fbpx
O wszystkimOpinie

Przebudzenie filmowej mocy

dodany przezKamil Timoszuk 7 stycznia 2016 0 Komentarzy

Nowy rok wraz z wieloma nowymi sytuacjami czy wyzwaniami przyniósł ze sobą także kilka innych nowości. Jedną z największych nowości są premiery filmowe, które na początku roku są całkiem ciekawe. Być może to zbliżającej się Oscarowej gali ale faktem jest to, że widz który ma czas i ochotę wybrać się w chwili obecnej do kina to ma w czym wybierać.

Już końcówka ubiegłego roku obfitowała w wiele ciekawych filmów z kompletnie różnych gatunków. Przez to też większość kinomaniaków mogła czuć się zdecydowanie dopieszczona przez twórców i producentów jednocześnie. Szczególnie że na sam koniec 2015 roku, zaprezentowano filmowy orgazm na który czekały miliony ludzi na całym świecie i który trwa po dziś dzień. A to wszystko za sprawą jednej kontynuacji…

Giwezdne Wojny Przebudzenie Mocy plakat

Może to wydawać się wielu osobom dziwne, ale w XXI wieku żyją jeszcze takie osoby, które pomimo przetrwania na ziemi ponad 30 lat nie zdołały obejrzeć tak kultowego filmu jak „Gwiezdne Wojny”. Pisząc te słowa nie mam na myśli rzecz jasna ogarnięcia jednej z trylogii ale po prostu jednego, choćby nawet pierwszego filmu z tej epopei. Tak się też jakoś złożyło, że do tego pewnie niezbyt licznego ale jednak grona osób zaliczam się także ja. Jak to się stało zapytacie? Otóż pomimo swojego zainteresowania filmami typu science fiction to z gwiezdną epopeją nigdy nie było mi specjalnie po drodze. Ile razy pamiętam, że przymierzałem się do jej obejrzenia, to albo coś mi wypadało, albo też autentycznie zasypiałem po 20-30 minutach seansu. Przypadek? Nie sądzę 😉 Między innymi też nie czekałem specjalnie na to kiedy wyjdzie 7 część opowieści o podbojach kosmosu. I żeby tylko mnie ktoś źle nie zrozumiał. Ja na prawdę szanuję to jak wiele dla światowego kina zrobiła ta seria. Jak bardzo poza samo kino wyszła ona do ludzi i jak bardzo stała się ona obecna w całej popkulturze ostatnich kilku dekad. To jednak do mnie nie trafiało aż do obecnej ekranizacji tych przygód, wokół której wzniósł się sporych rozmiarów hype. I to w dużej mierze on zaprowadził mnie na salę kinową. Czy żałuję tego? W żadnym wypadku! Wszystko bowiem dlatego, że nowa odsłona to po prostu świetne kino rozrywkowe zaproponowane przez Disneya. Przed pójściem do kina zastanawiałem się czy brak obejrzanych poprzednich sześciu filmów będzie mi jakoś specjalnie doskwierał i teraz już wiem, że nie ma takich obaw. Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie wielu smaczków ukrytych w tym filmie nie wychwyciłem lub nie poznałem. Nie były one jak widać na tyle istotne, żeby popsuć mi zabawę.

Tę natomiast zapewnia kilaka rzeczy na raz które bardzo fajnie się zazębiają i współgrają ze sobą ku uciesze ludzi na kinowej sali. Przebudzenie Mocy jest świetnym przykładem na to, że kino fantastyczne nie musi opierać się tylko i wyłącznie na efektach specjalnych, których trzeba dowalić jak najwięcej. Gra aktorska w takiej produkcji jest równie ważna i równie fajnie potrafi ubarwić taki film. W przypadku Gwiezdnych Wojen dbają o to tacy aktorzy jak Daisy Ridley, John Boyega czy też Harrison Ford. Postaci przez nich stworzone są bardzo wyraziste i autentyczne zarazem, przez co widz ma szansę nawiązać swoistą więź z tym co widzi na ekranie. W dużej mierze też dzięki ich grze aktorskiej momentami jest bardzo poważnie, a czasami po prostu zabawnie. Akcja poprowadzona jest na tyle sprawnie że taki widz jak ja nad wieloma szczegółami nie ma czasu się zastanawiać, bowiem co chwilę jest coś nowego, ciekawszego czy po prostu lepszego. To jednak może być wada jak sądzę po przeczytaniu kilku komentarzy na portalach filmowych. Na szczęście jednak każdy ma swój rozum z którego wypada aby czasami korzystał 🙂 Wracając jednak do filmu to robotę robi także muzyka która jest odpowiednio dobrana i nie dość że nie przeszkadza, to w wielu chwilach po prostu pomaga jeszcze fajniej przejść przez tę przygodę razem z bohaterami. Ci natomiast stawiani są w różnych sytuacjach które aby pokazać w jak najlepszy sposób na wielkim ekranie użyto wielu różnych efektów specjalnych. Efektów, które momentami wyglądają wręcz kosmicznie, a czasami ciut gorzej ale dalej są na takim poziomie do jakiego wiele filmów chciałoby doskoczyć nawet w swoim najlepszym momencie. Poza tym zobaczenie po raz pierwszy w życiu na wielkim ekranie niemal już kultowych walk na miecze świetlne to fajne przeżycie.

Tak więc w tej może niezbyt obszernej opinii, w której starałem się uniknąć spoilerów zawarłem kilka swoich przemyśleń na temat mojego pierwszego razu z Gwiezdnymi Wojnami. Czy był to udany raz? Zdecydowanie tak! Czy będą kolejne? No raczej! Czy będzie powrót do zamierzchłych czasów i próba zgłębienia całej sagi od początku? Być może jak złoży się na to wiele czynników, na czele z potrzebnym na to czasem.

Big Short plakat

Kryzys to chyba najczęściej używane słowo lub zwrot w ostatnich latach w kontekście gospodarki i ekonomii na całym świecie. Proces który pochłonął wiele ofiar różnej maści do dziś niemal jest straszakiem w różnego rodzaju rozmowach o finansach na praktycznie każdym szczeblu społeczeństwa. Mało jednak kto wie skąd tak naprawdę się to wszystko wzięło i dlaczego niemal z dnia na dzień ludzie w wielu miejscach na całym świecie zaczęli tracić swoje majątki, na które pracowali często całe życie. Na to i na kilka innych zagadnień stara się w miarę przystępny sposób opowiedzieć film „Big Short”. Film ten jest też potwierdzeniem prawdy starej jak świat, która mówi o tym, że tam gdzie ktoś biednieje, tam musi być również ktoś kto się na tym samym procesie bogaci. I to właśnie o grupie takich ludzi opowiada ta produkcja filmowa. Owych swoistych szczęśliwców grają na przykład Christian Bale, Ryan Gosling, Brad Pitt czy Steve Carell. Czy jednak można tych wszystkich ludzi nazwać szczęśliwcami? Ten film w reżyserii Adama McKaya pokazuje, że chyba nie do końca. Wiele osób oglądając ten film może czuć się też po prostu głupio, kiedy raz za razem rzucane są pojęcia, których szary Kowalski w większości przypadków nie rozumie. Tu wprowadzone też bardzo fajny zabieg, że co jakiś czas w fabułę filmu wrzucane są niejako scenki rodzajowe z różnego typu gwiazdami, które starają się wyjaśnić zachodzące procesy. Trzeba jednak przyznać, że jednym z najmocniej rzucających się w oczy rzeczy w tym filmie jest wszędobylski cynizm. I to taki cynizm w wersji XXL który czasami jest aż szokujący. Jednak patrząc na to z drugiej strony, zarówno szarzy ludzie występujący na samym końcu łańcucha pokarmowego/finansowego, jak i też ci z przodu stawki, mieli czas aby do tego niejako przywyknąć. Czy po obejrzeniu tego filmu będzie komuś lepiej? Nie sądzę. Ale i tak polecam zobaczyć tę cięższą wersję „Wilka z Wall Street”, bo pewnie kilku osobom otworzy ona oczy na otaczający nas wszystkich finansowy świat.

Zuepłnie Nowy Testament plakat

Na sam koniec tego noworocznego maratonu filmowego wybrałem się do kina na film, który już w swoim początkowym założeniu miał być on oderwany od rzeczywistości. Jego zwiastun zapowiadał w dużej mierze, że będzie to przyjemna komedia na niecodzienny temat. W praktyce jednak wyszło dużo gorzej niż można było przypuszczać. Francuska produkcja pod tytułem „Zupełnie Nowy Testament” opowiada mówiąc krótko o Bogu. Bogu który żyje sobie w Brukseli i jest zupełnie inny niż się wielu osobom wydaje. Wszystko dlatego, że jest on zgorzkniały, nieprzyjemny dla otoczenia, chamski i generalnie rzecz biorąc uosabia on chyba samo zło. Posiada on też żonę i córkę, która pewnego pięknego dnia postanawia wywinąć numer dla swego ojca i przy pomocy jego komputera zdradzić chyba najważniejszą tajemnicę w życiu każdego człowieka, a mianowicie datę jego śmierci. W taki też sposób każdy dostaje SMS-a z informacją ile mu jeszcze zostało. Jakie przynosi to skutki można sobie dość łatwo wyobrazić. To jednak w mojej opinii jest chyba największa wartość tego filmu. Te dwa pytania z których jedno brzmi „Co byś zrobił gdybyś dowiedział się tego ile jeszcze zostało Ci życia?”, a drugie „Czy zrobiłoby to jakąś różnicę gdyby zostało Ci 20 lat, 5 miesięcy czy też jeden dzień?” dają bardzo mocno do myślenia. Bo sam film już jak dla mnie nie bardzo. Oglądając go długimi chwilami nie wiedziałem czasami czy dana scena miała tak wyglądać, czy może coś komuś nie wyszło. Żartów z których można było się autentycznie pośmiać było jak na lekarstwo, a sam autor w innych momentach nie wiedział jaką dokładnie myśl chciał przemycić widzowi. Zbierając to wszystko do kupy na pewno nie stworzyło to jakiegoś wielkiego filmowego dzieła. Na pewno nie takiego, które polecałbym oglądać w kinie. Nawet w domu obejrzyjcie je tylko wtedy kiedy naprawdę nie będziecie mieli nic innego ciekawszego do roboty 😉