fbpx
O wszystkim

Powypadkowe wynurzenia

dodany przezKamil Timoszuk 15 kwietnia 2014 0 Komentarzy

Ostatnie dni były bardzo intensywne. Tym razem jednak nie fizycznie, a zdecydowanie psychicznie. Dopiero po jakimś czasie doszło do mnie, że w sobotnie przedpołudnie, podczas wypadku, miałem całą masę szczęścia. To było takie niemal książkowe szczęście w nieszczęściu.

Inaczej tego nazwać nie mogę, ponieważ gdy staram się sobie wizualizować tę sytuację, to przed oczami mam obraz niewesoły. Obraz człowieka, który w jednej chwili praktycznie beztrosko sobie jedzie na miejsce spotkania, niedoszłej w moim przypadku wycieczki rowerowej. W drugiej zaś chwili, ten sam osobnik, lotem ekwilibrystycznym leci prosto na asfalt, a następnie zbiera się z niego, sprawdzając czy przypadkiem nie zgubił gdzieś nogi albo ręki po drodze. Na szczęście jedyne co musiałem zebrać z ziemi to były kawałki mojego roweru, telefon który jakimś cudem przeżył, swoje ciało w jednym kawałku oraz trochę poturbowane poczucie bezpieczeństwa.

Gdy dotarłem dłuższą chwilę później do domu, a następnie minął pierwszy powypadkowy szok, zaczęły przychodzić do mnie, różne uczucia. Z jednej strony, parę części ciała było na tyle mocno potłuczonych, że uniemożliwiało mi to normalne funkcjonowanie, które jeszcze kilka godzin wcześniej było normalnością. Z drugiej jednak strony cieszyłem się, że żadna z tych części nie jest w żaden sposób połamana, zwichnięta, czy naderwana. Leżąc na swoim łóżku, bardzo szybko przypomniał mi się przypadek mojej koleżanki, która także wracała z treningu rowerem, ale w taki sposób, że zajęło jej to kilka dni z racji najpierw bolesnego upadku i niemal urwania sobie palca, a następnie spędzenia kilku dni w szpitalu. Pisząc śmiechem żartem, ale porównując te nasze dwie opowieści, to właśnie ja zaliczyłem prawdopodobnie bardziej bolesny i bardziej „filmowy” upadek niż ona. Mi jednak dopisało tym razem szczęście. Tym razem, bo kolejnym może być już zupełnie inaczej. Dlatego też może to zabrzmi ckliwie, ale prawda jest taka, że po raz kolejny dostałem wskazówkę, że w pewnych sytuacjach nie ma co szarżować bo zdrowie i życie jest najważniejsze.

Jedną też z bardziej bolesnych rzeczy, jaka mnie dręczyła przez ostatnie dnie to fakt, że mój naturalny rytm życiowy, jaki praktykuję każdego dnia, zostanie zachwiany. Przymusowa przerwa w treningach czy też przymusowe wolne od pracy, to wbrew pozorom nie jest przyjemna rzecz. Jednak dziś czując, że ból powoli przechodzi, postanowiłem wrócić na rower. W myśl zasady, że „czym się skaleczyłeś, to tym się lecz”. Trochę też powielając metodę, jaką praktykują głównie sportowcy, że im szybciej wraca się po jakiejkolwiek kontuzji tym lepiej dla psychiki danego zawodnika. I muszę uczciwie przyznać, że rzeczywiście jest coś na rzeczy w tym stwierdzeniu i tej metodzie. Dziś wsiadając na rower miałem chwilę zawahania i pytania kołaczące się z tyłu głowy „Czy już mogę? Czy nie za szybko? Czy już powinienem?”. Na szczęście wystarczyło kilkaset pierwszych metrów, a później i kilometrów aby te wszystkie wątpliwości zostały skutecznie wywiane przez wiatr. Z drugiej jednak strony, dojeżdżając rowerem do każdego miejsca gdzie mój kontakt z samochodem w jakikolwiek sposób mógłby być możliwy – zwalniałem. To jednak mam nadzieję, że w szerszym kontekście wyjdzie mi na dobre. Przecież nie jeżdżę na czas, a dla przyjemności, a te kilka sekund, czy nawet minut, dłużej mnie kompletnie nie zbawi.

A więc dobrze, że to co się stało w sobotę, nie ma żadnych dalszych, bardziej przykrych, konsekwencji. Może tylko poza tym, że jestem bogatszy o nowe doznania. Tego jednak konsekwencjami nazwać nie można, a zdecydowanie bardziej doświadczeniem, które może kiedyś zaprocentuje i następnym razem nie ochroni.