ja jednak zapewniam, że warto to robić. Warto pokonywać tego małego wrednego człowieczka, którego każdy nas ma w swojej głowie. To właśnie on za każdym razem gdy o coś walczymy, wykonujemy jakiś wysiłek zarówno fizyczny jak i psychiczny, staje nad nami i gada. Gada że jesteśmy słabi, wmawia nam, że już nie mamy sił, niemal każe nam przestać coś robić tylko dlatego, że jest nam ciężko. Wtedy trzeba jednak zrobić jedną prosta rzecz. Trzeba tego gościa po prostu mentalnie strzelić w pysk aby przestał kłapać dziobem i patrzył jak odnosimy swoje kolejne prywatne zwycięstwo. Z każdym kolejnym liściem jaki ten gość w naszej głowie od nas otrzyma, później już coraz rzadziej nad nami staje. Wie, że za takie gadanie czasami może otrzymać karę 😉

Ja w tym tygodniu gnoja lałem minimum dwa razy. Najpierw podczas robienia 100 burpees na czas. Z jednej strony udało mi się go pokonać ale z drugiej mój uzyskany czas nie był zadowalający. Na szczęście jednak już jutro będzie okazja aby go poprawić. Dlatego też między innymi z tego powodu dziś wstrzymuję się z publikacją filmu uwieczniającego tę próbę. Mam nadzieję, że jutro będzie lepszy czas 😉 Drugie moje starcie z człowieczkiem było wczoraj podczas kolejnych przygotowań do akcji Białystok Biega. Już przy około 4 okrążeniu założonej strasy zaczęły do mnie docierać jego słowa. Na szczęście jednak je zignorowałem i zrobiłem założone przed startem 10 okrążeń.

I tak oto wyglądają moje ostatnie dni. Na szczęście zdarzają się okazje aby późnym wieczorem zawitać do kina. Film Elizjum jednak nie zasługuje na oddzielny tekst o nim. Generalnie nie polecam. Jak pewnie bardziej stali czytelnicy mogą się domyślić jestem fanem filmów nazwijmy to fantastycznych. Ale wspomniane Elizjum to żaden szał. Jeśli macie możliwość iść na coś innego to po prostu idźcie. Na szczęście też trafiam na bardziej udane formy wypoczynku jak na przykład dzisiejszy turniej siatki plażowej. Pomimo, że bardzo ciepło nie było to za to byli fajni ludzie, sport, a nawet zumba się załapała 🙂

Dojlidy Cup Zumba

I tak to na razie wygląda. Tak więc odpowiadając na wasze wiadomości w mailach lub na Facebooku – nie, blog nie umiera tylko musi przeczekać ten okres naporu obowiązków. Zresztą mam nadzieję, że na Słowenii sobie to odbiję i powkurzam was trochę fajnymi tekstami, zdjęciami czy filmami z tego miejsca 😉