fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Niedzielny miszmasz

dodany przezKamil Timoszuk 9 czerwca 2013 0 Komentarzy

Niedzielne popołudnie można spędzać na różne sposoby. Ja dziś siedzę w domu i generalnie rzecz biorąc regeneruję się przed następnym tygodniem. A jako, że mam też chwile wolnego to podzielę się dziś paroma swoimi przemyśleniami i wnioskami. Ostrzegam, że może być bez ładu i składu.

Plan na dzisiejszy tekst jeszcze do wczorajszego wieczora był inny. Głównie dlatego, że wczoraj udało mi się dotrzeć do kina na trzecią odsłonę serii Kac Vegas. To właśnie moja recenzja miała się tu pojawić. Jednak po szybkim przemyśleniu sprawy uważam, że nie warto pisać o tej produkcji. Tak jak specjalnie nie będę zachęcał do jej obejrzenia. Napiszę tylko, że ten film jest idealnym potwierdzeniem tezy, że odgrzewane kotlety nie smakują już tak dobrze jak świeże. Niewiele jest serii potrafiących sprostać temu zadaniu i Kac Vegas na pewno do tego grona nie należy.

A więc skoro nie o filmie to o czym dzisiaj? Może znowu o lansie? 😉

Niech więc będzie na przykład taki tweet z Twittera autorstwa @igaa:

@Torontos człowiek-motywacja 😀 aż głupio się lenić jak się czasami Ciebie czyta 😉

Po pierwsze – dzięki 🙂 Po drugie to być może tylko pozory ale ja także miewam napady lenia i to nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wielkie. Moim sukcesem jednak jest to, że chyba wytworzył mi się już jakiś schemat w głowie, który potrafią ten stan obejść i nadal robić swoje. Zresztą żeby długo nie szukać przykładu tej tezy mogę śmiało przytoczyć dzisiejszy dzień. Mianowicie już wstając rano wiedziałem, że łatwo nie będzie. Pogoda zapowiadająca w najlepszym wypadku deszcze, a może i coś więcej na pewno nie pomaga w motywacji. Tak samo jak i bolące od walki ze skakanką łydki, które ciągną przy każdym kroku. Mój tok myślenia także był skierowany w stronę aby dziś zrobić sobie przerwę. Kiedy jednak burza była coraz bliżej musiałem podjąć szybką decyzję – jadę lub nie. I tu na szczęście zdrowy rozsądek wygrał bo pojechałem. To nic, że złapała mnie już w drodze burza, a po jednym z błyśnięć pioruna trochę mnie oślepiło. Przecież najważniejsza jest przygoda, prawda? 😉

Na samej siłowni jak to na siłowni, a już szczególnie w niedzielę – cisza, spokój, mało ludzi, a za oknem lejący deszcz, który sprawia, że nie chce się nigdzie stamtąd ruszać. Nic tylko podwinąć rękawy i zapierdzielać. I jak pomyślałem tak i zrobiłem. Jako, że tak jak wspomniałem pogoda nie zachęcała do wyjścia to sprawiło, że miałem więcej czasu. A ten czas spożytkowałem na zrobienie dwóch WODów. Pierwszy zaplanowany i drugi spontaniczny czyli 15 min AMRAP (tyle powtórzeń ile się da) na zmianę przysiady ze sztangą z burpees. Swoją drogą to niby oczywiste ale byłem trochę zaskoczony, że po zrzuceniu 16kg tłuszczu mogę sobie tak swobodnie dorzucić przynajmniej 10kg więcej na sztangę więcej niż do tej pory. Oby to szło dalej właśnie w tym kierunku czyli mniej kilo na sobie i więcej na sztandze.

Poza tym widziałem po raz kolejny dziwne zjawisko na siłowni. Owym zjawiskiem było dwóch młodzieńców w wieku chyba 15-17 lat (nie potrafię określać po wyglądzie wieku, wzrostu ani wagi), którzy robili coś czego nie powinni. Mianowicie wykonywali ćwiczenia, których najprawdopodobniej nikt im nigdy wcześniej nie pokazał, a pomimo tego starali się je wykonać. Efektem było to, że patrząc na to co robią to praktycznie mnie bolało. Jednak opisywane tutaj już przeze mnie doświadczenia uświadomiły, że nie warto nic poprawiać. Ale ciężko się patrzyło jak na przykład jeden z nich robił przysiady z obciążeniem garbiąc się, praktycznie stojąc na palcach i wypychając kolana w taki sposób, że jeszcze chwila, a dotykał by nimi ziemi 🙂 Rzecz jasna z tym ostatnim to przesadzam ale myślę, że to kwestia czasu kiedy zacznie go coś boleć lub ciągnąć. Nie widzę innej opcji. Jednak jeszcze pozostały mi do teraz lekkie wątpliwości czy powinienem zwrócić mu uwagę.

Poza tym odpoczywając po treningu dotarła do mnie jednak pozornie prosta ale jakże genialna myśl w swojej prostocie. A mianowicie to, że nasze ciało jest jak maszyna. Dokładniej rzecz biorąc można ją regulować jak się tylko chce. Dwa moje ostatnie miesiące są tego najprostszym przykładem. Wystarczyło trochę zmian w życiu i nagle pozornie niemożliwe stało się możliwe i realne. I to naprawdę nie bolało jak niektórzy sądzą. Oczywiście o organizm tak jak i o każdą maszynę trzeba dbać aby się dobrze sprawowała. Jednak w ogólnym rozrachunku takiego pytania czy warto to robić nie ma bo być po prostu nie powinno. To jest temat bez dyskusji. A tak poza tym to może to wszystko jest oczywiste i proste ale dziś do mnie to tak jakoś dotarło, a nawet powiedziałbym uderzyło.

A skoro dziś dałem sam sobie pozwolenie na miszmasz w moim tekście to na koniec materiał filmowy. I to nie byle jaki bo w głównej roli Rich Froning Jr. Innymi słowy taki Michael Jordan, lub też jak kto woli LeBron James współczesnego CrossFitu. Jego występ w regionalnych eliminacjach tegorocznych CrossFit Games.

Pierwszą sprawą jest to, że bijąc rekord potwierdził bezdyskusyjnie, że jako pierwszy człowiek w historii zmierza po trzeci tytuł najbardziej wysportowanego człowieka świata z rzędu. Tylko jakaś nieprzewidziana kontuzja może go zatrzymać bo rywale raczej chyba nie. Jeśli ktoś zaś nie chce oglądać tego w całości to polecam przewinąć do momentu kiedy Rich kończy swój występ i… idzie dopingować do osiągnięcia jak najlepszych czasów swoich rywali. To nie jest normalne we współczesnym sporcie. Ale to też trochę potwierdza całą ideę CrossFitu jako społeczności, która się po prostu wspiera. Bardzo fajne zjawisko które daje do myślenia.

I z tą właśnie końcową myślą zostawiam was dziś 🙂