fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Łódź Garage Games

dodany przezKamil Timoszuk 24 listopada 2013 8 komentarzy

Z miastem Łódź mam wiele różnych skojarzeń. Zaczynając od tych nienajlepszych związanych choćby z wyglądem tego miejsca, aż do bardzo dobrych ze względu na to co tam się wydarzyło i czego doświadczyłem. Po tym weekendzie do mojego zbioru wspomnień doszło jeszcze jedno fajne doświadczenie.

Wszystko to za sprawą drugiej rundy crossfitowych zawodów o nazwie Łódź Garage Games. Zawodów, które wyrastają póki co na największy tego typu event w naszym kraju. Czy jednak najlepszy? Zdania są podzielone, a ja mam po tej jednej wizycie mieszane uczucia. Ale może zacznijmy wszystko od początku czyli od godziny 6 rano w sobotę. Pomijając już fakt, że taka pora dnia nie ma racjonalnego prawa istnienia, to właśnie wtedy trzeba było się zwlec z łóżka, po niewiele ponad 3 godzinach snu i zapakować się do auta jadącego w stronę centrum Polski. Pomimo, że jechałem tam niestety tym razem tylko jako kibic, a nie zawodnik, to nie zmieniało to faktu, że byłem tym faktem trochę podekscytowany.

LGG 7

Cała „białostocka ekipa” zabrała się w 3 samochody, które teoretycznie powinny dotrzeć do Łodzi w 3 godziny. Teoretycznie, ponieważ nam akurat ta sztuka się udała. Inni tym razem tyle szczęścia nie mieli 😉 Kiedy inne samochody zwiedzały zakamarki Polski nadrabiając trochę kilometrów my postanowiliśmy zobaczyć trochę Łodzi. Tej moim zdaniem ładniejszej części czyli Manufaktury. Niby wszystkie centra handlowe są takie same ale jednak łódzki obiekt ma to coś co sprawia, że fajnie się tu wraca i spędza czas. Aranżacja starych fabryk na lokale użytkowe to świetny zamysł.

LGG 1

Komiks uwieczniony na zdjęciu jest chyba największym gabarytowo komiksem jaki widziałem do tej pory w swoim życiu 🙂

Po zjedzeniu drugiego śniadania czas było obrać kierunek FitFabric czyli miejsce gdzie tym razem odbywały się zawody. Po szybkich oględzinach siłowni śmiało można było przyznać, że słowo fabric umieszczone w nazwie jest nieprzypadkowe. Kilka różnych, przestronnych pomieszczeń z maszynami cardio czy siłowymi do tego korty do badmintona oraz squasha, a przede wszystkim strefa cross.

LGG panorama

LGG 4

Emocje przed startem w ekipie CrossFit Atleta team rosły z każdą minutą. Stres trochę dał o sobie znać i nie pozwalał się do końca skupić. Przyglądając się jedna ludziom z innych części Polski, którzy dotarli na te zawody to także oni nie wyglądali na specjalnie wyluzowanych 😉 Pomimo, że miejsca dla zawodników i kibiców było teoretycznie całkiem sporo to z każdą kolejną minutą tłum gęstniał. W pewnym momencie zgęstniał do tego stopnia, że nie byłem sobie w stanie wyobrazić jak następnego dnia, kiedy teoretycznie ma przyjechać na zawody w kategorii Open ponad dwa razy więcej ludzi, organizatorzy sobie z tym poradzą. Już z poradzeniem sobie z takim ograniczonym tłumem bywały kłopoty.

LGG 6

Minuty mijały, napięcie rosło i w końcu zawodnicy poznali swój pierwszy trening, a była nim popularna Isabel. Innymi słowy tradycyjna na polskich zawodach crossfitowych walka z ciężarami w postaci snatcha. W ciągu 4 minut trzeba było podnieść maximum 30 razy jak najwięcej kilogramów samodzielnie dobierając sobie ciężar każdego powtórzenia. Innymi słowy do gry wchodziła bardzo mocno także taktyka. Niektórzy na pewno przedobrzyli, a niektórzy pewnie po pierwszym WODzie mieli spory niedosyt.

LGG 10

W ekipie CFA nastroje były zmienne. Justyna Kojro jak to Justyna, zostawiła swoje rywali w tej konkurencji daleko w tyle. Panowie natomiast mieli spore problemy. W dwóch przypadkach głównie z sędziami. Po zakończonej pierwszej rundzie Łódź Garage Games bardzo dziwiłem się tym wszystkim dyskusjom na forum publicznym na Facebooku na temat sędziowania. Teraz gdy zobaczyłem to na własne oczy trochę już rozumiem argumenty jakie padają z ust różnych osób. Ja będąc tylko obserwatorem nie pokuszę się na pewno o stwierdzenie, że ktoś był bardziej, a ktoś mniej faworyzowany. Jednak fakt, że sędziowanie było momentami po prostu nierówne, był widoczny. Tak samo wykonywane ruchy w różnej fazie zawodów i u różnych sędziów był różnie interpretowany. Wprawdzie starano się trzymać jedną linię sędziowania ale nie zawsze to wychodziło. A gdy zawodnik wykonuje ponad 20 na 30 możliwych powtórzeń z czego jakieś 10, jeśli nie więcej, jest mu niezaliczanych to zaczyna być sporym problemem. Problemem nie jednej czy dwóch osób ale trochę szerszego grona.

LGG 8

Inną rzeczą jaką zauważyłem to w moim jakimś tam przekonaniu przed zawodami uważałem, że żeby występować w kategorii elite trzeba po prostu ogarniać. Co to znaczy w tym przypadku? Choćby to że mieć opanowaną technikę większości ćwiczeń i być gotowym na niemal wszystko. W praktyce wyglądało to jednak zupełnie inaczej. Z jednej strony niektórzy zawodnicy podchodzili do snatcha z takim garbem jakby kręgosłup miał im się połamać za kilka sekund. To aż ciężko się oglądało z boku. Z drugiej strony pojawiała się w wielu przypadkach przepaść pomiędzy możliwościami siłowymi, a gimnastycznymi. Udowodnił to bardzo dobrze drugi tego dnia WOD eliminacyjny.

LGG 11

Cztery ćwiczenia po 3 minuty każde. Liczy się suma wszystkich powtórzeń z czterech ćwiczeń. W skład tego zestawu weszły pompki w staniu na głowie czyli HSPU, pistolsy czyli przysiady na jednej nodze, podciąganie na drążku techniką dowolną oraz na dobicie się jeszcze T2B czyli dotykanie stopami do drążka. 12 minut wytężonej pracy na maksymalnych obrotach. W wielu przypadkach już pierwsze ruchy podczas pompek pokazywały kto będzie się dobrze czuł w tym układzie. Wśród tego grona był na przykład Arek Kartaszow, który nadrobił trochę straty jaką miał w klasyfikacji po nieszczęsnych snatchach.

LGG 9

I takim oto sposobem została wyłoniona 4 panów oraz 4 pań, które musiały się zmierzyć w finale. Wśród panów zabrakło przedstawiciela Podlasia ale za to honor naszej ekipy dzielnie broniła Justyna, która prowadziła w klasyfikacji. Niestety dla niej organizatorzy finałowym WODem kompletnie nie trafili w jej stan, psychiczny, fizyczny, gust i pewnie jeszcze parę innych rzeczy. Dziewczyna mając problemy z kolanami i obolałe już i tak mocno ręce, musiała wchodzić na skrzynię 50cm trzymając w dłoniach dwa kettle po 16 kilogramów każdy. Zabawa polegała na tym, że najpierw trzeba było wejść jedną nogą, zejść, a następnie powtórzyć ruch drugą nogą. Wtedy właśnie było zaliczane jedno „duże powtórzenie”. Czyli jakby nie patrzeć wejść na skrzynię nie było 64 a w sumie 128. Żeby było zabawniej każde uderzenie kettlem w skrzynię lub odstawienie ich na ziemię skutkowało tym, że zawodnik musiał przemaszerować na drugą stronę boxa i zrobić „w nagrodę” 8 wall balls. Będąc na miejscu Justyny widząc taki WOD pomyślałbym sobie w pierwszej chwili „WTF? Seriously?!”

LGG 3

I ona nawet jeśli pomyślała podobnie to zacisnęła zęby i po prostu robiła swoje. Jak maszyna. Zresztą przeczytajcie na jej blogu co sobie myślała podczas robienia tego WODa. Kapitalna sprawa! Podczas 16 minut pracy udało jej się wychodzić ex aequo wraz ze swoją rywalką drugie miejsce, dzięki takiej samej liczbie powtórzeń. Jednak w moich i pewnie nie tylko moich oczach wygrała. Może nie z jedną z dziewczyn ale na pewno ze sobą, ze swoim bólem, ze swymi słabościami czy ze wszystkim tym co w tej aktualnie chwili jej doskwierało. To jednak nie miało znaczenia bo liczył się cel, który bardzo chciała osiągnąć. I właśnie tak sobie wyobrażam postawę nie tylko każdego kto zajmuje się w różny sposób crossfitem, ale po prostu każdego człowieka. Bo każdy z nas każdego dnia walczy z różnymi słabościami. A czy nie chodzi o to aby je po prostu pokonać? Justynie się wczoraj udało i za to ma mój duży szacunek i słowa uznania.

Swoja drogą to czy normalnym jest fakt, że z 8 osób startujących w finale tylko jedna z nich skończyła WODa w regulaminowym czasie? Czy ktoś z organizatorów przed zawodami wykonał ten WOD samodzielnie? Kogoś chyba trochę poniosła fantazja.

LGG 5

Na szczęście wszyscy wracaliśmy do Białegostoku po fajnie spędzonym dniu w dobrych nastrojach. Szybki przystanek na niezbyt zdrowe (czasem można, a nawet trzeba!) jedzenie ponownie w Manufakturze i tym razem udało nam się nie pogubić siebie nawzajem na drodze 😉 Niektórzy nawet jechali z największą swoją prędkością w swoim życiu więc tym bardziej mogą uważać ten dzień do udanych. Oby tylko więcej takich. Następnym razem jednak mam nadzieję, że będę to opisywał od strony zawodnika.

A już w następnych dniach wrzucę trochę więcej materiałów fotograficznych oraz przede wszystkim filmowych z tego dnia w Łodzi. Skoro nie mogłem się skatować treningami to bawiłem się w blogera/reportera w akcji 😉