fbpx
CrossFitO wszystkim

Kampania wrześniowa

dodany przezKamil Timoszuk 8 września 2014 0 Komentarzy

Plany są po to aby je realizować – tak twierdzą przede wszystkim Ci, którzy rzeczywiście coś w swoim życiu osiągają. Odkąd dotarło do mnie jak ważna jest to zasada, to staram się jej trzymać i nie dopuszczać do chwil, kiedy nie mam żadnych planów na bliższą czy też dalszą przyszłość. W myśl tej zasady powstał w mojej głowie pomysł na nazwaną roboczo „Kampanię wrześniową”.

Odkąd nauczyłem się stawiać przed sobą jakieś cele albo wyzwania to zauważyłem, że w dużej mierze żyje mi się łatwiej. Łatwiej na pewno pod tym względem, że doskonale wiem do czego zmierzam i co mam na końcu określonego odcinka drogi. Głównie dzięki temu, ciężko jest wtedy z niej zboczyć i pójść w zupełnie innym kierunku. Oczywiście, po drodze zdarzają się kolejne potknięcia, upadki czy chwile zwątpienia. Moim zdaniem to naturalna kolej rzeczy, ale jeśli tylko uda nam się skupić na celu, to bardzo szybko można wrócić na właściwy tor i iść dalej w obranym kierunku. I taki też mam plan na wrzesień, którego pozostały jeszcze 3 tygodnie, a każdy z tych tygodni będę kończył swego rodzaju wyzwaniem. W większości przypadków najgroźniejszym przeciwnikiem na drodze do mojego prywatnego sukcesu, będę ja sam czyli poprzeczka zawsze będzie postawiona wysoko.

Koszulka CF Podlasie

Odkąd złapałem rowerowego bakcyla w tamtym roku i zacząłem pokonywać kolejne kilometry po Białymstoku wraz z jego okolicami, to miałem gdzieś z tyłu głowy pomysł, aby jednego dnia pokręcić trzycyfrową liczbę kilometrów. Jednak do tej pory nie udało mi się tego zrealizować. Dlaczego? Powodów mógłbym wypisać co najmniej kilka, i pewnie niektóre z nich sam mógłbym po chwili uznać, że są to tanie wymówki, które mają usprawiedliwić moją niewystarczającą determinację. Dlatego też nie zamierzam tego robić. Wolę bardziej skupić się na tym, że dobrze by było po prostu to zrobić! Dla własnej prywatnej satysfakcji i niczego więcej. Lubię przecież ten stan, kiedy udaje mi się przekroczyć jakąś granicę. Bez względu na to jak jest ona duża, to uczucie zawsze jest podobne i tak samo zadowalające. Dlatego plan jest taki aby w najbliższy, a zarazem jeden chyba z ostatnich nadających się pod względem pogody weekendów, uderzyć w trasę i bez względu na wszystko wykręcić tę trzycyfrówkę. Oby tylko nie lało z nieba bo to nie jest dobre połączenie z jazdą na rowerze. Wierzę jednak, że ktoś tam na górze mi trochę pomoże 😉

Rower Supraśl

Drugi z kolei tydzień to ostatnia prosta przed kolejnym cyklem imprezy, w której debiutowałem w tamtym roku. Imprezy o udział w której jeszcze jakieś półtorej i więcej roku temu bym się nawet nie podejrzewał. Event bowiem obejmuje najbardziej przeze mnie nie lubianą czynność ruchową czyli bieganie. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego, ale przebieranie nogami po ulicach mojego miasta czy też okolicznych lasach i parkach, w żaden, nawet najmniejszy sposób, mnie zwyczajnie nie bawi. Biegam tylko wtedy, kiedy jestem do tego zmuszony na treningach lub wymaga tego ode mnie życiowa sytuacja 🙂 Jednak myśląc o Białystok Biega 2015 myślę przede wszystkim o dwóch rzeczach, które niewątpliwie dodają mi ochoty aby wziąć udział w tym wydarzeniu. Pierwszą myślą jest to, że będzie to dobra okazja aby sprawdzić czy przez miniony rok porządnego trenowania uda mi się poprawić uzyskany rok wcześniej czas. Pomimo tego, że trasa biegu ulega w tym roku zmianie, to w dalszym ciągu będzie to jak najbardziej wymierny sprawdzian. Nie stawiam sobie jednak celu w postaci ucięcia lub urwania z poprzedniego wyniku minuty czy dwóch. Ważne żeby było lepiej, bo każdy progres jest lepszy niż brak progresu 😉 Drugą zaś pozytywną myślą związaną z tym biegiem jest to, że znowu pobiegniemy wesołą ekipą CF Podlasie. Uczestnicząc w czymkolwiek z tymi ludźmi, zawsze jest lepiej niż miałoby się startować bez nich. No po prostu taka sytuacja 😉

Bieg5

Najważniejszy jednak z tych wszystkich trzech tygodni będzie wyjazd do Łodzi podczas ostatniego weekendu września. To właśnie tam zainauguruje swoje zmagania kolejna edycja Łódź Garage Games, czyli największych w Polsce crossfitowych zawodów. Jeśli po raz kolejny nic nie stanie mi na przeszkodzie to zarówno ja, jak i jeszcze 10 innych osób z boxa, zaliczymy swój debiut w tej imprezie. Parę już osób pytało się mnie w ostatnim czasie, czy się stresuję tym faktem. I ku nawet mojemu zdziwieniu, to moja odpowiedź była jak najbardziej negująca. Nie wiem od czego to zależy, ale chyba typowałbym najbardziej, że od mojego podejścia do tej imprezy. Mianowicie, ja nie jadę tam wygrać zawodów, a więc nie ciąży na mnie żadna presja wyniku. Tak więc jeśli nic nie muszę, to tym samym mogę wszystko. A najbardziej bym chciał po prostu dać z siebie maksimum swoich obecnych możliwości i zobaczyć co z tego wyjdzie. Jeśli uda mi się coś ugrać to fajnie, a jeśli zaś nie, to będę trzymał mocno kciuki i dopingował swoich znajomych, aby oni godnie reprezentowali CF Podlasie w dalszych rundach zawodów. Tak sobie też myślę, że chyba mam dość „amerykańskie” podejście do tego typu imprez, które zakłada same uczestnictwo w nich bez spinania się na konkretny wynik, ale bardziej na walkę z samym sobą. Nawet nie specjalnie przeraża mnie podniesienie standardów w kategorii Open w której będę brał udział. Podciąganie się na drążku bez żadnego wspomagania gumami, powoli wchodzi do mojego repertuaru umiejętności, a więc być może będę miał okazję przejść chrzest bojowy pod tym kątem. Być może też natrafię na swej drodze, na swoją przyjaciółkę skakankę, przez którą będę musiał skakać w stylu double unders. Ten jednak ku mojemu i chyba nie tylko mojemu zdziwieniu, w ostatnim czasie powoli się także poprawia. Do ideału daleko, ale jest też równie daleko od zera jakim jeszcze nie tak dawno byłem w tym temacie. Tak więc nie ma co się stresować, tylko trzeba będzie powalczyć. Jak to w życiu 🙂

LGG 7

Tak więc jak widać moja kampania wrześniowa zapowiada się całkiem ciekawie, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Na pewno będzie bardzo aktywnie, bardzo sportowo, bardzo przyjacielsko i pewnie bardzo wesoło. Jeśli tylko podczas tych trzech tygodni uda mi się pokonać kilka razy siebie samego, to uznam to już za sukces. Sukces który raczej nie spadł mi z nieba, a na który się trochę napracowałem. Ten natomiast smakuje znacznie lepiej…