fbpx
CrossFitO wszystkim

Thanks God It’s Sunday

dodany przezKamil Timoszuk 1 grudnia 2013 0 Komentarzy

Są takie tygodnie po skończeniu których człowiek kompletnie nie wie co podczas minionych dni robił. Ot taki jeden z wielu nic bardziej nie znaczących okresów. Są też takie tygodnie jak ten mój miniony, podczas którego działo się dużo, a ja czuję to w wielu miejscach mego ciała.

Jak już wcześniej wspominałem, do końca roku przeniosłem się ze swoimi treningami do CrossFit Podlasie Box. Tam pod okiem Michała Zalewskiego i Damiana Truchela chcę sprawdzić siebie, swoje ciało i przede wszystkim pchnąć wszystko co robię o jeszcze jeden, choćby mały ale jednak krok do przodu. Zanim jednak to się zrobi, dobrze jest wiedzieć w jakim miejscu się aktualnie jest i od czego zaczyna. I o dziwo ja tego w większości przypadków nie wiedziałem. Ba, nawet nie byłem świadomy. Dlatego przez cały miniony tydzień trwało sprawdzanie mnie co już potrafię, nad czym trzeba pracować i do czego zmierzamy. Jako, że głównym moim celem jest poprawa siły oraz wytrzymałości mięśniowej na początku trzeba było ustalić moje maksymalne obciążenia jakie jestem w stanie podnieść, wyrwać czy zarzucić.

Cały ten tydzień zdecydowanie otworzył mi oczy. W wielu przypadkach nie byłem świadomy tego ile jestem w stanie zrobić. Jest to zdecydowanie fajne uczucie, kiedy człowiek niemal każdego dnia zaskakuje samego siebie i to niemal tylko w pozytywny sposób. Wszystko to zaczęło się już w poniedziałek od „ciągania martwego” czyli Deadliftu. Ostatni raz kiedy testowałem się pod tym kątem to mój max wynosił 125kg. Teraz do tej sumy udało mi się dorzucić jeszcze 10 kilogramów, a więc mój ciężar wyjściowy na dziś to 135kg.

Drugi dzień na pewno zapamiętam na dłuższy okres czasu. Dlaczego? Głównie z racji intensywności i późniejszych zakwasów jakie towarzyszyły mi do niemal dnia wczorajszego. A na warsztat poszły nogi z front squatami czyli przysiadami ze sztangą umieszczoną na klatce piersiowej. W tej dyscyplinie mój PR (Personal Record) to 75 kilogramów. Jednak żeby nie było tak przyjemnie ustalanie rekordu to była dopiero przygrywka do tego co było później. Później natomiast Damian się uparł, żeby mnie zajechać, a dokładniej moje nogi. Ja jednak jestem przekorną bestią i tak łatwo się nie poddaję. Dlatego każde kolejne ćwiczenie pomimo, że z bólem to wykonywałem z uśmiechem na ustach. Bieganie, wykroki ze sztangą, wykroki z kettlem, przysiady z kettlem czy bez kettla to wszystko miało na celu sprawdzenie ile jestem wart. I wiem w tej chwili, że na przykład w ciągu 10 minut jestem w stanie zrobić 344 przysiady. Łącznie tego dnia pękła pewnie okrągła liczba 600 przysiadów. Moje nogi na taką ilość tego ćwiczenia nie mogły pozostać obojętne. Jednak i tak najlepszą nagrodą za ten wysiłek było stwierdzenie Damiana, że „jest pod wrażeniem i nie sądził że podołam”. A jednak 😉

Kubek

Środowy poranek kiedy trzeba było zacząć używać nóg nie należał do najprzyjemniejszych. Ale jako, że to nie pierwsze takie moje doświadczenie dlatego za każdym kolejnym razem jest mi już łatwiej to znosić. Przynajmniej wiem, że dobrze popracowałem dzień wcześniej. Dlatego też środa to dzień kiedy dowlokłem się wieczorem tylko na zajęcia mobility. Nie żałuję. Nie dość, że zrobiłem coś dla siebie to jeszcze w grupie fajnych ludzi.

Za to czwartek był parszywy. Głównie ze względu na trening gdzie wyszło, że mój max w push press to 45kg. Nie wiem jak inni ale ja tej formy podnoszenia sztangi ewidentnie nie lubię. Głównie ze względu na to, że kolana zbyt często jeszcze nie chcą się mnie słuchać i uginają się bezwiednie. Niestety w tym przypadku nie pomagają nawet motywujące krzyki w stylu „lekkie to jest!!!”. Tym razem nie było. Ale będziemy walczyć o to, żeby i ten fakt uległ zmianie. Tak samo jak i też o to, żeby liczba podciągnięć na drążku (niestety jeszcze przy pomocy gumy) w ciągu 5 minut wyniosła więcej niż 31. Skoro inne rzeczy udało mi się już poprawić to dlaczego i nie to?

Piątek zaś był zdecydowanie najbardziej zabawnym dniem. Zabawnym i zaskakującym zarazem. Dlaczego? Ponieważ ten dzień był poświęcony power cleanowi czyli mówiąc bardziej przejrzyście, zarzucaniu sztangi poderwanej z ziemi sobie na klatkę. Na pytanie Damiana przed treningiem ile wynosi mój max w tej kategorii odparłem trochę na oko, że około 50-55kg. Jednak z zastrzeżeniem, że dość dawno tego nie robiłem więc mogę się mylić. No i pomyliłem się. O prawie 20 kilogramów. Na swoją korzyść 😉 O dziwo moje najlepsze powtórzenie wykonałem już trochę podmęczony na sam koniec treningu tylko z racji tego, że Damianowi „nie podobał się” fakt, że tak lekko weszły mi wcześniejsze powtórzenia i ćwiczenia 🙂 Przy lądowaniu 70kg na klatce sam wiem, że jeszcze mam zapas 5, może nawet 10 kilogramów ale to już przy dobrych wiatrach, zachowaniu techniki i niższym zejściu z tyłkiem. Ale jest czas więc będziemy i nad tym pewnie pracować. Jednak to uczucie zaskoczenia samego siebie jest naprawdę bezcenne.

Dlatego w sobotę dostałem dwie nagrody. Najpierw rano podczas treningu 4 szybkie ale dość ciężkie WODy z nowym kolegą ze Skandynawii. Wieczorem zaś pozwoliłem sobie na typowy cheat meal w postaci tego potwora.

Burger

Ze zdjęcia nie jestem zadowolony ale zapewniam, że ten burger to mistrzostwo świata. Zresztą wielu Białostoczan już wie, że burgery od Miłego to klasa sama w sobie. A jeśli jeszcze nie wie, to zdecydowanie polecam. Ja tej mięsnej bomby, składającej się z 3 kotletów, cebuli oraz sera nie byłem w stanie sam zmęczyć i potrzebowałem pomocy 🙂 Poza tym muszę przyznać, że po zmianie lokalu z małej klitki na obecnie baaardzo przestronne pomieszczenie utrzymane w iście amerykańskim stylu Miły wszedł na wyższy poziom. Brawo!

I takim oto sposobem tydzień uważam za zakończony. 7 Dni pełnych pracy, wyzwań, zaskoczeń i sukcesów. Nie mam prawa narzekać na to, że mnie męczą zakwasy czy inne typowe objawy treningu. Bo one kiedyś w końcu przejdą, a efekty i satysfakcja zostanie.