fbpx
O wszystkim

Raz na wozie raz pod wozem

dodany przezKamil Timoszuk 23 kwietnia 2013 2 komentarze

Czasem tak bywa, że z niewiadomych względów spadam nam forma. Energia życiowa jaka powinna nas wypełniać nagle gdzieś ulatuje i jedziemy tak jakby na jej oparach. Jest to niejako stan pewnego letargu lub też jak kto woli przeczekania w nadziei na bardziej energiczne czyli po prostu lepsze jutro.

Ja właśnie teraz przerabiam stan właśnie takiego oczekiwania. Nawet nie wiem czy jest to typowe oczekiwanie czy po prostu generalny spadek formy. Zarówno tej fizycznej jak i psychicznej. Ta pierwsza z nich tak jak już sam wywnioskowałem, a następnie potwierdziłem rozmową z mądrzejszą od siebie osobą, spowodowana jest porządnym zabraniem się za swój styl odżywiania. Organizm musi dostać czas aby się przestawić i nauczyć brać energię z tego co dostaje teraz. A dostaje sporo warzyw, chudego mięsa czy owoców. Dawno już tak zdrowo i przede wszystkim regularnie tak nie jadłem. To jest mój niewątpliwy sukces w ostatnim czasie. Cos co wydawało się niemożliwe jednak udało się powoli wdrożyć i to cholera działa. Działa to, że nauczyłem się planować dzień tak aby jeść w miarę równomiernie i to nie to co akurat jest pod ręką, a to co sobie sam przygotuję i ugotuję. Wprawdzie zabieram się do tego jak pies do jeża ale niebawem tekst o moich przygodach z gotowaniem. Będą na pewno jakieś fotki i być może coś jeszcze. Muszę tylko wygospodarować trochę czasu.

Ale teraz wracając do tematu to tak jak mówiłem ostatnio czuję się fizycznie zmęczony. Tym bardziej, że z wdrożeniem restrykcyjnego jedzenia zacząłem nowy plan treningowy na ten miesiąc. Wprawdzie w tym samym systemie co 2 ostatnie miesiące czyli 3-1 (3 dni treningu – 1 dzień przerwy) ale ten jakoś specjalnie daje mi w kość. Dawno już nie miałem tak, że po skończeniu wykonywanych ćwiczeń czuję jak mi ręce niemal pulsują i nie ma w nich już zbytniej siły. Do tego jeszcze staram się bawić się sztangą, a dokładniej szlifować swoją technikę przy okazji różnych ćwiczeń. Wiem, że bez techniki ani rusz więc trzeba ją szlifować z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, żeby sobie krzywdy nie zrobić, a po drugie dlatego, że nawet jeśli w końcu ta większa siła przyjdzie to co mi po niej jeśli technika będzie leżeć? I koło się zamyka. Na szczęście tak jak od dłuższego czasu ochota na trenowanie mi nie przechodzi, tak nawet teraz kiedy mam nazwijmy to dołek to ona nadal jest i z ochotą odwiedzam swoją siłownię praktycznie 6 dni w tygodniu.

Jednak tak jak wspomniałem jest jeszcze druga, bardziej psychiczna strona medalu. Ostatnio obserwuję kilka zjawisk dookoła siebie, które niby były mi znane ale pomimo tego mnie chyba zaskoczyły. Na przykład fakt pewnego odsunięcia się ode mnie pewnej grupy znajomych. W sumie nie wiem z jakiego powodu ale zdecydowanie ten fakt nastąpił. Z jednej strony mogę to tłumaczyć tym, że odstawiłem alkohol i być może to jest jakimś czynnikiem. Wtedy jednak nie wiem czy aby przypadkiem nie świadczyłoby to niezbyt fajnie o moich znajomych. Chcę wierzyć, że nie. Z drugiej jednak strony jeśli tak jest to trochę słabo by świadczyło o tej znajomości.

Poza tym uciekły mi chyba pewne górnolotnie nazywane życiowe cele jakie jeszcze jakiś czas temu były. Niby pracuję, trenuję, żyję i mam się dobrze ale jednak coś jest nie tak i czegoś mi brak. Brak mi chyba czegoś takiego aby każdego dnia wstawać i wiedzieć, że danego dnia mam do zrobienia szereg rzeczy, które przybliżą mnie do właśnie wyznaczonego przez siebie lub kogoś celu. Najgorsze jest to, że doskonale pamiętam to uczucie bo jeszcze nie tak dawno miałem coś takiego. Oby szybko się znalazło coś nowego bo cholera, nie chce popaść w jakiś marazm lub jak kto woli „dzień świstaka”. Do tego dopuścić nie chcę i wręcz nie mogę. Może ktoś ma jakiś pomysł na jakąś nową „misję”? do wykonania dla mnie? 🙂

Myślałem, że fajną odskocznia będzie kolejny tydzień kiedy to szykowała się długa bo 5-dniowa majówka na Mazurach. Ale obowiązki zawodowe niestety nie poczekają i prawdopodobnie czeka mnie ten czas spędzony w Białymstoku. Plan na jutro – powalczyć o to aby tak nie było.

Dobra kończę ten dziś trochę ponury wpis. Nie lubię takiego siebie samego. Ale żeby zakończyć pozytywnie to napisze o czymś bardziej przyjemnym. Mianowicie o tym, że dzisiejsze ważenie z ciekawości postępów wskazało kolejne -2 kilogramy na liczniku. Tak więc od świąt jest już -6 i lecimy dalej. Nie ma to tamto 😉