fbpx
CrossFitFoto & VideoLudzieO wszystkim

Pandemiczny CrossFit

dodany przezKamil Timoszuk 4 czerwca 2020 0 Komentarzy

Jak wam się wydaje – szalejąca w ostatnich miesiącach po całym świecie pandemia więcej wam dała czy zabrała? Naturalną odpowiedzią na tak postawione pytanie powinno być to, że zabrała. Jednak czy aby na pewno?

Im dłużej się nad tym ostatnio zastanawiałem, tym ciężej było mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Oczywiście zamknięcie w domach i wywoływana głównie przez media psychoza strachu, zrobiła zdecydowanie więcej złego. Pokrzyżowała wiele planów, zmusiła ludzi do trudnych życiowych i zawodowych wyborów, sprawiła że nasz świat jaki znaliśmy do tej pory przestał istnieć. Jednak gdy się nad tym dobrze zastanowimy, to ten cały wirus dał nam coś czego mamy w obecnych czasach zdecydowanie za mało. Mianowicie czas. Towar niezwykle deficytowy na brak którego narzeka masa ludzi. Tymczasem niemal z dnia na dzień, dostaliśmy potężną dawkę wolnego czasu, z którym wiele osób mogło zrobić co im się żywnie podoba.

Patrząc na to wszystko historycznie, to wszystkie światowe kryzysy jakie znamy i które powodowały zamknięcie w domach, w szerszej perspektywie sprawiały, że po ich zakończeniu pojawiało się wiele innowacji, wynalazków czy też odkryć. Działo się tak głównie dlatego, że ludzie siedząc w domach mogli skupić swoją uwagę na czymś na co w normalnym czasie nie było nigdy okazji czy możliwości. Nadmiar wolnego czasu sprawił też, że wiele osób mogło przedefiniować siebie i swoje życie, a także zobaczyć jakimi ludźmi jesteśmy my sami jak i najbliższe nasze otoczenie. Nie wiem jak wy, ale ja zweryfikowałem sobie zdanie na temat paru osób.

Dlaczego jednak o tym piszę w tym przydługim wstępie? Osoby które w normalnych zdrowych warunkach były za pan brat ze sportem miały z jednej strony niezwykle ciężko. Z drugiej jednak mogły sprawdzić samych siebie i zobaczyć jak silna jest ich determinacja. Ja ze swoich obserwacji głównie internetu czy też prywatnych rozmów wywnioskowałem, że postawy ludzi aktywnych fizycznie potrafiły być skrajnie różne. I właśnie głównie za sprawą tych kontrastów, wpadłem na pomysł aby uwiecznić przynajmniej kawałek tej dziwnej rzeczywistości. Chciałem uwiecznić i pokazać jak ludzie potrafili sobie radzić w tych trudnych chwilach, a także jak postrzegali całe to szaleństwo.

Dlatego też dziś to nie ja jestem głównych bohaterem tego tekstu. Są nimi za to ludzie, którzy pozwolili mi wejść do swego świata, do swoich domów, garażów, na podwórka i nie tylko. Zobaczcie i poczytajcie jak sobie radzili w tym trudnym czasie i przekonajcie się, że postawy były często diametralnie różne. A jeśli po tym wszystkim kogoś będzie interesować mój pogląd na ten temat to zapraszam na sam koniec tekstu. Tymczasem…

Bartek to człowiek, którego znam kilka lat i trenujemy razem w boxie. Po tym gdy nasze „miejsce spotkań” zostało zamknięte, Kiler postanowił niemalże wrócić do korzeni i wykorzystać tą przestrzeń i ten sprzęt jaki ma. Dla mnie osobiście jest to przykład kogoś kto nie szuka wymówek, a zdecydowanie bardziej szuka rozwiązań. Zresztą zobaczcie i przeczytajcie sami.

Przez te 2,5 miesiąca aktywność fizyczna „w odosobnieniu” była swego rodzaju sportowym powrotem do przeszłości. Wtedy to jako nastolatek, w domowym zaciszu doskonaliłem ruchy na drążku przymocowanym do framugi drzwi, a następnie naśladując „Big Rona” rzeźbiłem „muskuły” używając hantli. Do całej sytuacji związanej z treningami podczas pandemii, podszedłem ze spokojem i lekkim dystansem. Moim celem było utrzymanie dobrej kondycji oraz formy fizycznej. Salon w moim mieszkaniu oprócz tego, że pełnił rolę tymczasowego biura, stał się również domową siłownią, a garaż służył do „targania żelaza”. Starałem się ćwiczyć codziennie, odpoczywając jedynie w weekendy, lecz mimo tego, że czasami musiałem się zmuszać do jakiejkolwiek aktywności – swój plan zrealizowałem. Częsty brak motywacji był zdecydowanie największym problemem, ale dawka endorfin po skończonym treningu wynagradzała wszystko. Najbardziej brakowało mi wspólnych treningów w boxie i naszego „community”. Na szczęście jednak wracamy!

Ciekawym zagadnieniem na kwarantannie było to, że wielu ludzi mając nawet dostęp do różnego rodzaju sprzętu, miało mniej zapału do trenowania aniżeli ci bez większych technicznych możliwości. Jednak sam to całkowicie rozumiem, bo też miałem chwilowe doły. Kolejna bohaterka dzisiejszego materiału czyli Rita dysponuje na co dzień takim zapleczem jakiego wielu mogło by pozazdrościć. Jednak teoria mówiąca o tym, że „tylko jedzenie i ludzie dają nam w życiu prawdziwe szczęście”. Dlatego też Rita wróciła do aktywności fizycznej w chwili gdy obostrzenia związane z przemieszczaniem się i spotykaniem zostały poluzowane, i mogła ona trenować w towarzystwie innych ludzi. Jedną z jej towarzyszek była Aga, która na całą tę sprawę miała kompletnie inne patrzenie. Jak bardzo było ono inne? Przekonacie się o tym czytając przemyślenia obu pań pod zdjęciami.

Rita:

Będąc w gazie życia, wygrywając z Matim dwa treningi (nawet pamiętam jakie, bo to zaszczyt 🙂 ), chyba 3 tygodnie o ile pamiętam przed wyszło, że zawodów nie będzie. Teoretycznie przełożyli, a praktycznie pewnie odwołają. Pół roku przygotowań do zrealizowania postanowienia, po którego realizacji byłabym spełniona i co? Jajco! Z jednej strony fajnie, bo w końcu mogłam odpocząć. Moje permanentnie zapalone Achillesy, stożek rotatorów, który wygląda jak gumka od starych majtek i kolano z zerową amortyzacją bardzo się ucieszyły. Powrót Matiego z kwarantanny oznaczał tylko jedno – powrót do treningów. Siła najwyraźniej została, bo pierwszy czy drugi trening i 1 heavy snatch na tablicy. Myślę, mam 52,5kg, to z 45kg raczej zrobię, bo po przerwie. I 45 poszło, 48, 50, 53, 55, 58 i 60 niestety nie wstałam. Jednak siły tak szybko się nie traci, za to silnik już tak 🙂 Wtedy też powstała konspira czyli ja, Mati, Aga i Emi czasem dla towarzystwa 😉 Więc coś tam się trenuje, ale jak nie ma celu, to i chęci jakoś mniej. No bo po co normalny człowiek ma się zajeżdżać (Mati nie jest normalny, ale to już ustaliliśmy). Reasumując trenuję, żeby się głównie poruszać, więcej nie przytyć niż do tej pory i pospędzać tak ważny czas z ziomkami.

Agnieszka:

Moje trenowanie na kwarantannie ??? Wbrew pozorom nawet na jeden ułamek sekundy nie pomyślałam, że „nie chce mi się!!!”

A powiem więcej, ja jeszcze bardziej byłam nakręcona. To dla mnie wyzwanie, a wyzwanie to moje życie!!

Cudowny okres walki, a przecież każdy człowiek i niezależnie czy jest sportowcem – posiada ducha walki. Prawda? Ja go mam i to właśnie on mnie codziennie budził, to on szeptał, a kiedy było trzeba krzyczał, darł się nad uchem „Dawaj!!! Grzej!!! Jeszcze trochę!!! Już prawie!!! Nie przestawaj!!! Brawo!!! Jesteś przecież zwycięzcą, nie mogło być inaczej!!!”

Mój sprzęt nie był profesjonalny, zbita z desek skrzynia, hantle złożone z małych ciężarków na łączna wagę 15 kg, skakanka i to wszystko na 3 metrach! Da się? Da się! Bo wszystko się da jak się chce, jak masz chęci, jak masz w sobie chociaż trochę motywacji i cel, oraz przede wszystkim pozytywne myślenie.

Ja miałam za to inny problem, ale zupełnie nie był on związany z tym, że samej się nie chce, że nie dam rady, bo w grupie lepiej, większa motywacja jak kogoś gonisz. Bo przecież można pokazać komuś i sobie, ze jesteś dobry, a nawet i potrafisz być lepszy od kolegi czy koleżanki. Oczywiście, to wszystko ma swoje znaczenie. Ale taka próba jest potrzebna by nas zweryfikować, zweryfikować nasz charakter. U mnie była to demotywacja ze strony moich najbliższych!

Wieczne komentarze o mojej aktywności, że jestem dziewczyną, dziewczyny tak nie ćwiczą, to nie kobiece, że oszalałam, że już wyglądam jak strong man i już się nie mieszczę w drzwiach i et cetera et cetera. Dla mnie te postawy są dziwne, ale nie odpuściłam ani jednego dnia.

W tedy to ja dopiero miałam wielki zapał i ćwiczyłam nawet wtedy, kiedy powinnam już dawno spać, jeśli w ciągu dnia nie znajdywałam czasu. Uderzało mnie to strasznie, ponieważ wiedziałam, że to co robię jest dobre, zdrowe i przede wszystkim normalne.

W rzeczywistości znalezienie w sobie motywacji i inspiracji do działania to jedno z wyzwań, z którym mierzymy się niemal codziennie. Niektórzy z tym, że sami nie potrafią, ze potrzebują najbardziej profesjonalnego sprzętu, niektórzy idą tylko dla ludzi, a inni by nie poddać się swoim przekonaniom. Ja przetrwałam i myślę, że jestem jeszcze silniejsza. Bo nie straszne są warunki czy deficyt sprzętu. Ważne jest jak do tego wszystkiego podejdziesz i czy w ogóle podejdziesz.

Mądrego to i dobrze posłuchać, prawda? 😉

W to co napisała Aga idealnie wpasowała się Paula. Dla niej ten okres nie był najprostszy głównie ze względu na etapy jakie musiała przejść i sama zaraz wam o nich opowie. Ja jednak chciałem zwrócić w tym wszystkim uwagę na to, że ten dziwny okres powodował w ludziach chęć robienia lub przynajmniej spróbowania czegoś nowego. W przypadku Pauli było to „ukochane” bieganie 😉 Moim zdaniem warto takie rzeczy podkreślać, bo to może być dobry przykład na to, że czasami po prostu warto coś zacząć i zobaczyć jak się z tym człowiek czuje bez skreślania tego na starcie.

W temacie ćwiczenia w chwili kiedy wszystko jest zamknięte, w moim przypadku wystąpiły trzy etapy. Pierwszy to myśl, że kiedy otworzą boxa wrócę z forma życia. Dlatego też kupiłam kettle, gumy, a w resztę zaopatrzył mnie mój Czarek i postanowiłam naginać jak szalona. Tak też było do momentu, kiedy nie wszedł etap drugi czyli zniechęcenie. Przez to że nie miałam kogo gonić, nie widziałam postępów innych, myślałam że i ja ich nie robię. Nie wiedziałam nawet tego czy zrobiłam dobry czy średni trening. Stwierdziłam, że skoro zwykłe trenowanie mnie tak dołuje, to zacznę robić coś czego nie cierpię czyli biegać. Tak, biegać. Kupiłam buty i biegałam. Co ciekawe, biegam nawet teraz, chodź jestem już w trzecim etapie. Ten etap to już wkurwienie. Wkurwienie na izolację, na brak kontaktu z ludźmi, brak rywalizacji i w ogóle na brak boxa. Podsumowując to wszystko, to teraz boję się wracać, bo myślę że okaże się, że przez tę całą kwarantannę zrobiłam się dętka. Z drugiej jednak strony nie mogę się już doczekać chwili, kiedy box będzie otwarty. Jednak podsumowując to wszystko jeśli chodzi o mnie, to trenowało mi się w tym dziwnym czasie ciężko – nie tyle fizycznie, co głównie psychicznie.

Pisałem wam już o kreatywności na kwarantannie? Chcę wam przedstawić więc kogoś kto jest niemal uosobieniem tego zjawiska. Ania na co dzień jest nauczycielką, która z racji wykonywania tego zawodu nie miała lekko. Cały polski system edukacji został rzucony na głęboką wodę. Czy zatonął czy może ledwo zipie ale zipie, nie mnie oceniać. A już na pewno nie w tym miejscu i czasie. Faktem jest to, że Ania okazała się być jedną z najbardziej kreatywnych osób na kwarantannie. Po kilku godzinach siedzenia przed komputerem, nauczania czy szykowania materiałów na dzień kolejny, w ramach oderwania się od tego po prostu tworzyła. Czy to filmy na YouTube, czy też wiersze (#Hot16Challenege2 się chowa!) czy tekst na potrzeby tego materiału. Ania generalnie nie lubi półśrodków o czym przekonacie się czytając jej odpowiedź na moją prośbę o napisanie „paru zdań” na temat jej trenowania na kwarantannie. Ona jak zwykle poszła Rx-em 😉 Podobnie jak podczas treningu z jej przyjaciółką Moniką pod swoim domem, który miałem okazję uwieczniać na zdjęciach

Od zawsze powtarzałam, że jestem instruktorem fitness z lenistwa – jako klient nie chciałoby mi się ruszyć na zajęcia. A gdy wiedziałam, że ktoś na mnie czeka, to nie było nigdy wymówki. Następnie sama zostałam klientem. Na szczęście nie zwyczajnej siłowni, bo wtedy pewnie by mnie tam krótko oglądali, ale crossfitowego boxa. I wsiąkłam jak woda w gąbkę – atmosfera, nowe umiejętności, które pozwoliły mi poczuć się jak dziecko robiące fikołka na trzepaku, niecodzienne wyzwania, pokonywanie swoich słabości. To zaczęła być moją bajką i ważną częścią życia.

No i bum! Pandemia, która zmusiła do pozostania w domu i zamknęła boxa, a potem nawet lasy. Nikt z nas nigdy nie znalazł się w tej sytuacji i nigdy nie zastanawialiśmy się, co by było, gdyby… Więc też sposobów na radzenie sobie z tym uczyliśmy się od zera. Ja postawiłam na rutynę, ponieważ wiedziałam, że uratuje mnie to przed sytuacją, w której czas przecieka przez palce i tylko rośnie poczucie winy w stosunku do siebie, że stoi się w miejscu. Rutyna wcale nie jest zła, dając poczucie bezpieczeństwa i jako takiej kontroli. Stąd od początku pandemii postanowiłam, że postaram się nie zmieniać swojego zwykłego rytmu dnia, mimo, iż wiele rzeczy trzeba było robić zupełnie inaczej – pracować, poruszać się po mieście, robić zakupy, kontaktować się z ludźmi. Dlatego też wstawałam dokładnie o tej samej godzinie, jak co dzień, robiłam trening, potem śniadanie, praca, obiad, praca, jakiś odpoczynek, sen.

Takim sposobem zaczęłam robić coś, do czego nigdy nikt, nawet ja sama, nie był w stanie mnie zmotywować – zaczęłam trenować w domu. Sama!!! Zamiast osoby z boku narzucającej ci tempo – tylko twoja głowa, zamiast trenera mówiącego „Nie, masz wziąć więcej!” – tylko twoja głowa, zamiast ścigania się z kimś, z kim zwykle się porównujesz w grupie – ściganie się z własną głową. To, co wiedziałam od lat, teraz mocno poczułam na własnej skórze. Trenowanie bez zewnętrznej motywacji jest nie dla mnie – lubię, gdy kogoś gonię, albo gdy muszę uciekać, kiedy ktoś pogania i każe zrobić jeszcze i jeszcze. Nie ciężko mi było pójść na piętro i zacząć trening, trudnością okazało się zrobienie go z równie dużym zaangażowaniem, jak w boxie. Masz tylko cztery ściany, parę przyrządów, matę i sąsiadów, którzy chyba dziwnie na ciebie patrzą, gdy na balkonie, ledwo łapiąc oddech, skaczesz na skakance, a oni w tym czasie piją poranną kawę lub wypalają porannego papieroska. Pandemia była też przełamywaniem takich moich obaw, więc cieszę się, że zrobiłam krok do przodu. Jedyne, co dawało mi nieco energii to dobra muzyka – nie taka z przypadku, ale taka, która nie pozwala mi długo stać i dyszeć. Okrutnie ciężko było się zmusić do stanu, który jest blisko granicy fizycznego wyczerpania.

Wówczas podjęłam drugą ważną i trafną decyzję – zgłosiłam się na wewnętrzne boxowe zawody online. Nie tylko chciałam uszanować czyjąś pracę włożoną w przygotowanie tego wydarzenia, ale również przymusić samą siebie do intensywniejszej pracy. Niestety, myślałam, że będzie to prostsze i pierwsze trzy WOD-y jakoś poszły. Jednak czwarty WOD, gdy trzeba było skakać double unders i na zmęczonych rękach stać przy ścianie, okazał się porażką. Double, które zwykle super szły, teraz wyglądały dramatycznie. Co chwilę przerwa i próba złapania oddechu, żeby zrobić nawet nie kilkanaście, ale kilka ruchów. Nie ma czarów – jak spada wydolność, to nagle nie dasz rady wykrzesać z siebie więcej tylko dlatego, że masz taką ochotę. Dawno tak nie walczyłam ze sobą. A potem jeszcze to okropne stanie na rękach, w którym aż się zdziwiłam, że jestem tak słaba! Ze złości na siebie i rozczarowania… poszłam pobiegać. Trochę pomogło. Ten WOD uświadomił mi, jak bardzo się cofnęłam mimo tego, że starałam się ćwiczyć regularnie.

Wtedy też przyjechała do mnie przyjaciółka Monia ze sprzętem i po raz pierwszy od początku pandemii zrobiłyśmy razem trening. O jeny, jaka to była przyjemność ćwiczyć z kimś w parze, pilnować tempa, nie obijać się, walczyć, zrobić ćwiczenia ze sztangą i kettlem! To było cudowne spotkanie, którego bardzo potrzebowałam. I mimo, iż Monia wydawała się tylko symbolicznie zmęczona, a ja padnięta, to i tak byłam szczęśliwa. W końcu poćwiczyłam z kimś, kto mnie przycisnął i nie pozwolił się zatrzymać.

Kolejnym ważnym momentem był trening z ludźmi na hali, bo wtedy zdałam sobie sprawę, że nie jest ze mną tak źle – mogę nadal mocno poćwiczyć, tylko potrzebuję do tego ludzi z boku, bo sama dla siebie owszem, jestem motywująca, ale do pewnego pułapu. To inne osoby pomagają mi pokonać te granice i być szybszą czy silniejszą.

Ograniczenia spowodowane pandemią są coraz mniejsze, wkrótce box otworzy się na klientów i wiele osób tam chętnie wróci. Wrócę i ja, nie mam wątpliwości, bo dowiedziałam się o sobie paru rzeczy podczas tego dziwnego czasu. Po pierwsze, nie spodziewałam się, że podczas treningu tak bardzo nakręcają mnie ludzie. Myślałam, że to ja sama stawiam sobie wyzwania i daję z siebie, ile tylko mogę, bo po prostu mam tyle siły. O nie, nie, nie! Dawid, który mówi, że będzie mnie gonił w burpee box jump, Kasia, która wykręca jakieś niesamowite liczby na wiosłach, Monia, która nakłada na sztangę więcej – to jest moja siła. Może nie mają wpływu na motywację – mnie nie trzeba specjalnie motywować do żadnego sportu, ale dają moc, oddech, przyjemność, a co za tym idzie, frajdę z tego, że zrobiło się coś fajnego. Po drugie, polubiłam bieganie! Las rano ma niesamowity zapach, a głęboko oddychając czujesz każdy centymetr powietrza wpadający ci do płuc. Przestałam się zastanawiać, czy chce mi się pobiegać, bo wiem, że może to być bardzo przyjemne. Mimo wszystko, już przebieram nogami, czekając na wyjście do boxa, w którym nie pachnie fiołkami ani nie jest zacisznie.

I to była kolejna wariatka, która polubiła bieganie. Czy to jest zaraźliwe? 😉

Podczas swoich poszukiwań osób zmagających się z pandemią we własnym świecie trafiłem do Angeliki, z którą trenuję w boxie o tej samej godzinie. Dziewczyny, która na co dzień jest na początku swojej zawodowej lekarskiej drogi. W tym trudnym czasie musiała ona jednak siedzieć w domu. Czy to pomogło jej trenować?czasami tak, a czasami nie. Ważne jednak że nie odpuściła ona całkowicie treningów.

Co można powiedzieć o ćwiczeniach w domu? Na pewno nie jest łatwo, spadek motywacji, brak wsparcia w grupie z którą tak świetnie mi się ćwiczy. Wielkim wsparciem były dla mnie osoby które pokazywały w mediach społecznościowych swoje ćwiczenia. Te które pisały i wspierały się wzajemnie w różnych grupach na Facebooku. Cieszę się, że ten trudny czas się już kończy i już niedługo poćwiczymy razem. Nie mogę się doczekać otwarcia na nowo boxa. Do zobaczenia na treningu 🙂

Na koniec zaś zostawiłem prawdziwą wisienkę na torcie.

Poszukując chętnych ludzi do tego projektu wiedziałem, że dobrze szukając trafię na fajne klimatyczne miejsca gdzie ludzie trenują. Oczywiście zgodzę się przy okazji z tym, że każde z miejsc ma swój niepowtarzalny urok. Jednak zaraz zobaczycie, że są miejsca pod tym względem wybitne. Dzięki ostatniej bohaterce Oli, miałem okazję zobaczyć w jak fantastycznym miejscu trenuje się w Łapach. Bo to właśnie tam działa Klub Sportowy Klimat Łapy w strukturach którego Aleksandra pod okiem trenerów Lecha Nowackiego i Rafała Jaroszewskiego dźwiga ciężary. Aczkolwiek z tym dźwiganiem nie było tak różowo, ponieważ przez jakiś czas młodzi adepci sztangi musieli się spotykać w namiocie u jednego z trenerów. Dopiero w ubiegły piątek zezwolono zawodnikom i trenerom wrócić do podziemi Pierwszego Liceum Ogólnokształcącego w Łapach. Nie dziwię się jednak że tęsknili oni za tym miejscem 🙂

Tak więc jak widać na załączonych obrazkach – pomimo tego co działo się w ostatnim czasie trenowanie pomimo, że było utrudnione, to było jednak możliwe. W dużej mierze wszystko zależało od głowy, kreatywności i najprostszego ale i najtrudniejszego zarazem czyli samozaparcia.

Doskonale wiem po sobie, że z tym czasami bywało krucho. Szczególnie na początku kiedy wszystko co się działo było tka bardzo nierealne, że miało się przez chwilę wrażenie, że żyje się w jakimś filmie. Z jednej strony moja głowa mówiła, że wszystko jest OK, trzeba zachować spokój i po prostu robić swoje. Jednak napływające komunikaty zewsząd o kolejnych zarażeniach czy zgonach nie napawały optymizmem. W takich chwilach najtrudniejszym momentem treningu każdego dnia był ten moment, kiedy trzeba było wstać z kanapy czy fotela i po prostu zacząć coś robić. Gdy ta sztuka się udała to później było już z górki. Odcięcie się od większości mediów także było zbawienne.

Poza tym nauczyłem się lub bardziej utwierdziłem w tym, że jestem zwierzęciem stadnym. Dotarło to do mnie dobitnie w chwili, kiedy zacząłem się spotykać na nielegalu ze swoimi znajomymi na wspólne trenowanie. Bo OK, fajnie jest czasem pozrywać sobie dłonie kettlami robiąc wyzwania Bronka Olenkowicza ale to jednak nie to samo. Nic nie zastąpi pozytywnych ludzi dookoła, którzy motywują cię każdego dnia żeby ruszyć tyłek i zrobić porządny trening. I może nie było to może to samo co w boxie, ale i tak było już o niebo lepiej aniżeli robiąc coś samemu i będąc zamkniętym w 4 ścianach. Zresztą później jakby nie patrzeć zamknęliśmy się w czterech ścianach na własne życzenie tworząc nieoficjalną namiastkę boxa pod kryptonimem #CrossFitPodziemie 😉

Tworząc dzisiejszy materiał miałem poczucie tego, że uwieczniam coś co mam nadzieję, że się już nigdy w moim życiu nie powtórzy. Czy tak będzie? Tego tak naprawdę nie wie nikt. Wierzę jednak, że najgorsze już za nami. Warto było jednak przeżyć taki czas dla nowych doświadczeń i dla wyciągniętych z niego wniosków.