fbpx
O wszystkim

Moje życie, mój sport, mój CrossFit

dodany przezKamil Timoszuk 7 kwietnia 2013 3 komentarze

Pisząc pierwszą notkę na tego bloga i tłumacząc się dlaczego ma on taki, a nie inny tytuł napisałem o jednej stałej rzeczy w moim życiu. I chyba niedzielny spokojny wieczór to dobry moment aby rozwinąć trochę ta myśl, która na 100% będzie się jeszcze tu nie raz i nie dwa przewijać.

Zanim jednak o tym to małe ogłoszenie parafialne. Mianowicie tak jak wczoraj już informowałem niebawem blog przeniesie się w nowe miejsce i pod nowy adres. Już teraz mogę napisać, że jeśli któregoś dnia zechcecie wejść w to miejsce a pod obecnym adresem go nie będzie, to kierujcie się tutaj – www.kamiltimoszuk.pl

W dzisiejszych czasach transparentność zarówno w życiu realnym jak i internecie to podstawa. A więc ten adres wydaje mi się najbardziej odpowiednim 🙂

Ale nie o tym dziś miałem pisać. Miałem za to napisać trochę swoich przemyśleń na temat jedynej stałej rzeczy, której mogę być pewny w ostatnim czasie. Tym czymś jest siłownia i treningi CrossFit. Moja droga do tego miejsca w jakim znajduję się teraz w tym kontekście była długa i wyboista. Gdyby ktoś jakieś 7 lat temu powiedział mi, co będę robił i jak bardzo będzie mi się to podobać popukałbym się najpewniej w czoło. Pomimo, że sport na dobre zagościł w moim życiu już kilkanaście lat temu, to zawsze w największym stopniu był on w formie teoretycznej. Na pewno miał na to wpływ fakt, że praktycznie całe moje życie to jedna wielka walka z wagą. Walka, którą nie ma co ukrywać w pewnym momencie przegrywałem sromotnie. Powodów takiego stanu było kilka. Zaczynając od problemów i sytuacji zdrowotno-farmakologicznych, a na mojej własnej głupocie kończąc. Jednak gdzieś w głębi siebie wiedziałem, że coś z tym trzeba zrobić, ponieważ za dużo ciekawych rzeczy mam w życiu do zrobienia, aby w wieku 30 lat opuścić ten świat z powodu zawału serca albo innej cholery. A to właśnie mi groziło kiedy 7 lat temu ważyłem ponad 200 kilogramów.

Swoją drogą to właśnie sobie uświadomiłem, że nie mam w swojej głowie ani jednego wspomnienia, kiedy jestem tak typowo szczupły i nie muszę walczyć ze swoją wagą. Dosyć niefajne uczucie.

Jednak na szczęście trafiłem na swojej życiowej drodze na ludzi, którzy w taki czy inny sposób mi pomogli (o tym na pewno jeszcze napiszę bo jest o czym, jeśli chcecie to zadawajcie pytania) i dziś mogę cieszyć się całkiem chyba niegłupim życiem. Z biegiem kolejnych lat kiedy waga zaczęła mi spadać oczywiście zacząłem coraz poważniej myśleć o tym, żeby zrealizować swoje niejako marzenie i czynnie uprawiać jakiś sport. Do mojej ukochanej koszykówki warunków ani wagowych ani wzrostowych nigdy nie miałem więc zacząłem szukać gdzie indziej. Naturalnym wyborem stała się siłownia i powolne rozruszanie mojego organizmu. Z perspektywy czasu wiem, że z jednej strony był to dobry ruch, a z drugiej trochę… niedopracowany. Dlaczego? Ponieważ patrząc w tył widzę, że pomimo chodzenia na siłownię dłuższy czas to moje pierwsze 2, a nawet chyba 3 lata zmarnowałem. Dlaczego? Złe miejsca, nieodpowiedni ludzie na mojej drodze, złe wybory wielu innych rzeczy. Trochę to wszystko wynikało z braku doświadczenia, a trochę z tego, że nie zatroszczyłem się aby ktoś mi doradził w tym temacie. Na szczęście co się odwlecze to…

Czasami jak się okazuje najprostsze rozwiązania są najlepsze. I tak dzięki swojemu dobremu znajomemu, z którym poniekąd wychowałem się na jednej ulicy czyli Michałowi Zalewskiemu, trafiłem do innej osoby, która myślę, że odcisnęła pewne piętno na moim życiu. Tym kimś jest Arek Kartaszow, trener personalny na siłowni gdzie uczęszczam i zarazem ktoś od kogo dowiedziałem się co to jest Crossfit. Wiem jak to może wszystko górnolotnie brzmieć ale taka jest prawda. Zresztą o obu tych osobach pewnie jeszcze przeczytacie w tym miejscu nie raz w różnych sytuacjach czy kontekstach.

Ja za to doskonale pamiętam swój początek współpracy ponad półtora roku temu z Arkiem. Kiedy rozpisał mi pierwsze treningi sprawdzające na co mnie stać wydawało mi się, że będzie to szybkie łatwe i przyjemne. Oj jak głupi byłem. Do dziś pamiętam te bóle mięśni o istnieniu których nie miałem pojęcia. Pamiętam te noce, kiedy każdy mój nawet najmniejszy ruch na łóżku powodował przebudzenie i okropny ból. I co ciekawe, przecież to była już moja 3 siłownia z rzędu więc dlaczego tak się działo? Co ja robiłem na poprzednich, że tak nie miałem? Do dziś chyba nie wiem. Wiem natomiast, że ciężka praca popłaca i po tym półtora roku spędzonym w Atlecie (nazwa obecnej siłowni) decyzja o przyjściu tutaj była jedną z lepszych jaką podjąłem w życiu.

W sumie tytuł notki może być trochę mylący z racji faktu, że nie ma w niej ani słowa o CrossFicie ale spokojnie – będzie. Możecie to potraktować jako wstęp do dalszych moich opowieści. Zresztą już teraz chyba widzę, że niemal każdy z akapitów można rozwinąć na kilka sposobów. Tak więc to miejsce chyba stanie się okazją do pewnego rozliczenia z przeszłością. Jeśli kogoś to interesuje to niech śledzi. Jeśli nie? To miło, że wpadł chociaż raz.