fbpx
CrossFitO wszystkim

To działa!

dodany przezKamil Timoszuk 21 lutego 2014 0 Komentarzy

Wiedziałem, że moje przypuszczenia na jeden z tematów poruszanych na łamach bloga, mają pewne racjonalne podstawy. Nie sądziłem jednak, że w internecie pojawi się nawet cały potwierdzający to materiał. Zobaczcie zresztą sami.

Jakiś czas temu w tym tekście pisałem o niejakim tańcu bojowym zwanym haka, jaki używali kiedyś rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii w różnych celach. Głównym z zastosowań tego rytuału, było przestraszenie przeciwnika oraz zachęcenie samego siebie do jak najbardziej mężnej walki. Do dania z siebie wszystkiego w obliczu walki. Nie przez przypadek przyjęło się to w sporcie, gdzie czasem drobne niuanse decydują o tym, czy ktoś może uważać się za zwycięzcę, czy raczej przegranego.

Zobaczcie więc ten dość krótki, bo tylko 10-minutowy materiał o tym co to jest haka i jak potrafi zadziałać. Uwierzcie mi na słowo, że warto wytrzymać do końca tego filmu 😉

A nie mówiłem? 🙂

W tym tygodniu jednak zobaczyłem także coś co mi strasznie zaimponowało. Naprawdę STRASZLIWIE. Mianowicie była to koleżanka z boxa, która wykonywała teoretycznie niezbyt skomplikowany WOD składający się jedynie z martwego ciągu oraz wall balli. Jednak jak to często gęsto bywa – teoria sobie, a życie sobie. Trening, który ja wykonałem przed nią okazał się jakąś masakrą, i dlatego też tym bardziej jeszcze doceniam to co ona zrobiła. Mianowicie pokazała coś, co niektórzy nazywają wolą zwycięstwa czy też sercem do walki. Dla mnie to było po prostu mistrzostwo. Kiedy przygotowywała się do tak jakby drugiej części WOD-a, postanowiłem, że wraz z jeszcze jedna osobą będę jej liczył kolejne powtórzenia i generalnie motywował do większego wysiłku. Jak się okazało w praktyce, to była czysta przyjemność robić to i widzieć jak ona walczy. Ze sobą, ze zmęczeniem, ze swoją głową czy też ze swymi słabościami. Ona podczas tych dokładnie 7 minut pracy na najwyższych obrotach nie dała z siebie 100 procent – ona tę liczbę przekroczyła z prędkością światła. Kapitalne było też to, że kiedy odliczaliśmy jej liczbę wdechów i wydechów jakie powinna poświęcić na odpoczynek, ona ani razu nie przekroczyła tej liczby. Niemal jak zaprogramowana na osiągnięcie celu parła do przodu, powtórzenie po powtórzeniu. I w taki sposób dotarła do końca tych 7 katorżniczych ale jakże efektownych i efektywnych zapewne minut. Potworne zmęczenie, które powaliło ją na podłogę oraz mieszający się z tym szczery uśmiech satysfakcji to był obraz niemal kompletny.

I to wszystko piszę to z pozycji kogoś, kto nie ukrywam parę razy w swoim życiu usłyszał pochwały na temat tego jak pracuję czy jak trenuję (spokojnie, „sodówka” raczej nie grozi 😉 ). Nie pamiętam też kiedy ktoś lub coś zrobił na mnie takie wrażenie jak właśnie niejaka Mimi. Zarówno sobie jak i każdemu z osobna, życzyłbym takiej determinacji w dążeniu do założonych celów niemal każdego dnia. A czy każdy z nas zmotywuje się haką czy w inny sposób, to jest już inna sprawa.