fbpx
O wszystkim

Kac morderca nie ma serca

dodany przezKamil Timoszuk 3 maja 2013 0 Komentarzy

Kac, pojęcie od zawsze dla mnie nie nieznane. Szczególnie w tej klasycznej formie czyli z bólem głowy dzień po imprezie, wymiotami i chęcią wypicia wody w ilości co najmniej jeziora. Jest jednak jeszcze inna ale nie mniej upierdliwa forma kaca, która potrafi dobrze dać w kość. Kac moralniak…

Na tą pierwszą wymienioną przeze mnie formę stanu naszego ciała oraz umysłu sposobów jest co najmniej kilka. Zimne okłady na czoło, jogurty, sok z różnej maści kiszonek, woda w ilości hektolitrów czy na przykład też ciężka fizyczna praca. Na rugą zaś formę kaca skutecznych sposobów z tego co się orientuję to praktycznie nie ma. A szkoda, bo chętnie dziś bym skorzystał. Dlaczego?

Zacznę może od tego, że ta notka miała wcale nie powstać. Przez pół dnia zastanawiałem się czy warto o tym pisać i co to mi ma dać. Jednak w końcowym rozrachunku doszedłem do wniosku, że gdybym na ten temat nie wspomniał w tym miejscu to bym oszukiwał przede wszystkim sam siebie ale też i was czyli osoby, które tu zaglądacie i czytacie to co mam do przekazania. A przecież nie o to mi chodzi. Przechodząc jednak do sedna sprawy, byłem wczoraj na urodzinach kolegi. Jedna z tych imprez jakich w ostatnich dwóch latach zaliczyłem wiele, bardzo wiele. Zresztą pewnie niemal każdy zna ten schemat – kupa pozytywnych ludzi, muzyka, dobre jedzenie i rzecz jasna alkohol. Jako, że nie było to moje pierwsze wyjście od czasu podjęcia starań o zaprowadzenie zmian w moim życiu to i nie czułem specjalnej obawy o to, że coś może pójść nie tak. I generalnie wszystko było OK gdyby nie małe ale na koniec.

Jak już wcześniej pisałem, nawet chodząc spotykać się z ludźmi nie zawsze trzeba rezygnować ze swoich postanowień czy przyzwyczajeń. I tak też było wczoraj kiedy zjadłem trochę dobrego ryżu z kurczakiem czy też samego kurczaka. I wszystko byłoby pod tym względem OK gdyby nie moment kiedy zbierałem się do wyjścia. Właśnie wtedy zahaczyłem o kuchnię czyli o miejsce gdzie ZAWSZE są najlepsze imprezy z najlepszymi ludźmi 😉 Nie inaczej było i tym razem. I konwersując tak od słowa do słowa na stół wjechała też tequila. I pomimo, że wielkim fanem tego trunku nie jestem to skusiłem się na dosłownie 3 kieliszki z grejpfrutem (bo pomarańcza akurat „wyszła”) i cynamonem. Wielu powie, że przy ilości alkoholu jaki przelał się przez gardła ludzi tego wieczoru to praktycznie nic. Dla mnie to było jednak dużo. Chyba za dużo.

Przede wszystkim dlatego, że uświadomiłem sobie jak bardzo muszę jeszcze pracować nad swoimi nawykami, silną wolą i generalnie ogarnianiem takich sytuacji. Wymówka w postaci, że mnie boli kontuzjowany bark jest jak dziecko na onkologii – po prostu słaba 🙂 (taki suchar ode mnie) Tak sobie teraz myślę, że jeszcze jakiś czas temu tego typu rozmyślań jakie macie okazję teraz czytać bym w żadnym wypadku nie miał. To znak, że naprawdę coś się we mnie chyba zmienia. A przynajmniej bardzo chciałbym w to wierzyć. Jednak droga do perfekcji, mojej osobistej perfekcji jest jeszcze daleka.

Jednak żeby nie było tak całkiem negatywnie dzisiaj to na koniec coś odmiennego. Podczas rozmów w towarzystwie tej nieszczęsnej tequili pojawił się temat Olsztyna, a dokładniej odwiedzenia tego miasta w najbliższym czasie. Pomysł podoba mi się tym bardziej, że okazja wypadu w tamte rejony jest „iście zacna”, a mianowicie Kortowiada czyli olsztyńskie Juwenalia.

Przeglądając listę wykonawców jacy zawitają w tych dniach do Olsztyna plus wiele innych towarzyszących temu atrakcji głupio by było odpuścić ten temat. I taki też jest plan, a mianowicie zrobić wszystko co w mojej mocy aby ostatni weekend maja nawiedzić Olsztyn! Trzymajcie kciuki 😉