fbpx
O wszystkim

Szczyt szczytów

dodany przezKamil Timoszuk 19 marca 2014 0 Komentarzy

Można osiągać różne szczyty. Szczyty swojej wytrzymałości, szczyty swoich osiągnięć czy na przykład szczyt formy. Ja dziś przekonałem się bardzo dobitnie, że osiągnąłem swego rodzaju szczyt nieogarnięcia połączony z fatalnym czasem jaki ostatnio przeżywam. Tym razem jednak obyło się bez kary. Tym razem…

Ostatnie tygodnie w moim wykonaniu to istny maraton. Każdy dzień przypomina niemal dzień świstaka i powoli mam tego serdecznie dosyć. Jeśli dodam do tego problemy jakie co raz na mnie spadają, to mamy piękny obraz tego jak mogę się czuć i funkcjonować. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam najgorzej i nie zamierzam się nikomu tutaj żalić. Fakty są jednak takie, że w ostatnim czasie zgubiłem gdzieś swoją radość życia jaka towarzyszyła mi od dłuższego czasu. Postaram się ją jak najszybciej odnaleźć bo wiem, że nie mogę i przede wszystkim nie chcę funkcjonować w tej formie z jaką mam do czynienia teraz.

Dziś o mały włos nie dostałem kary za to, że nie ogarniam. Można by to też nazwać karą za moje roztrzepanie i roztargnienie, ale gdyby się tak stało to byłoby to bardzo kosztowne rozwiązanie. Dlaczego? Otóż dziś mój dzień rozpoczął się od tego, że zaraz po wyjściu z domu musiałem jechać na pocztę. Jak zwykle wychodząc wracałem jeszcze z powrotem z 3 razy bo czegoś zapomniałem lub czegoś nie zrobiłem. Kiedy w końcu udało mi się na dobre opuścić dom, dotarłem cały i zdrowy do wcześniej wspomnianej placówki. Moje zdziwienie wywołał jednak fakt, że chcąc przypiąć swój rower do stojaka nie miałem ze sobą kluczy. Po kilkukrotnym i dokładnym przeszukaniu wszystkich kieszeni, zguby jak nie było tak nie było. Było to tym bardziej stresujące, że ja wraz z kluczami do zapięcia rowerowego, wożę także spięte razem klucze od domu oraz kilku innych ważnych miejsc. Żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, to najbliższy zapasowy pęk kluczy do części z tych miejsc jest w tej chwili jakieś 500 kilometrów od Białegostoku. Ciekawie, prawda?

Kiedy głowa zaczęła mi pracować na zwiększonych obrotach w tej pustce pojawiły się przede wszystkim dwie myśli gdzie mogą być te cholerne kawałki metalu, od których tak wiele zależy. Pierwsza z nich była mniej drastyczna, ponieważ zakładała, że po drodze po prostu wypadły mi gdzieś z kieszeni. Druga zaś była moim czarnym scenariuszem, który zakładał, że klucze zostały w drzwiach wejściowych. Ten kto wie gdzie mieszkam, ten szybko może zdać sobie sprawę ile potencjalnych osób może te klucze sobie w bardzo prosty sposób przywłaszczyć. A więc pobudzony ową myślą udałem się w bardzo szybką drogę powrotną do domu. Z jednej strony zmysł wzroku pracował na podwyższonych obrotach w celu znalezienia zguby. Z innej zaś, ta myśl o kluczach w drzwiach była niezwykle skutecznym stymulatorem prędkości mojej jazdy, która myślę, że pobiła kilka rekordów. Z każdym kolejnym pokonywanym metrem mój strach wzrastał bardzo proporcjonalnie do odległości jaka dzieliła mnie od domu. W sumie to już od mniej więcej połowy drogi jechałem mocno zrezygnowany i zarazem przestraszony, wymyślając co ja zrobię gdy sprawdzi się najgorsza opcja. Gdy dojeżdżałem do swojego domu, to serce waliło tak, jak gdyby mi miało zaraz wyskoczyć. Dlatego też jest mi ciężko opisać to co poczułem, gdy widząc drzwi wejściowe zobaczyłem też wiszący pęk kluczy. Jednym z mieszających się uczuć na pewno była ulga. Innym zaś dobitna świadomość tego, że stan w jakim jestem i będę starał się wyrwać w najbliższym czasie, jest zagrożeniem dla mnie samego. Tym razem jednak wszystko skończyło się happy endem.

Swoją drogą to zastanawiałem się dzisiaj, czy miałem tyle szczęścia, że nikt tych kluczy nie zauważył. Czy może bardziej zwyciężyła w ludziach zwykła ludzka uczciwość i brak chęci przywłaszczenia sobie cudzych rzeczy. Na te pytania jednak raczej nie poznam odpowiedzi, a więc udaję się do łóżka, żeby jutro w miarę wypoczęty nie mieć już takich przygód.