fbpx
CrossFitO wszystkim

Świąteczny maraton

dodany przezKamil Timoszuk 26 grudnia 2019 0 Komentarzy

Od czasu do czasu człowiek musi sobie coś sobie udowodnić. Czy to w życiu zawodowym, czy prywatnym czy jeszcze na inny polu. A przynajmniej ja muszę. Nie zawsze ma to większy sens i logikę ale czy aby na pewno wszystko musi to mieć? Tak było i przed tymi minionymi już świętami.

Dokładnie cztery lata – tyle czasu minęło odkąd zrobiłem jedną z bardziej szalonych sportowych rzeczy w swoim życiu, a następnie popełniłem TEN tekst. Maraton na ergometrze, bo o tym szaleństwie mowa, to coś co chodziło w tamtym okresie za mną jako wyznacznik sprawdzenia się. Zobaczenia czy nawet udowodnienia sobie, że jestem w stanie to zrobić. I wtedy udało się.

?

W tym roku pomysł na powtórkę przyszedł jak to często bywa czyli znikąd. Ot po prostu Instagram przypomniał mi to wydarzenie, a mi w głowie zapaliła się lampka. Taka typowo kreskówkowa lampka, która oznaczała rozpoczęty w głowie proces myślowy pod tytułem „A gdyby tak to powtórzyć…?”. Wrzuciłem sobie to luźne przemyślenie na instastory z pytaniem czy ktoś by do mnie dołączył. Jak się nie trudno domyślić zbyt wielu chętnych nie było 😉 A szkoda, bo liczyłem trochę na to, że może ktoś zechce pocierpieć ze mną przez te kilka godzin w przeddzień Wigilii. Niestety mój partner w pierwszego razu czyli Rafał Jodaniewski tym razem miał inne plany. I nie ma co ukrywać, że ja mu się wcale nie dziwię 😀 Suma summarum w procesie selekcji, do wioseł usiadł ze mną jeden śmiałek w osobie Łukasza Szelugi. Łukasza, który od początku zarzekał się, że on chce zrobić tylko półmaraton. Ja jednak gdzieś tam po cichu liczyłem na to, że gdy będzie w połowie królewskiego dystansu, to drugą część weźmie już z rozpędu. Bo głupio jakoś tak przerywać w połowie 😉 Czy tak rzeczywiście było?

Kilka osób słysząc o moim pomyśle przed, czy też już po, zadawało mi pytanie czy ja się do tego jakoś specjalnie przygotowuję. I w większości przypadków na twarzach pytających pojawiało się zaskoczenie połączone z niedowierzaniem, kiedy odpowiadałem, że niespecjalnie. Czy polecam coś takiego? Raczej nie. Czy wiem jak się przygotować do maratonu na ergometrze? Też raczej bym unikał takiego stwierdzenia. Może dlatego, że w dużej mierze uważam, że maraton w znacznie większym stopniu pływa się głową, aniżeli resztą ciała. Jednak z drugiej strony, mój kompan w tegorocznej niedoli Łukasz, przed swoim wyzwaniem przepłynął kilka razy dłuższe dystanse niż te standardowe jakie pływa się w boxowych workoutach. Każdy więc wydaje mi się, że ma swój sposób. Bo nawet jeśli takie wcześniejsze wypływanie niekoniecznie pomoże fizycznie, to psychicznie już bardziej. Szczególnie w temacie oswojenia się z dyskomfortem, który u różnych osób pojawia się w różnym momencie.

Ja mając doświadczenia sprzed 4 lat i pierwszego samodzielnego maratonu oraz trzech w różnych konfiguracjach (2, 3 i 4-osobowych), tym razem przygotowałem się trochę lepiej. W moim przypadku oznaczało to na przykład asekuracyjną wymianę baterii w ergometrze. Może to się wydawać dziwne, ale wierzcie mi, że nie chcielibyście przeżyć tej chwili, kiedy po na przykład 30 kilometrach wstajecie na moment z ergometru aby rozprostować nogi, a on w tym czasie się wyłącza i resetuje wszystko to co pokonaliście do tej pory. Do tego zabrałem ze sobą dwa ręczniki z których jeden był pod tyłek na siodełko, a drugi do wycierania potu. Pod koniec jednak oba z nich pełniły tę pierwszą funkcję. Do tego półtora litra wody, banan i magnezja. Z takim też zestawem ruszyliśmy.

Jedną z gorszych rzeczy w wiosłowaniu maratonu na ergometrze jest monotonia i nuda. Kluczową bowiem rzeczą jest ustalenie sobie stałego tempa, którego starasz się trzymać jak najdłużej. W moim przypadku było to około 2 minut na 500m. I nie wiem na ile dobrą mam pamięć, ale czułem, że to tempo znacznie mocniej mi leży aniżeli 4 lata wcześniej. Pociągnięcie za pociągnięciem, kolejne metry i kilometry schodziły w dół. Starałem się skupiać na patrzeniu w wyświetlacz aby kontrolować tempo, a co za tym idzie swój oddech. Jako że było to późne popołudnie przechodzące w wieczór 23 grudnia, to w boxie nie było zbyt wiele osób które mogłyby mnie jakoś zaczepiać czy drażnić. Tak, w pewnym momencie ludzie którzy nawet mają dobry zamiar pomocy czy podtrzymania cię na duchu w tym wiosłowaniu po prostu zaczynają cię drażnić. Od początku jednak udawało mi się realizować założony plan, czyli pierwsza przerwa na rozprostowanie kości nastąpiła po 12 kilometrach, a druga po kolejnych 10.

I wszystko byłoby spoko gdyby nie jeden drobny fakt, a mianowicie płynący obok Łukasz dotrzymał danego sobie słowa i zakończył swoje wyzwanie po pokonaniu 22 kilometrów. Brawa dla niego, bo to też był wyczyn, którego serdecznie mu gratuluję. Ja jednak w tym momencie zostałem sam ze sobą i kręcącymi się sporadycznie obok ludźmi. I kurde, wtedy też zdałem sobie sprawę z tego, że obecność drugiego płynącego obok jest AŻ tak ważna. Dopiero po 4 latach doceniłem to jak bardzo pomocna była obecność Rafała przy pierwszym maratonie. Wtedy też coraz mocniej zaczął dochodzić do głosu w mojej głowie mój dialog wewnętrzny. I wiem jak to może teraz brzmieć, ale serio jest taki moment w okolicach 30 kilometra, kiedy zaczynasz sam ze sobą gadać. Zaczynasz przekonywać się, że warto robić tę głupotę do końca skoro powiedziało się już A to teraz czas na B i kolejne litery alfabetu 🙂

I tu nie ma też co ukrywać, że zawiodłem się trochę na sobie. W okolicy właśnie 30-32 kilometra płynąłem tempem, które utrzymując je dałoby mi końcowy czas poniżej 3 godzin. Biorąc pod uwagę fakt, że swoje pierwsze podejście zakończyłem wynikiem 3 godzin i 26 minut, to byłby niesamowity wynik i progres zarazem. Niestety, im było bliżej do mety, tym więcej było kryzysów. Im chciałem szybciej dotrzeć do mety, tym mocniej ciało mówiło dość. W moim przypadku najbardziej doskwierała dolna część pleców, piekące dłonie oraz o dziwo spięty maksymalnie brzuch. Co gorsza, przez chwilę miałem nawet wrażenie, że zaczyna mi się kręcić w głowie, co w tej chwili wydaje mi się już tylko złudzeniem. Ale wtedy jakoś nie było mi do śmiechu. Dlatego też awaryjnie zacząłem w trakcie jeść banana o którym wcześniej jakby zapomniałem. Czy to pomogło? Szczerze to nie wiem. Faktem jest jednak to, że zamiast robić niepotrzebne przerwy na 8-9 kilometrów do końca co nawet 500-700 metrów, to zacząłem cisnąć dłuższe odcinki.

Zresztą z czystej matematyki na wiosłach wyszło mi, że znacznie bardziej ekonomicznie czasowo jest mocno zwolnić tempo wiosłowania, ale jednak nie schodzić z ergometru, aniżeli zatrzymać się, zejść i pozwolić aby czasomierz i tak naliczał kolejne cenne sekundy do finalnego wyniku. I tak też zrobiłem. Co też ciekawe, im bliżej było końca tego piekielnego dystansu, tym mi jakby sił przybywało i zdarzało mi się nawet jakby trochę przyspieszać 🙂 Finisz zaliczyłem z oficjalnym czasem 3 godzin 22 minut i 47 sekund. Czas poprawiony o 4 minuty od poprzedniego wyniku.


 

Najdziwniejsza rzecz stała się jednak chwilę po ukończeniu tego maratonu. Po tym jak położyłem się na ziemi aby dać nogom i reszcie ciała trochę oddechu, stała się rzecz nie tyle dziwna, co w większym stopniu zaskakująca. Mianowicie w jednej i tej samej chwili, zacząłem się śmiać sam do siebie z kompletnie nieznanego mi wtedy powodu. Z drugiej zaś po policzkach zaczęły mi płynąć łzy, które początkowo pomyliłem z potem. Dlaczego tak się stało? Może dlatego, że w tej właśnie chwili doszło do mnie to, że na zrobieniu tego zależało mi bardziej niż się sam spodziewałem. Może też dlatego, że w tym oto momencie skumulowało się wiele różnych myśli i zdarzeń, których w tym kończącym się roku ewidentnie nie brakowało. Dzięki temu jednak dowiedziałem się czegoś o sobie. Czegoś co zaprocentuje w niedalekiej przyszłości. Szczerze w to wierzę.

Wracając zaś na koniec do samego maratonu, to ktoś może powiedzieć, że jestem stuknięty, ale kurde… Mam spory niedosyt po tym wyczynie. Nawet pomimo poprawionego czasu w stosunku do poprzedniego podejścia. Wewnętrznie czuję jednak, że tego dnia stać mnie było na więcej. Czy na dużo więcej? W mojej głowie czas w okolicach 3 godzin i 10 minut byłby OK i dawałby zarówno nadzieję jak i motywację do tego, aby zrobić jeszcze jedno mocne podejście i atak na zejście poniżej 3 godzin. Ale w tej chwili to tylko moje gdybania. Dlatego tym razem potraktuję to jako kolejną lekcję tego, aby nauczyć się cieszyć z małych rzeczy. Bo jak mówi fajne powiedzenie „skoro nie umiesz człowieku cieszyć się z małych rzeczy, to jak chcesz się cieszyć z tych dużych w chwili kiedy nadejdą?”. I coś w tym niewątpliwie jest. Dlatego zobaczymy co przyniesie przyszłość. Ja jednak niezmiennie będę na stanowisku, że coś takiego jak ten maraton warto zrobić przynajmniej raz w życiu. Po to aby zobaczyć jak to jest, co to daje i jak się z tym człowiek czuje. Dlatego też życzę wam tego na nowy rok 😉

P.S. Jeśli kogoś interesuje czy po takim dystansie ktoś ma zakwasy, a wiem że to interesuje paru z was, to odpowiadam. Ja osobiście nie miałem praktycznie żadnych. Tak naprawdę gdyby nie jedynie doskwierające pieczenie dłoni przez 1-2 dni po maratonie, to następnego dnia poszedłbym zrobić trening w boxie. Ale że aż tak mocno mi na tym nie zależało, to odpuściłem 🙂 Jednak z tego całego maratonu najgorszy jest chyba strach przed nim. Jak się już podejmie to wyzwanie, usiądzie na ergometr i zacznie zbijać kolejne kilometry, to już jest „z górki” 😉