fbpx
O wszystkim

Podróże małe i duże

dodany przezKamil Timoszuk 18 kwietnia 2014 0 Komentarzy

Dział podróże na tym blogu stworzyłem po to, aby mieć miejsce do opisywania wszelkich wypraw bliższych i dalszych. W pierwotnym założeniu miały być to tylko przyszłe wyprawy jakie mnie jeszcze czekają. Jednak ostatnio pomyślałem sobie, że fajnie byłoby też powspominać, kilka moich starszych podróży. I tak też dziś zrobię!

Wszystko to stało się dzięki temu, że ostatnio szukałem w swoich zasobach pewnego, konkretnego zdjęcia. Zanim jednak do niego dotarłem, przekopałem się przez sporą ilość folderów z innymi fotografiami, które obudziły we mnie trochę wspomnień. Dlatego też w najbliższym czasie, chciałbym w miarę regularnie, powracać do pewnych miejsc i wspomnień, poprzez opisywanie je tutaj na blogu. Być może też moje obserwacje, przydadzą się komuś, kto w danym miejscu jeszcze nie był, albo też zachęcą aby sprawdzić na własnej skórze daną lokalizację.

Na pierwszy raz wybrałem miejsce, które w moim przekonaniu niemal trzeba zobaczyć. Wielu ludzi ten kraj, a w szczególności to miasto, kocha lub dla przeciwieństwa totalnie nienawidzi. I ja, po spędzeniu w nim tylko/aż ośmiu pełnych dni, stwierdzam, że można czuć obie te rzeczy w jednym czasie. Co to więc za kraj i miasto? W 2007 roku przywiało mnie do stolicy kraju, z którego wywodzi się jedna ze słynniejszych potraw świata czyli popularna pizza. Jak więc się już nie trudno domyślić chodzi oczywiście o Rzym we Włoszech. Całą tą moja wyprawę mógłbym zapewne opisać na kilka różnych sposobów ze szczególnym uwzględnieniem różnych aspektów. Dziś jednak, podejmę się karkołomnego zadania i postaram się opowiedzieć trochę o wszystkim.

Rzym 1

Wypadałoby może zacząć od tego, dlaczego i jak znalazłem się tam we Włoszech. Na pierwsze z tych dwóch pytań, odpowiedź jest taka sama, jaka zapewne będzie jeszcze wiele razy przy kolejnych opisywanych miejscach. Mianowicie do Rzymu zaprowadziła mnie i moich współtowarzyszy podróży, chęć zobaczenia sportu przez duże S. W tym przypadku był to mój pierwszy w życiu meczu NBA. Była ku temu okazja, dzięki corocznemu tour’owi jaki organizuje przed startem sezonu liga NBA po świecie. Tym bardziej była to atrakcyjna oferta, ponieważ do Rzymu przyjeżdżały zespoły legendarnych Boston Celtics oraz „moich od zawsze” Toronto Raptors. Dla mnie osobiście była to prawdziwa kumulacja szczęścia w jednym miejscu i czasie. Jak się później okazało, mecz pomiędzy tymi dwoma zespołami, był prawdziwym debiutem w barwach Celtów niejakiego Kevina Garnetta, czyli w tej chwili prawdziwej legendy tej ligi. Wtedy, czyli w 2007 roku, Kevin przychodził do Bostonu po to aby wygrać swoje pierwsze mistrzostwo NBA. Jak pokazała historia, udało mu się to zrobić jak na razie tylko raz i zaraz po tym gdy zabrzmiał końcowy gwizdek decydującego meczu, udzielił on jednego z bardziej emocjonalnych wywiadów w historii nie tylko NBA, ale chyba także i całego sportu.

Ale wracając do tematu. Moja droga do Rzymu w tamtym czasie wiodła przez… Łódź. To właśnie w tym mieście, miałem spotkać się z ludźmi z którymi miałem dzielić dalszą podróż do Krakowa na lotnisko, oraz oczywiście do docelowego Rzymu. Dla mnie do dziś groteską jest fakt, że kilka razy dłużej zajmuje mi podróż na lotnisko, niż sama podróż do jakiegokolwiek kraju w Europie. Ale to jest opowieść o absurdalnym braku lotniska na Podlasiu na kiedy indziej. Tak się jednak złożyło, że we wcześniej wspomnianej Łodzi, z całej naszej ekipy najbardziej zaprzyjaźniłem się z niejakim Mateuszem, i to praktycznie z nim odbyłem cały ten wyjazd. Z resztą naszej 5-osobowej załogi, jakoś nam obojgu nie było specjalnie po drodze, a więc wszystkim było to na rękę. Tak się też dobrze złożyło, że lot do Rzymu mieliśmy we wczesnych godzinach przedpołudniowych w poniedziałek, a powrót w dość późnych godzinach wieczornych we wtorek tydzień później. A więc jakby nie patrzeć wyczucie czasu – idealne. Sama podróż do Rzymu obyła się bez większych komplikacji czyli patrząc po kolei od samego mojego wyjścia z domu – pociąg, autobus, samolot, kolejka podmiejska, metro i pieszo. Tak też znaleźliśmy się w hostelu w niemal samym centrum Rzymu, tuż nieopodal ogromnego dworca Termini, w pobliżu którego zatrzymywało się praktycznie wszystko czyli pociągi, metro, komunikacja miejska czy też oczywiście taksówki. Po prostu do wyboru, do koloru.

Rzym 2

To właśnie też w Rzymie pierwszy raz nocowałem w hostelu, który był zaadoptowany w starej kamienicy, a my mieszkaliśmy w tak jakby jednym z mieszkań. Oprócz dwóch z trzech pokoi mieliśmy do dyspozycji kuchnię oraz oczywiście łazienkę. Co ciekawe nasze pokoje były 2 i 3-osobowe, trzeci zaś mieścił bodajże 6 lub 8 osób, które praktycznie co noc zmieniały się. My natomiast, wracając wieczorami z codziennych podbojów Rzymu, nigdy nie mieliśmy pewności kogo spotkamy tym razem. A to raz studenci z USA, którzy są w trakcie zwiedzania Europy. A to mieszkańcy innego regionu Włoch, którzy przyjechali za pracą, a w mieszkaniu było słychać ich od wejścia z racji tego, że oglądali w kuchni mecz swojego zespołu piłkarskiego, niesamowicie drąc przy tym gęby. Trafiliśmy też na starsze małżeństwo z Cleveland w USA, które zaraz po tym jak dowiedziało się skąd jesteśmy i po co przyjechaliśmy do Włoch, pochwalili się, że są fanami Cleveland Cavaliers od wielu już lat i posiadają nawet całosezonowe karnety tego zespołu. To się dopiero nazywa zbieg okoliczności! 🙂

Rzym 3

Nie mogę też nie wspomnieć o jednym drobiazgu, który pomimo, że miał miejsce 7 lat temu to do dziś go pamiętam doskonale. Tym czymś było łóżko w naszym pokoju, które widać na powyższym kolażu. Nie było to jednak zwykłe łóżko w którym się po prostu śpi. Co to to, to nie. Ja w kładąc się w nim za każdym razem, nie tyle zasypiałem jak kamień ale praktycznie zapadałem w śpiączkę. Nie wiem czy kiedykolwiek i gdziekolwiek spało mi się lepiej niż właśnie na tym niepozornie wyglądającym łóżku. Jak więc widać na załączonym obrazku – pozory mylą.

Kiedy każdego ranka udawało nam się jednak wydostać z hostelu na podboje Rzymu, na początku mieliśmy plan dojeżdżania w pobliże wielu miejsc metrem i odhaczanie w ten sposób kolejnych punktów. Jak się jednak okazało, stolica Włoch tak nas pochłonęła, że szkoda nam było marnować sytuacji będąc w takim miejscu, aby poruszać się podziemiami. Dlatego też przez niemal 6-7 dni poruszaliśmy się praktycznie tylko na piechotę, i to po całym mieście. Nawet pomimo tego, że czasami nogi odmawiały już posłuszeństwa, to teraz już wiem, że to jest jedyny dobry sposób aby wycisnąć turystycznie z tego miasta wszystko co tylko można w tak krótkim czasie. Jak typowi turyści, z kilkoma rodzajami map wziętych z hostelu, przemierzaliśmy to miasto, które potrafiło urzekać i odrzucać jednocześnie.

Rzym 4

Z jednej strony masa kapitalnych miejsc, jak te najbardziej popularne czyli Koloseum, Panteon, fontanna di Trevi, schody hiszpańskie czy też Watykan. Z drugiej jednak, masa turystów gdzie Polacy chyba wiedli prym, do tego generalny brud w mieście, a na przykład na ulicach totalny chaos. Jeśli ktoś kiedy wybierze się do tego miasta swoim samochodem, to po powrocie do kraju jest duża szansa na to, że nagle zmieni zdanie o zasadach na drodze w Polsce. Tam jedyną zasadą jest chyba brak zasad lub ewentualnie „kto większy/głośniejszy ten ma pierwszeństwo we wszystkim”. Sprawia to ni mniej ni więcej, że przejście pieszego przez jakąkolwiek ulicę działa na zasadzie „ja Sprite, ty pragnienie”. Zgadnijcie kto jest kim w takiej sytuacji 😉

Rzym 5

Na szczęście jednak przeżyliśmy i nic nas nie trafiło, choć raz czy dwa było blisko. Oprócz samego zwiedzania, Mateusz przez długi czas namawiał mnie, żeby poszukać hotelu gdzie mieszkają w Rzymie koszykarze Celtics oraz Raptors i spróbować w jakiś sposób zrobić z nimi zdjęcie bądź wziąć autograf. Na początku przyznaję, wydawało mi się to prawdziwym mission impossible, ponieważ byłem przekonany, że takich gwiazd nie odstępują nawet na krok ochroniarze i będzie ciężko doprowadzić do takiej sytuacji. Moją wiarę z każdym kolejnym dniem podkopywał też fakt, że każdy kolejny hotel jaki sprawdzaliśmy po drodze był nietrafiony. I kiedy mieliśmy po prostu odpuścić, dostaliśmy niejako sygnał, że chyba nie wszystko stracone. Mianowicie podczas zwiedzania jednego z zabytków, Mateusz zobaczył, że jak gdyby nigdy nic z jednego z budynków wychodzą właśnie gracze NBA na których tak bardzo „polowaliśmy”. Żeby było jeszcze zabawniej, świadkiem tego zdarzenia był tylko Mateusz, bo ja akurat postanowiłem gdzieś sobie poleźć w nieznanym nikomu kierunku. Na szczęście mój współtowarzysz miał w pogotowiu aparat, i dzięki temu, później mogłem zobaczyć ten moment choćby na fotkach.

Rzym 6

Ta sytuacja sprawiła, że znowu nabraliśmy ochoty na szukanie miejsca gdzie mieszkają na stałe koszykarze. W tym momencie powinienem przytoczyć popularne powiedzenie, że „najciemniej jest pod latarnią”. Dlaczego? Ponieważ hotel którego szukaliśmy, znajdował się mniej więcej 15-20 minut piechotą od naszego hostelu 🙂 Ba! Co więcej, wcale nikt tam się z tym faktem nie krył ponieważ przed wejściem znajdowało się coś takiego.

Rzym 7

Od tego więc był już tylko krok, aby spełnić założoną sobie misję. Wystarczyło chwilę poczekać i…

Rzym 8

Patrząc na te fotki w dniu dzisiejszym, nie jestem w stanie powiedzieć co mną kierowało, że na ewentualne spotkanie z koszykarzami mam hokejową koszulkę 😉 Ale co tam, koszulka. Mieć na wyciągnięcie ręki ludzi, dla których zarywa się kolejne noce i ślęczy przed ekranem monitora oglądając kolejne mecze, naprawdę było bezcenne. Tak samo jak bezcenne było zobaczenie na własne oczy jak wielcy są niektórzy koszykarze w rzeczywistości, czego często w telewizji nie widać. Świetne przeżycie, które polecałbym każdemu kto ma w tej chwili swojego jakiegokolwiek idola.

Sam nasz główny cel wyprawy czyli NBA Live Tour Europe to także kolejny temat rzeka, który zaczął się od znalezienia samej hali, w jakiej miał być on rozgrywany. Zanim trafiliśmy w dobre miejsce, to w sumie niechcący ale jednak, znaleźliśmy inną fajną halę. Problemy z nią były tylko dwa. Pierwszy to, że nie było na niej żadnych meczów, a zaledwie jakiś trening lokalnego zespołu.

Rzym 9

Drugim problemem zaś było to, że owa hala znajdowała się dokładnie po drugiej stronie miasta niż ta nasza lokalizacja docelowa. Mając jednak łeb na karku, postanowiliśmy, że odbierzemy bilety na weekendowe mecze dzień wcześniej aby uniknąć stania w długich kolejkach. I to był prawdziwy strzał w 10. Bez większego trudu ogarnęliśmy bilety, miejsce oraz jeszcze coś.

Rzym 10

Tym czymś był pewien Włoch, którego poznaliśmy pod halą. Okazało się, że mieszka on pod Rzymem ale w weekend zabiera swojego syna na te same mecze, na jakie i my się wybieramy. Podczas naszej rozmowy, przechodząc od słowa do słowa, podziwiając nasz upór w dążeniu za marzeniami, postanowił nam pomóc w dostaniu się po meczu do naszego hostelu. Na początku nie bardzo w to wierzyliśmy, a poza tym patrząc teraz z perspektywy czasu, nie było to najbezpieczniejsze z naszej strony, ale na prawdę tak się stało! Nieznajomy znalazł nas po meczu w tłumie wielu tysięcy osób i swoim samochodem, pomimo, że nie było mu specjalnie po drodze, podwiózł nas niemal pod sam hostel. Mała rzecz, a jak dużo mówi o drugim człowieku.

Same mecze wielkimi widowiskami nie były. Czy jednak byliśmy zawiedzeni? Nie było takiej opcji będąc kilka tysięcy kilometrów od domu, w obcym kraju, w obcym mieście i oglądając namiastkę widowiska jakiego się było fanem od ponad dekady w tamtym czasie. Tak właśnie spełniają się mniejsze lub większe młodzieńcze marzenia.

Rzym 11

Będąc pierwszy raz w życiu we Włoszech nie mogliśmy też odmówić sobie przyjemności spróbowania ich tamtejszej pizzy. Jak się okazało w praktyce, to że pizza zostanie zrobiona w Italii, to nie znaczy z urzędu, że będzie dobra. My spróbowaliśmy podczas naszego pobytu chyba 2 czy 3 w różnych miejscach i żadna z nich tyłka nie urwała. Nie wiem czy była to kwestia innych przyzwyczajeń wyrobionych przez lata w Polsce, czy też zbyt dużych oczekiwań jakie mieliśmy wobec niej. Faktem jest jednak to, że w obecnych czasach tak samo na dobrą jak i na złą pizzę, można trafić w każdym miejscu na świecie. Jednak w Rzymie trafiliśmy na jedną, nazwijmy to kulinarną rzecz, jakiej nigdy wcześniej, ani nigdy już później, spróbować okazji nie miałem. Tym czymś był sok pomarańczowy. Jednak nie był to byle jaki sok pomarańczowy! To był najlepszy sok pomarańczowy jaki piłem w swoim życiu i piszę to z pełną świadomością. Dlaczego on był tak dobry, a co za tym idzie, tak bardzo nam smakował? Nie mam kompletnie zielonego pojęcia. Wiem jednak to, że już po zaledwie kilku dniach, obsługa w sklepie gdzie go kupowaliśmy każdego dnia, znała nas właśnie dlatego, że braliśmy go po 2-3 1-litrowe butelki na głowę, wykupując tym samym niemal całą dostawę 🙂 Nie było jednak nic bardziej przyjemnego jak popijanie tego soku podczas wędrówek po Rzymie lub też, delektowanie się nim po całym dniu wojaży i wyjęciu go prosto z lodówki lub zamrażarki. Prawdziwe niebo w gębie, które do dziś czuję!

Jednak wszystko co dobre, szybko się kończy. Po tygodniu pełnym wrażeń, przygód, śmiechu i nowych doświadczeń trzeba było wracać do domu. To jednak jak się okazało w praktyce nie było już takie proste. Dlaczego? Otóż samolot, który miał nas zabrać z Włoch, miał wcześniej do tych Włoch dotrzeć z Bukaresztu. A jako, że w Rumunii panowały podobno potworne burze, dlatego też lot był opóźniony. Mocno opóźniony. Najpierw godzinę, później dwie, a nawet i trzy. Z planowanego powrotu o 21, wyszło na to, że do samolotu wsiadaliśmy w okolicach 4 nad ranem. Nie ma jednak tego złego, ponieważ dzięki temu miałem okazję zobaczyć Rzym nocą z lotu ptaka. Piękna sprawa, mówiąc krótko. Mniej przyjemnie było w Krakowie gdzie nie dość, że różnica temperatur oscylowała w okolicach ponad 20 stopni, to sprawiła że pierwsze co zrobiliśmy na lotnisku, to wyjmowaliśmy z bagaży dodatkowe ubrania nie przygotowani na taki szok termiczny 😉 Później jeszcze tylko moja desperacka decyzja o pójściu na całość i wykupieniu najdroższego, ale zapewniającego najszybszy powrót do Białegostoku biletu na PKP, i moją włoską przygodę można było uznać za zakończoną. Przygodę, która w jakimś stopniu odcisnęła swoiste piętno u mnie w głowie i pokazała, że właściwie w dzisiejszym świecie nie ma granic. Jeśli ktoś chce gdzieś pojechać, coś zobaczyć, a do tego jeszcze coś przeżyć to musi spełnić tylko jeden warunek – po prostu to zrobić!