fbpx
CrossFitO wszystkim

Słodki smak bólu

dodany przezKamil Timoszuk 4 czerwca 2013 4 komentarze

Tak! Nareszcie! Udało mi się w końcu po prawie 3 tygodniach przerwy i odpoczynku od treningów wrócić do regularnych zmagań z samym sobą i nie tylko na siłowni. Swój okres wypoczywania już kilka dni przed ustalonym planem chciałem skrócić. Na szczęście jednak wytrzymałem i od wczoraj mogę znowu cieszyć się smakiem bólu.

Zanim jednak o tym, to chciałbym się na początku czymś pochwalić, a co 😉 Mianowicie jeśli ktoś śledzi mój blog na bieżąco ten wie, że okres bez treningów potraktowałem jako swoistą próbę. Próbę mojego własnego charakteru, próbę swoich nowych zasad i zachowań. Ten okres miał mi też dać odpowiedź na pytanie czy jestem w stanie zrzucać swoje zbędne kilogramy właśnie bez treningów. Jak się okazało jest to jak najbardziej możliwe! Ostatniego dnia przed przerwą stając na wadze zobaczyłem liczbę 109,1. Wczoraj kiedy nie ukrywam, że miałem pewne obawy co do tego, bardzo łaskawa mi waga pokazała 107. Da się? Da się! Oczywiście jak wiadomo w tym czasie kiedy regularnie nie trenowałem zaznajamiałem się ze swoją nową miłością w postaci roweru. Jednak czy to tylko jego zasługa, że ubyło mi na wadze? Raczej nie i to mnie chyba cieszy najbardziej.

Być może to zbyt wysoko postawiona poprzeczka ale chciałbym aby miesiąc czerwiec był miesiącem wyzwania, mojego wyzwania. Jakiego? Otóż jak wiecie pierwszym poważnym krokiem jaki chciałbym zrobić w tym całej mojej „zmianie” jest osiągnięcie wagi dwucyfrowej. Czyli jak już nie trudno policzyć brakuje mi do tego trochę ponad 7 kilogramów do zrzucenia w miesiąc. Czy jest to fizycznie możliwe? Oczywiście że tak! Nie ma rzeczy niemożliwych. Oczywiście nie za wszelką cenę bo to tylko jeden przystanek w drodze do znacznie większego celu. Jak osiągnę tę wagę i ten cel na przykład tydzień później to żadnej tragedii nie będzie. Ważniejsze dla mnie jest jednak to, żeby w tym miesiącu jeszcze bardziej przyjrzeć się na to co, jak i kiedy jem, jak żyję i przede wszystkim jak trenuję. Jeśli uda mi się zachować we wszystkim odpowiednie proporcje to cel jest jak najbardziej do zrobienia. A więc do dzieła!

Ale ja nie o tym przecież dziś chciałem 🙂 Chciałem podzielić się swoimi wrażeniami z powrotu do regularnego treningu. Pierwsze co mogę powiedzieć po dwóch pierwszych dniach to to, że boli. Nawet bardzo. Ciało dostało nowy impuls treningowy i póki co się adaptuje, a ja swoje muszę przeboleć. Jednak jeśli ktoś nigdy nie ćwiczył ten nie wie jaki to rodzaj bólu. Jak bardzo przyjemny potrafi on być. Bo to nie jest to samo co ból zęba czy ból brzucha po przejedzeniu. To jest swoista informacja od organizmu, że praca została dobrze wykonana. Zresztą bezsilne nogi czy ręce, pulsujące niemal uda czy spinający się samoczynnie brzuch to jedno. Drugą sprawą są jeszcze te małe momenty podczas samego treningu kiedy wydaje ci się, że już nie możesz. Kiedy na przykład wisisz na drążku, w ręce wbija ci się chropowaty metal, a ty masz przed sobą jeszcze kilkanaście powtórzeń podciągnięć kolan. Kiedy robisz przysiady, a kilkadziesiąt kilo w twoich rękach sprawia wrażenie jakby miało ci rozciągnąć za chwile te ręce. To właśnie wtedy musisz sam sobie powiedzieć, że dasz radę, że dokończysz to co zacząłeś.

Tym bardziej, że tuż obok ciebie lub na sali obok ludzie robią to samo lub podobne rzeczy i oni również zmagają się z wieloma rzeczami. Jednak już sam taki widok motywuje. To, że każdy daje z siebie tyle ile może naprawdę realnie pomaga. Dlatego też i naprawdę stęskniłem się za treningami – z racji ludzi. Nie trzeba się z kimś super znać aby czuć od niego tylko i aż pozytywną energię. Z czasem i etap poznania się może nastąpić ale czasami wystarczy obecność tej drugiej czy trzeciej osoby i już jest fajniej, przyjemniej i zdecydowanie łatwiej. Na swój sposób jestem szczęściarzem, że trafiłem w takie miejsce gdzie są tacy ludzie. Wiem, że parę znajomych mi osób z siłowni zagląda tu na bloga (co mi nie ukrywam, że schlebia) i dlatego też chcę wam wszystkim powiedzieć, że po prostu fajnie że jesteście. Bez was byłoby na pewno inaczej, a najpewniej też gorzej. Ale jako, że jesteście to dzięki wam za to.

Ja tymczasem kończę jeść swój dzisiejszy obiad zrobiony na szybko (tatar + świeże warzywa + 2 wafle ryżowe) i muszę chwilę odetchnąć. Choćby dlatego, żeby dożyć do jutra czyli dnia treningowego numer 3.