fbpx
CrossFitO wszystkim

Poradnik maratończyków

dodany przezKamil Timoszuk 27 grudnia 2015 2 komentarze

Każdy z nas miewa takie dziwne pomysły w swoim życiu, które na pozór wydają się być po prostu bzdurne. Niestety bywa też tak, że zamiast kogoś kto powinien cię od takiego dziwnego pomysłu przegonić, to na do datek znajdujesz w nim kompana. W takich też chwilach nie ma już odwrotu i pewne rzeczy po prostu trzeba zrobić!

Wiosłowanie na ergometrze to jedna z tych crossfitowych czynności, którą ja od samego początku mego związku z tym sportem całkiem lubiłem. Doskonale wiedziałem to, że przy dobrym wykorzystaniu ergometr jest jednym z takich urządzeń, które człowieka może sprowadzić dosłownie na ziemię i sprawić, że nie będzie chciał się z niej podnosić przez dłuższy czas. A na to wszystko wystarczy zaledwie kilka minut. Pomimo tego jakoś ta wizja nigdy mnie specjalnie nie przerażała i dlatego ergometr jest w moim stałym użyciu. Takim też sposobem jakieś kilka tygodni temu lecząc jedną z moich tegorocznych kontuzji, postanowiłem że brak „normalnego treningu” zrekompensuję sobie większym niż zazwyczaj wysiłkiem na wiosłach. W moim przypadku oznaczało to dokładnie 21 kilometrów i 95 metrów przepłyniętych w niewiele ponad półtorej godziny.

Już w trakcie robienia kolejnych pociągnięć tamtego niedzielnego popołudnia, wiedziałem, a nawet bardzo boleśnie odczuwałem skutki tego, że nie do końca się do tego przygotowałem. I nie chodzi tu w żaden sposób o brak ogólnie rzecz biorąc formy, a bardziej mam tu na myśli pewne niuanse, które po prostu robią różnicę. Nie od dziś jednak wiadomo że każdy crossfiter jest najmądrzejszy po szkodzie 😉 To wszystko jednak niespecjalnie zniechęciło mnie do tego typu akcji. Szczególnie gdy po przyjściu do domu sprawdziłem z ciekawości czasy osiągane przez zawodników CrossFit Games w 2014 roku, kiedy była to jedna z konkurencji. Nie powiem, że nie byłem zaskoczony w momencie, kiedy to okazało się że mój półmaraton był szybszy od takiego na przykład Lucasa Parkera 😉 Wtedy też chyba po raz pierwszy zaświtała mi w głowie myśl aby kiedyś spróbować swoich sił na dystansie pełnego maratonu. Pech chciał, że w bardzo szybkim czasie znalazłem kogoś kto podzielał mój pomysł i obiecał, że w okresie przedświątecznym powalczy o to razem ze mną. Nie wiedziałem jeszcze wtedy czy mu do końca za to dziękować czy może bardziej przeklinać 🙂

Rowing 0

Przed taką jednostką treningową wydawało mi się, że warto by się jakoś choćby w przynajmniej minimalnym stopniu przygotować pod kątem fizycznym. Życie czasem jednak miewa odmienne plany od naszych i przez to też stawia nas pod ścianą. W moim przypadku oznaczało to mniej więcej tyle, że zamiast regularnie trenować, to nie dość, że popsułem, a następnie naprawiałem długi czas nadgarstek, to na dodatek pracowałem na tyle dużo, że na treningach bywałem niemal gościem. Im jednak bliżej było ustalonego z Rafałem czyli moim współtowarzyszem niedoli terminu ostatecznego starcia, tym bardziej włączał mi się tryb „co ma być to będzie, ale nie ma opcji abym odpuścił”. O przeziębieniu gnębiącym mnie przez kilka poprzedzających dni też nie ma co specjalnie wspominać. I w taki oto sposób wybiła godzina zero czyli dokładniej rzecz biorąc wtorek, 22 grudnia 2015 roku, godzina 15. To właśnie wtedy jadąc na rowerze do boxa zadawałem sobie jakże ważne pytanie – Po jaką cholerę mi to potrzebne? Na szczęście zaraz potem pojawiała się odpowiedź – A dlaczego by nie!?

Rowing 8

Takim też oto sposobem stanąłem oko w oko przed wyzwaniem, które wiedziałem, że będzie boleć. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałem jak bardzo chwilami będzie to ból dokuczliwy. Przewidując to jednak trochę starałem się temu jak najbardziej zapobiec i każdy komu przyjdzie podobnie durny pomysł jak nam, niech ten najbliższy fragment tekstu potraktuje jak mały poradnik. Otóż według wstępnych obliczeń czasowych wychodziło nam z Rafałem, że nasze tyłki spędzą na siodełku ergometru dobrze ponad 3 godziny. Mając w pamięci ból tyłka po 21 kilometrach wiedziałem, że trzeba się przed tym zabezpieczyć. Niestety wzięta przeze mnie poduszka nie zdała rezultatu, co jednak zostało później załatwione w inny sposób. Jednak teraz już wiem, że na gołym siodełku chyba bym tam zszedł. Podobnie jak i w momencie w którym zapomniałbym skarpet, a tym samym skazał się na wiosłowanie tyle godzin w Nano, które po dłuższej chwili działają niczym tarka w zetknięciu ze skórą. O tym, że warto mieć coś do picia, a nawet i jedzenia jak na przykład banana chyba wspominać nie muszę. Za to Rafał zadbał o to o czym ja sam nawet nie pomyślałem. Tym czymś była magnezja w takiej jakby poduszeczce, którą można było w wygodny sposób co jakiś czas wetrzeć w ręce. Gdyby nie ona to myślę, że moja rekonwalescencja dłoni po maratonie trwała by znacznie dłużej niż jak na razie pięć dni.

Przygotowani w taki właśnie sposób, po zameldowaniu gotowości do startu przez Rafała na jego Facebooku, równo o godzinie 16 zaczęliśmy swoja podróż. Początkowy plan zakładał wiosłowanie w wyznaczonym przez siebie tempie i staranie się go utrzymać jak najdłużej. Do tego też co jakichś 10 kilometrów chcieliśmy dosłownie na chwilę wstawać z wioseł dla rozprostowania kości. Wtedy jeszcze ja nie wiedziałem jak zbawienna ale i poniekąd wkurzająca będzie to czynność w późniejszym czasie. Mając doświadczenie wcześniejszego półmaratonu, swoje początkowe tempo ustaliłem w okolicach 2 minut na 500 metrów. Wydawało mi się to dość rozsądne i całkiem realne do zrobienia. Jednak już kilka pierwszych kilometrów uświadomiło mi trochę, że okres kiedy trening nie jest realizowany regularnie, nie może zostać bez echa. Dlatego też dokładnie czułem to, że aby utrzymać wyznaczone tempo muszę wkładać trochę więcej wysiłku niż przy wcześniejszym podejściu. Tu też pojawiło się w mojej głowie kolejne pytanie – Czy w takim razie nie obniżyć tempa i zapobiec „odcięciu” w dalszej części? Jako, że moja decyzja była negatywna nie pozostawało nic innego jak tylko zacisnąć zęby i zasuwać dalej. Wiosłowanie takiego dystansu z kimś obok ma też przede wszystkim jedną wielką zaletę, a mianowicie doskonale wiesz, że jeśli ciebie zaczyna coś boleć to tego kogoś obok jest szansa, że również 😉 Mała rzecz, a na swój głupi, sadystyczny sposób cieszy 🙂

Rowing 4

Oprócz czystego bólu fizycznego, jedną z najbardziej doskwierających rzeczy podczas takiej 3-godzinnej walki jest też nuda. Taka zwyczajna monotonia, która mówiąc dosadnie ryje banię. Oczywiście można myśleć na różne tematy i starać się „zająć głowę” jednak dla mnie tego dnia było to bardzo ciężkie. Między innymi jednak dlatego też wybraliśmy z Rafałem taki czas naszego maratonu, aby w samym boxie nie było pusto i aby cały czas ktoś się kręcił i ewentualnie zapewniał nam wszelkiego rodzaju rozrywki 😉 W tym miejscu należą się podziękowania każdemu boxowemu DJ-owi, który zapodawał swój repertuar umilający nam czas. Co ciekawe, ja sam zauważyłem natomiast, że gdy starałem się wdawać z kimś w dyskusję to w bardzo szybkim czasie gubiłem rytm wiosłowania, a przez to też spadało mi tempo płynięcia. Dlatego też po pewnym czasie starałem się udzielać już jak najmniej z czego kilka obserwujących to osób miało niezły ubaw 😉 Nie można też oczywiście zapomnieć o jakże ważnych i wręcz drogocennych słowach wsparcia i otuchy od urzędujących tego dnia trenerów w boxie, którzy co jakiś czas rzucali w nasza stronę jakże krzepiące stwierdzenia „słabi jesteście!”, „powaliło was!” i tym podobne przyjemności 😉 Ot taki rodzinny, ciepły klimat CrossFit Białystok w całej okazałości 😀

Z każdym kolejnym kilometrem mi osobiście było coraz ciężej. I to nie tylko w mojej podświadomości ale tak autentycznie fizycznie. Tu jednak nastąpiło lekkie zdziwienie, kiedy to pierwsze 21 kilometrów maratonu przepłynąłem szybciej niż kilka tygodni wcześniej. Jakąś niecałą minutę ale jednak. W międzyczasie Rafał zrobił chyba najlepszą rzecz dla mnie jaką mogłem sobie tylko wymarzyć, a mianowicie dał mi swój ręcznik kąpielowy, który po złożeniu w kostkę użyłem jako zamiennika poduszki. Ta amortyzacja tyłka to jest najlepsza rzecz jaką może sobie zapewnić każdy śmiałek/głupek, który porywa się na takie dystanse. U mnie w pewnej chwili sam ból tyłka był na tyle duży, że zaczął aż promieniować na dolną część pleców, a to już nie było za cholerę przyjemne mówiąc bardzo łagodnie. Z każdą kolejną przerwą i chwilowym podniesieniu czterech liter z siodełka wychodziło też to, jak bardzo męczą się nogi. Nie wiem nawet czy były one w pewnej chwili bardziej z betonu czy może z waty. Kończąc wymienianie wszelkich boleści jakie doskwierają jeszcze podczas ogarniania maratonu nie sposób zapomnieć o dłoniach, na których robiły mi się po prostu bąble. Mając nawet na uwadze rady pierwszego śmiałka w CrossFit Białystok, który pokonał maraton na ergometrze to fakt czy zaciskałem dłonie na drążku od wioseł czy też starałem się je trzymać niemal samymi palcami zmieniał naprawdę niewiele. Jedyną rzeczą jaka się zmieniała, to miejsce powstawania nowych lub powiększanie się starych bąbli.

Rowing 6

W okolicy 25 kilometra dopadł mnie pierwszy poważny kryzys, który później tak na dobrą sprawę trzymał mnie mniej lub bardziej, ale do samego końca. Wtedy też musiałem się pogodzić z myślą, że muszę obniżyć tempo bo inaczej za chwilę może nastąpić prawdziwy game over. Wtedy już wiedziałem także, że kolejna moja przerwa będzie miała miejsce trochę wcześniej niż na 32 kilometrze. Popijany w jej czasie izotonik, czy też zjedzony częściowo banan sprawiły, że w dalszym ciągu metry z licznika znikały w miarę przyzwoitym tempie. Rafał zaś momentami sprawiał wrażenie, że zamiast w naturalny sposób słabnąć to niemal przyspiesza! Wiedziałem jednak co robię namawiając na tak spędzony wspólnie wieczór dzika, który nie tak dawno reprezentował CrossFit Białystok w Amarok East Side Challenge w kategorii Masters. Mówiąc krótko, świadomość nie dania ciała przed nim była dla mnie niezwykle mobilizująca 😉 Niestety przed finiszem w postaci ostatnich kilometrów nasiliło mi się to, na co kompletnie nie byłem przygotowany, a mianowicie drętwienie nóg. I o ile pierwsze tego objawy były do zniesienia i jakoś nie przeszkadzały mi w czymkolwiek w dramatyczny sposób – tak pod koniec były chwile, że bardziej pracowały u mnie biodra niż same nogi. To też czasami generowało kolejne wymuszone postoje na to, aby nogi wróciły do chwilowej sprawności. Przez to też w pewnej chwili zrozumiałem, że nie osiągnę zamierzonego końcowego rezultatu czasowego. Kiedy Rafał zakończył swój bój z czasem 3 godzin i 7 minut to u mnie na liczniku pozostawały do końca jeszcze jakieś 3 kilometry. Bez wątpienia były to najdłuższe i najbardziej bolesne 3 kilometry w moim dotychczasowym życiu. Warto było je jednak przepłynąć choćby dlatego, żeby doświadczyć na własnej skórze dopingu kilkunastu osób z grupy o godzinie 19, która przyszła powydzierać się na mnie abym po prostu zapieprzał do celu. Wszystko to nawet zostało uwiecznione na pewnym filmie, który w nieznanych okolicznościach i dzięki złośliwości rzeczy martwych niestety zaginął. Jaki jest z tego morał? iPhone SSIE! 😉

Rowing 7

I takim oto sposobem, w czasie 3 godzin i 26 minut dotarłem do wyznaczonego sobie celu. Co człowiek czuje po czymś takim? Emocji jest wiele ale w pierwszej chwili jest to na pewno ulga, że to nareszcie koniec! Nie ma co też ukrywać, że dołącza do tego też satysfakcja ze zrobienia czegoś, czego się nigdy wcześniej nie robiło – nawet jeśli nie jest to do końca mądre 😉 Oczywiście to wszystko okraszone jest bólem całego ciała ze specjalnym naciskiem na nogi, tyłek oraz dłonie. To jednak w takich chwilach nie jest specjalnie ważne, bo liczy się nowe doświadczenie które powinno kiedyś zaprocentować. Bo właśnie choćby teraz czym jest taki kilometr przepłynięty na maksa, po którym nie jesteś w stanie złapać oddechu dłuższy czas? Na pewno czymś wymagającym, ale już bez przesady. Najśmieszniejsze jest jednak to, że wydawało mi się że maraton na wiosłach robi się zawsze po raz trzeci – pierwszy, ostatni i nigdy w życiu. Teraz gdy mam już go za sobą to tak nie uważam 😉

Żeby natomiast dopełnić obraz tego z czym wiąże się podjęcie takiego wyzwania, wklejam wam dodatkowe wrażenia dwóch pozostałych osób, które na razie jako jedyne przepłynęły maraton w CrossFit Białystok. Jeśli jeszcze jest wam mało masochistyczno-sportowych wynurzeń to nie krępujcie się i sprawdźcie co mają w tym temacie do powiedzenia Rafał Jodaniewski oraz Łukasz Burnos, których o to zapytałem. Enjoy!

Rafał:

– Wrażenia… generalnie trudne do spisania, bo było ich tak wiele. W pierwszej kolejności nie wierzyłem, że w ogóle taki wyczyn w moim wykonaniu jest możliwy. Przecież takie wyzwania są zarezerwowane dla „top banana” zawodników. Z dużą obawą ale jednocześnie ekscytacją podszedłem do tematu i do samego końca miałem mieszane uczucia czy w ogóle dam radę, bo nie w moim stylu jest rezygnować. Przyszła jednak ta chwila, kiedy trzeba wziąć za drążek, przybić żółwika partnerowi niedoli i zrobić pierwszy ruch, aby rozbujać koło maszyny. Pierwsze parę kilometrów było ok. I to nawet lepsze niż mi się wydawało i pomyślałem, że nawet dobrze idzie a organizm dobrze to znosi przy utrzymaniu całkiem niezłego tempa. Pękło pierwsze 10k i przyszedł czas na małą przerwę rozruszanie kości, mały posiłek i napój. Mimo iż trwało to kilka chwil to było naprawdę bezcenne. W tym momencie poczułem że już czas aby położyć na siedzisko przygotowaną wcześniej poduszkę, która jak się okazało była kluczem do sukcesu całego przedsięwzięcia. Kolejne 10k przebiegło bez większego zmęczenia (tu duże zdziwienie), tempo i rytm utrzymane. W tym momencie jest błoga radość ,że już tylko 20k pozostało do końca – przecież już tyle przepłynąłem i czuję się super – co może pójść źle – nic bardziej mylnego. W połowie trzeciej dziesiątki zaczyna dawać się we znaki zmęczenie pewnych partii mięśniowych i zaczynasz zdawać sobie sprawę, że może nie być to spacerek przez park. Celem mentalnym było skoncentrowanie się na każdych 10k osobno i nie wątpliwie to pomagało przechodzić kolejne etapy. Organizm jednak daje o sobie znać coraz bardziej. Pośladki bolą, a kończyny zwłaszcza prawa zaczynają drętwieć. Jedyne na czym się człowiek koncentruje to walka z bólem który powoli narasta. Kolejne 10k już za mną. Myśl, że za mną 30k jest naprawdę krzepiące. Jednak ramiona, mięśnie karku, bolące pośladki i drętwiejąca noga podpowiadają, że może nie był to najlepszy pomysł i zaczyna człowiek wątpić w zasadność takich wyzwań. Najtrudniejszy moment przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie – na 2k przed końcem. To było najdłuższe 2 kilometry w moim życiu. Ból karku był tak duży, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Jedyne co mnie trzymało to myśl, że od chwały i fanfar dzieli mnie tylko kilka minut. Ostatnie 1k było drogą do Nirvany. Widok znikających kolejnych metrów był bezcenny. Wypadło „zero” i pokazał się czas całkowity. Udało się i miałem ochotę skakać ze szczęścia, że dałem radę i to w całkiem niezłym stylu (tak mi się wydaje). Nieocenionym podczas tych kilku godzin wg. mnie było: przede wszystkim wspomniany już towarzysz niedoli, możliwość koncentracji i to  że nie wiele osób przeszkadzało. Myślałem, że drobne pogawędki będą pomocne – nic bardziej mylnego (przynajmniej w moim przypadku). Ważne aby przygotować się – zapewnić sobie napoje, jakiś owoc, magnezję, ręcznik. Najważniejsze ponad wszystko jest siedzisko. Z całą pewnością powiem, że bez tego rekwizytu jest to mega trudne. Wiele osób nie poleca przepłynięcia maratonu, ja jednak zdecydowanie polecam ten rodzaj wyzwania. Jeżeli ktoś jest z aktywnością fizyczną za pan brat to powinien spróbować i zobaczyć jakie są jego granice.

Łukasz:

Rowing Łukasz Burnos

– Myśl o przepłynięciu maratonu na ergometrze był w moim przypadku bardzo głęboka… bo z dupy. I to gdzieś mniej więcej spomiędzy zagięcia esiczo-odbytniczego, a okrężnicy. Właśnie tak głęboka! Generalnie miałem wolne przedpołudnie i najmniejszej ochoty robić kolejnej sesji programu „oly”, który akurat w ten dzień obejmował power snatche i to jeszcze z hanga, czyli coś, co w moim wykonaniu wygląda jak rzeźba w gównie trzeciej kategorii.

W związku z powyższym, jak to każdy prawdziwy Polakos, zacząłem wymyślać setki wymówek, żeby nie robić programu i tysiące opcji co zrobić w zamian. Traf chciał, że akurat byłem w trakcie oglądania Instagrama, gdzie natknąłem się na zdjęcie „Małego” (Łukasz Głuszyński) i „Sisu” (Damian Truchel), z którego wynikało, że niedawno przepłynęli na wiosłach półmaraton. Z uwagi na to, że jestem durny i mam kompleksy, postanowiłem przepłynąć cały maraton. W sumie to tyle jeżeli chodzi o moją motywację.

Umyłem lewą piętę, zjadłem kiełbasę, wziąłem rower (wręcz zajebisty pomysł jak się później okazało…) i pojechałem na boxa. Była godzina ok. 11. Wiater wiał, kwiaty pachły, cisza, spokój, wokół żywego ducha. Odpaliłem Concepta i zacząłem wiosłować. Skończyłem po 3 godzinach i 13 minutach. Co mogę powiedzieć? Kilka rzeczy na pewno.

Ogólnie nie pucowałem się za bardzo z faktem przepłynięcia maratonu jako pierwsza osoba na boxie (chyba?), ale niemal każdy, do kogo jednak doszła ta radosna nowina pytał mnie: „dlaczego to zrobiłeś?”.

A ja się grzecznie pytam: „A dlaczego pies liże się po jajach?”

Bo może!!! Koniec kropka.

Nie ukrywam, że satysfakcja jest ogromna, ale nigdy nikogo nie namówię do powtórzenia tego co zrobiłem. Dlaczego? Bo oprócz satysfakcji nie ma w tym absolutnie żadnego sensu.

Jednak jeżeli ktoś już się już uprze, to kilka rad z autopsji.

Po „pierwsze primo” – poduszka lub gruby ręcznik pod dupsko! Odbyt po 2 godzinach jazdy na plastikowym krzesełku woła właściciela o litość. W okolicach trzeciej godziny skamle o eutanazję. Ból jest okropny, mega niekomfortowy i najzwyczajniej w świecie wkurwiający. Także przed wejściem na ergometr zadbajcie o coś miękkiego pod tyłek.

Po wtóre – pewnie na logikę powinienem napisać: „nie szarżować na początku”. Ale nie napiszę, bo wychodzę z założenia, że nikt nie jest imbecylem i nie będzie zaczynał maratonu w tempie 1:25/500m. Paradoksalnie, napiszę odwrotnie. Nie ma co przesadzać w drugą stronę, bo to tak jakby iść pieszy maraton spacerkiem. Z własnej autopsji trzymanie tempa +/- 2:00/500m wydaje mi się optymalne.

Po trzecie – łeb! Maraton na ergometrze (pieszy pewnie też), to srogi psychiczny wpierdol. Po drodze pojawi się tysiąc wątpliwości, a największy mindfuck (przynajmniej w moim przypadku) pojawia się w okolicach dwudziestego kilometra, kiedy to pan (lub pani) maratończyk znajduje się między przysłowiowym młotem i kowadłem. Przepłynąłem za dużo żeby się poddać, a zostało mi jeszcze tyle, że nie ma bata, że to skończę…

Skończysz!

Jak siądziesz to skończysz. Jestem o tym przekonany. Ale czy to ma sens?

A czy wszystko w życiu musi mieć sens?