fbpx
CrossFitO wszystkim

Mój pierwszy raz

dodany przezKamil Timoszuk 1 lipca 2013 6 komentarzy

Zarówno wy moi czytelnicy jak i nawet ja sam ostatnio złapałem się na tym, że trochę osłabła intensywność na moim blogu. Chcę jednak uspokoić wszystkich zaniepokojonych tym faktem – blog nie umiera tylko ja potrzebowałem trochę czasu aby ogarnąć się i swoje życie bo trochę się ostatnio dzieje.

Z jednej strony patrząc na to jak wyglądają moje dnie można się pokusić o to, że jest to trochę taki dzień świstaka. Jeden dzień podobny trochę do drugiego czyli trzy podstawowe elementy – praca, trening, rower. Jeśli chodzi o tą pierwszą to jest jej ostatnio dużo. Momentami mam wrażenie, że chyba nawet za dużo. Ale jak się chce mieć spokój finansowy to nie ma chyba innej drogi. Można jeszcze oczywiście wygrać w totka ale z tym może być problem. Nie dlatego, że jest na to znikoma szansa ale dlatego, że ja nigdy z własnej woli w tego słynnego totka nie zagrałem. Nie mniej jednak boli mnie tak samo mocno jak każdego innego człowieka kiedy słyszę komunikaty w stylu, że ktoś nie odebrał swojej wygranej. Wtedy zawsze przemyka przez głowę myśl „to mogłem być ja” 😉 Ale odbiegłem od tematu i się trochę rozmarzyłem. Co do pracy to mam swoją jedną bardzo świeżą obserwację na ten temat, a mianowicie fakt, że tam gdzie jest dużo kobiet (szczególnie młodych!) tak generalnie rzecz biorąc jest syf. Nie tyle w kwestii brudu ale atmosfery. Czasem mnie zadziwia to co potrafią robić i wygadywać niektórzy. Ale olać to. Trzeba robić swoje i tyle. Poza tym jak się w sobotę dowiedziałem podobno ostatnio bije z tego co piszę dużo pozytywnej energii (dzięki Monia!) więc nie zamierzam teraz tego psuć czymś takim. Nie warto 🙂

Mogę więc chyba przejść płynnie teraz do ważnej dla mnie rzeczy czyli treningów. I tu dokładnie dzisiaj nastąpił swoisty przynajmniej teoretyczny przełom. Dlaczego? Jakiś czas temu pisałem, że fajnie by było dojść do takiego momentu kiedy przychodząc na siłownię będę mógł robić trening z umieszczonej tam tablicy czyli typowy WOD, a nie rozpisany dla mnie program. Jak mnie szybko w sobotę uświadomiono to już jest ten czas kiedy jestem w stanie to zrobić. A jako, że słowo się rzekło to nie było odwrotu – dziś po raz pierwszy zrobiłem to! A trening wyglądał tak:

3x Power Clean (zarzut sztangi na klatkę z ziemi) – Drabinka czyli co 3 powtórzenia ciężar na sztandze się zwiększa, aż do chwili kiedy już nie dajesz rady. Najważniejsza jest przy tym technika, jak zresztą przy wszystkim, dlatego z ciężarem specjalnie tutaj nie poszalałem. Za to po raz kolejny byłem bity za błędy w technice. Ale, że tym razem trener był łaskawy to tylko ręką, a nie kijem 😉

Po tym zaś przyszedł czas na dwa ćwiczenia na zmianę. Do wyboru było kilka, a ja zacząłem od najprostszych póki co czyli pompki i brzuszki ze złączonymi stopami. Pierwsza seria po 30 powtórzeń jednego i drugiego i co serię o 5 mniej. Łącznie daje to 105 powtórzeń każdego z nich.

Myślałem, że to nie będzie wiele i tak też czułem po treningu. Jednak teraz kiedy piszę ten tekst to czuję w rękach, że trening był nie najgorszy. Poza tym cieszę się, że ktoś znowu podpatrzył moje błędy przy zarzucie sztangi. Każde zwrócenie uwagi to kolejna lekcja, a tych potrzebuję jeszcze sporo. Szczególnie odnośnie kolan, tyłka oraz pleców. Zresztą kolejne Igrzyska Olimpijskie lub inne mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów będę oglądał już kompletnie inaczej patrząc na to niż do tej pory. A co do samej techniki jeszcze, to jak się kończy jej brak zobaczyłem dziś na własne oczy ale na szczęście nie na własnej skórze. Takową skórę za to stracił kolega, który opuszczając sztangę wypuścił ją z rąk, a ta mu równomiernie zdarła skórę od obu kolan w dół.

rany CrossFit

Lepszej nauki dostać nie mogłem. A do kolegi chciałoby się powiedzieć, że do wesela się zagoi ale skoro było ono dwa tygodnie temu to chyba szybciej do rozwodu 😉

Tak więc kolejny etap treningów tak jakby zaliczyłem. Tak samo jak i strzelił mi swego rodzaju etap w moich podróżach rowerowych. W miniony weekend strzelił mi pierwszy tysiąc kilometrów przebytych na moim jednośladzie. W sumie kilometrów jest znacznie więcej ale ten tysiąc jest udokumentowany w aplikacji Endomondo, która od niemal samego początku pełni role mojego licznika rowerowego. A jako, że nie mam nawyku włączania tej aplikacji za każdym razem kiedy siadam na siodełku to i gdzieś pewnie z kilkadziesiąt, a może i ponad 100 kilometrów mi uciekło. Zresztą czy liczby są najważniejsze? Jest to tylko jakiś wyznacznik. Przyjemność, satysfakcja się liczy i na przykład takie widoki jak ten wczorajszy z Supraśla do którego nastąpił spontaniczny wyjazd.

Rower Supraśl

Najlepsze w tym temacie jest jednak to, że okres letni czyli odpowiedni do jeżdżenia tak naprawdę dopiero się zaczyna i potrwa jeszcze co najmniej ze 3 miesiące. Taka mała rzecz, a cieszy.

Tak na koniec jeszcze wspomnę o jednej rzeczy jaką po trochu sam sobie, a trochę też z pomocą uświadomiłem. Mianowicie niedawno zaczęło mi doskwierać to, że w tym roku jeszcze praktycznie nigdzie nie byłem i nie wyjeżdżałem. Biorąc pod uwagę fakt, że bardzo to lubię, a w roku poprzednim zrobiłem po Polsce i świecie prawie 40 tysięcy kilometrów, to jakoś na swój sposób mi ciążyło. Ale jedno mądre zdanie uświadomiło mi, że może i nigdzie nie wyjeżdżałem ale gdybym to robił to czy udało by mi się zrobić tyle ile zrobiłem w ostatnim czasie? Sam w siebie śmiem wątpić.

Tak więc jak widać nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło jak mówi stare porzekadło. Najważniejsze, że jest dobrze. Naprawdę kurde dobrze. Aż strach to pisać, żeby za chwilę się nie spierdzieliło ale takie są fakty. Muszę się jednak rozglądać za tym, żeby było jeszcze lepiej, a co! Tego też i wam życzę 😉