fbpx
O wszystkim

Powroty nie są proste

dodany przezKamil Timoszuk 4 lutego 2014 2 komentarze

To był najwyższy czas żeby wrócić do Polski. O ile pobyt w USA uważam za udany, nawet bardzo, to przez ostatnich kilka dni, coraz bardziej miałem tak zwane parcie na to. Obowiązki same się nie zrobią, praca sama się nie popracuje, a ludzie, którzy mówią, że czekają zawsze mogą się rozmyślić. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko zawitanie w rodzinne strony.

17 dni spędzonych za oceanem definitywnie dobiegło końca, wraz z postawieniem mojej nogi za progiem własnego domu w Białymstoku. Był to naprawdę dobrze spędzony czas. Te plany jakie miałem czyli przede wszystkim zrobić zakupy i porządnie potrenować, wypełniłem w 100%. I tu należą się z mojej strony słowa podziękowania wszystkim, którzy do tego faktu mniej lub bardziej się przyczynili. Zaletą pobytu za oceanem był niewątpliwie fakt, że będąc tam praktycznie nic nie musiałem. Wszystkie moje działania jakie tam podejmowałem były w głównej mierze wynikiem tego, że po prostu chciałem. To zdecydowanie pozwala człowiekowi odpocząć psychicznie przez jakiś czas. Ale tylko przez jakiś bo już wiem, że na dłuższą metę tak bym nie chciał. Jak się po raz kolejny okazało jestem takim stworzeniem, które bardziej lubi działać w jakikolwiek sposób, niż tylko oczekiwać.

Chicago trip

Tym razem, żeby wrócić do swojej codzienności musiałem przebyć dość burzliwą drogę, której jeszcze wychodząc z domu w Chicago kompletnie się nie spodziewałem. Pierwsze niewielkie, ale jednak przygody, miałem już na samym lotnisku O’Hare. Najpierw zaczęło się od wprawdzie niewielkiej, ale nadwagi mojej walizki. Na szczęście po drugiej stronie lady trafiła się bardzo przyjemna kobieta, która nie robiła z tym faktem problemu, jak to czasami się zdarza. Wszystkie moje amerykańskie zakupy powędrowały więc ze mną do kraju 😉 Jednak mało brakowało, a ja sam bym nie powędrował do samolotu, ponieważ byłem bardzo bliski odwiedzenia, po raz pierwszy w życiu, jakiegoś „pokoju zwierzeń” z okazji rewizji osobistej. Wszystko to przez to, że pomimo zostawienia przed bramką wszystkich bagaży, dokumentów, butów, paska i cholera wie czego jeszcze, ciągle coś nie grało. Najśmieszniejsze było to, że newralgicznym miejscem, gdzie rzekomo coś mogłem ukrywać były okolice brzucha i… nadgarstek. Nie wiem dlaczego wyskoczyło na monitorze to drugie miejsce. Z pierwszego natomiast chciałem się już tłumaczyć, że miałem operację i że mam metalową siatkę pod skórą. Czułem jednak, to nie najlepsza taktyka, bo zaraz będą wymagać zaświadczeń czy jakichś innych papierów potwierdzających ten fakt. Na szczęście skończyło się na publicznym obmacaniu przez ochroniarza i puszczeniu wolno 🙂

To był jednak przedsmak emocji jakie przeżywałem w samolocie podczas lotu. Większość ludzi, którzy boją się latać samolotami, jedną z głównych przyczyn tego faktu podają turbulencje. Mnie jakoś nigdy to zjawisko nie przerażało. Po tym locie nadal na szczęście tak jest, ale będę czuł teraz zdecydowanie większy respekt wobec natury.

LOT

Wszystko zaczęło się jakąś godzinę po starcie z lotniska, w towarzystwie kapitalnego zachodu słońca. Gdy za oknami zrobiło się ciemno, niestety nie było już tak przyjemnie. Stewardesy, które zaczęły roznosić napoje i posiłki, musiały przerwać tę czynność aby nikomu nie stała się krzywda latającymi w powietrzy przedmiotami. A wierzę, że tak by właśnie było bo rzucało samolotem jak zwykła zabawką. W takich też chwilach, siedzenie przy oknie, przez które człowiek odruchowo wygląda – choć wie, że nie powinien – nie jest najlepszym pomysłem. Żeby zobrazować wydarzenia powiem tylko tyle, że dwójka dzieciaków siedząca przede mną, niemal przez cały czas najgorszych turbulencji, czyli prawie godzinę, dawała prawdziwy popis płaczu. Żeby było ciekawiej, kobieta na siedzeniu za mną w pewnym momencie zaczęła bez żadnego skrępowania modlić się na głos. Niezła atmosferka, co? 😉 Teraz wydaje mi się to już nawet trochę zabawne, ale w trakcie tych wydarzeń do śmiechu mi specjalnie nie było. Sytuację rozładowała na sam koniec siedząca obok mnie mała dziewczynka, której mama dała iPada do zabawy na czas turbulencji, aby odwrócić jej uwagę. Udało się jej to tak bardzo, że chwilę po tym gdy wstrząsy ustały, mała oderwała się od szklanego ekranu i zwróciła się do mamy z zabójczo szczerym pytaniem: „mamo, to już koniec tego trząchania? Przecież było tak fajnie!”. Ach ta dziecinna niewinność połączona z naiwnością 😉

I takim oto sposobem dotarłem w jednym kawałku do Polski. I to właśnie tutaj na dzień dobry zaliczyłem też wyprawę po sklepach z Ikeą na czele. A co, za mało mi jeszcze było! 🙂 W domu jednak wcale nie było fajniej, gdy dziś zabrałem się za powyjazdowe porządki. Te skupiły się na segregowaniu ubrań we wszystkich niemal szafkach gdzie takowe przechowuję.

porządki

Efektem tego było definitywne pozbycie się 1/3 dotychczasowej garderoby. Kolejna 1/3 to rzeczy, które jeszcze się nadają z różnych względów. Często nawet tylko sentymentalnych. I ostatnia 1/3 to rzeczy nowe. Innymi słowy mission complete i można żyć dalej 😉