Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
BlogO wszystkimOpinie

Miało być pięknie, a wyszło…

dodany przezKamil Timoszuk 15 sierpnia 2014 0 Komentarzy

Długie weekendy to jest nasza narodowa specjalność. Tylko w naszym kraju potrafimy sprawić przy dobrych wiatrach, że popularny weekend potrafi trwać nie dwa dni jak zawsze, ale także trzy, cztery, a nawet i pięć. Tym razem jesteśmy w trakcie 3-dniowego maratonu, a więc jest to dobry czas aby przy niesprzyjającej pogodzie wybrać się do kina.

Tak się u mnie złożyło, że w ostatnim czasie nie potrzebowałem specjalnej okazji albo ustawowo dni wolnych od pracy, żeby udać się kilkukrotnie do Heliosa czyli sieciówki, która opanowała Białystok. Swoją drogą to jest jakaś kinowa patologia, że niebawem w Białymstoku będziemy mieli trzy multipleksy i każdy z nich będzie spod jednej i tej samej marki. Poziom konkurencyjności ofert pomiędzy kinami spadnie praktycznie do zera. Jednak to nie o tym dziś miało być, a o filmach na które warto lub też nie warto się wybrać dla zabicia czasu lub spędzenia jakiegoś wieczoru w inny sposób niż zawsze. Ponieważ idealnie sobie zdaję sprawę z tego, że nie każdy jest tak walnięty w głowę jak ja i nie odwiedza kina kilka razy w miesiącu. No ale cóż ja poradzę, że ja to po prostu lubię 🙂

Lucy

W efekcie tego właśnie stanu, że chodzę na filmy różne, takie które mnie od początku interesują oraz takie które niespecjalnie kręcą, trafiłem na „Lucy”. Produkcja ta zachęciła mnie do obejrzenia przede wszystkim dwoma rzeczami. Pierwszym z nich był trailer, który naprawdę trzymał poziom i miałem nadzieję, że tak samo będzie z filmem. Drugą zaś rzeczą jaka sprawiła, że zawitałem do kina była tematyka filmu opowiadająca o tym, co się dzieje z człowiekiem w chwili gdy zaczyna on wykorzystywać znacznie większą część swojego mózgu. Nie jest to pierwsza produkcja, która stara się skupić na tym zagadnieniu. Nie tak dawno w podobnym klimacie na ekranach kin był wyświetlany film „Jestem Bogiem” (nie mylić z polska produkcja o Paktofonice). Gdyby zaś porównać te dwa filmy, który z nich jest lepszy, to wydaje mi się, że Lucy musi ustąpić pierwszeństwa. W obu przypadkach akcja skupia się na tajemniczej substancji, która po wprowadzeniu jej do organizmu nagle zaczyna zmieniać wiele rzeczy w życiu ludzi ją zażywających. Główną rolę w Lucy gra Scarlett Johansson, której wielkim fanem raczej nigdy nie byłem. Czy po tym filmie zostanę? Raczej nie podejrzewam. Nie oznacza to jednak, że zagrała ona fatalnie bo niektóre sceny z nią na pierwszym planie dawały radę. W filmie wciela się ona w rolę dziewczyny, która przez przypadek znajduje się w nieodpowiednim miejscu i czasie, a następnie musi sobie z tym jakoś poradzić, co wychodzi jej całkiem nieźle. Męską rolę prawie pierwszoplanową gra Morgan Freeman, który powoli jest chyba obsadzany w filmach „po warunkach” czyli jako starszy pan w różnych konfiguracjach. Tym razem przypadła mu rola naukowca, który niemal całe swoje życie poświęcił na badania mózgu i jego możliwości. I właśnie dlatego drogi tej dwójki bohaterów w pewnej chwili stykają się ze sobą. Co więc mi w tym filmie nie pasowało? Sama tematyka filmu daje duże pole manewru na balansowanie pomiędzy realnym filmem, a typowym science fiction. Tutaj autorzy od początku miałem wrażenie, że nie mogli się zdecydować na jeden front. Kilka scen jest fajnych ale przekombinowanych co pozostawia lekki niesmak. Szczytem jest jednak zakończenie, które przebija wszystko co było wcześniej. Nie chcę tutaj pisać szczegółów, bo być może ktoś się jednak wybierze, ale finiszem filmu może być mocno zaskoczony. Tak jak ja byłem choć zdecydowanie na minus. I to chyba właśnie sprawia, że nie jestem w stanie tego filmu ocenić bardzo dobrze, a jedynie całkiem dobrze.

Epicentrum

Filmów o wszelkich kataklizmach jakie dotykają świat niemal każdego roku powstała już cała masa. W sumie niestety, ponieważ wiele z tych produkcji opiera się na faktach jakie naprawdę miały miejsce. Jednym z wdzięczniejszych, jeśli w ogóle można tak napisać, kataklizmów dla filmowców jest wiatr i wszelkie jego konfiguracje z tornadami na czele. Swego czasu wielkie triumfy w kinach święcił „Twister”, a dziś możemy oglądać niejako jego następcę czyli „Epicentrum”. Przyznaję się bez bicia, że Twistera kojarzę jak przez mgłę i nawet fabułę średnio pamiętam, a więc na pewno nie będę go porównywał do obecnej produkcji. Tegoroczny film ma natomiast dwa bieguny. Pierwszym z nich jest grupa naukowców, popularnie nazywana łowcami burz, która zajmuje się przewidywaniem, łapaniem i przede wszystkim badaniem tornad. Z drugiej zaś strony jest rodzina składająca się z ojca, dyrektora szkoły, oraz jego dwóch synów z którymi nie dogaduje się on najlepiej. Jak się nie trudno domyślić w pewnym momencie, drogi tych dwóch grup stykają się w obliczu klęski jaka nawiedza miasto. Jednak od filmów katastroficznych w pierwszej kolejności raczej nie oczekuje się pięknej fabuły, która i tak jest przystawką do dania głównego w postaci kataklizmu. W przypadku tego filmu danie główne czyli sceny z trąbami powietrznymi, których było tym razem kilka, było całkiem zjadliwe. Może widz nie rozpływa się nad nimi z zachwytu, ale bardziej konsumuje je bez specjalnego skrzywienia na twarzy. W przypadku tez takich filmów zawsze też zastanawia mnie jedno, a mianowicie to, na ile te wszystkie katastroficzne sceny są realne, a na ile ociera się to o science fiction. Dla ludzi żyjących w tak stosunkowo spokojnym klimacie jak ten panujący w Polsce, wiele obrazków może wydawać się przekoloryzowana. Jednak gdyby takie samo pytanie zadać mieszkańcom niektórych stanów w USA, którzy niemal co roku są nawiedzani przez tego typu „atrakcje”, to wtedy odpowiedź mogła by być już zupełnie inna. Podsumowując jednak ten film, na pewno nie będę nikogo gorliwie zachęcał do obejrzenia go, bo wydaje mi się, że jest to ten typ filmu, który zobaczą jedynie ludzie, którzy od początku tego chcą. Cala reszta po wyjściu z kina może czuć się po prostu zawiedziona.

TMNT

Jeśli ktoś mniej więcej śledzi mnie na moim prywatnym Facebooku ten wie, że na nową wersję opowieści o zmutowanych żółwiach czekałem od dawna. Moją ciekawość z jednej strony podsycały przebłyski z dzieciństwa, gdzie jako bachor pochłaniałem niemal każdy odcinek tej animowanej serii lub też w późniejszym czasie już filmu fabularnego. Z drugiej zaś strony wiedząc, że do najnowszej produkcji swoją rękę przyłoży człowiek, który na filmach science fiction zjadł zęby, czyli Michael Bay, więc moje oczekiwania wobec tego filmu poszybowały wysoko. Czy aby nie za wysoko? Wbrew powszechnej opinii, opowieść o wojowniczych żółwiach ninja nie jest tak jednowymiarowa jak się wydaje. Oczywiście główny wątek to fakt bronienia Nowego Jorku przez owe zmutowane stworzenia przed wszelkiej maści złoczyńcami, ze Shredderem na czele. Jednak opowieść o samych wyczynach Leonardo, Raphael, Michaelangelo i Donatello to nie wszystko co ma do zaoferowania ta historia. Niestety, tego widz się z tego filmu nie dowie ponieważ jak się okazało, tym razem postanowiono potraktować całość po macoszemu. BARDZO po macoszemu. Już w chwili kiedy zobaczyłem jak krótki jest ten film w stosunku do obecnych standardów (trwa zaledwie trochę ponad półtorej godziny) to nie wróżyło dobrze. I niestety tak też jest w praktyce, że twórca reżyser czyli w tym przypadku Jonathan Liebesman, przelatuje niemal po wątkach, w żaden nawet się połowicznie nie wgryzając. I mnie, czyli kogoś kto czekał na wiele smaczków tej opowieści, dość mocno to irytuje. Niestety też istnieją tu nawet sprzeczności w samych głównych bohaterach, którzy tym razem są „wystylizowani” na straszne stworzenia rodem z filmów Nolana, a z drugiej zaś strony starają się być one zabawne co raz im wychodzi, a raz nie. Jeśli chodzi o efekty, które w takim filmie być muszą, i to najlepiej na dobrym poziomie, to tutaj jest trochę lepiej ale tyłka znowu nie urywa bo widz, a przynajmniej ja, miałem takie wrażenie, że to wszystko już gdzieś wcześniej widziałem. I w takim klimacie przelatuje ten niemal cały film. Czy jednak jest on zły? Nie, nie jest i dla rozrywki naprawdę warto się na niego wybrać. Ale nie można od niego oczekiwać cudów, bo wtedy dopiero może was czekać niezłe negatywne zaskoczenie. Poza tym żółwie mają jeszcze jedne problem w obecnej sytuacji. Nie są one Strażnikami Galaktyki… 😉