Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
O wszystkim

Jadą świry jadą

dodany przezKamil Timoszuk 5 sierpnia 2014 0 Komentarzy

Ten kto nigdy nie jechał jakimś pociągiem PKP po Polsce, ten nie wie czym jest prawdziwe życie. Z drugiej jednak strony taką osobę można nazwać tak po prostu i zwyczajnie szczęśliwym człowiekiem. Jednak unikając podróży tym środkiem komunikacji publicznej, na własne życzenie pozbawia się człowiek doznań, jakich nigdzie indziej nie będzie w stanie doświadczyć. Tak jak na przykład ja minionej nocy.

Od samego początku planując swój wyjazd do Torunia wiedziałem, że jego najcięższą częścią może być właśnie powrót. Wszystko przez to, że niestety ale połączeń jakie by obsługiwały to miasto z Białymstokiem lub chociażby Warszawą było jak na lekarstwo. Tym bardziej, że potrzebowałem transportu o dość późnej porze, czym sam sobie jeszcze zawężałem pole manewru. Niestety za późno też dowiedziałem się o połączeniu autobusowym z jakiego na pewno bym skorzystał. Aplikacja na telefon Bla Bla Car, umożliwiająca znajdywanie ludzie mogących podwieźć Cię w wybrane miejsce, także tym razem nie zdała rezultatu. A więc w takim oto wypadku byłem skazany na nocną przeprawę z PKP.

O tym, że będzie to prawdziwa przeprawa uświadomiłem sobie w momencie, gdy kupowałem bilet. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że pociąg, który ma mnie zabrać z Torunia jedzie prosto znad polskiego morza, a dokładniej Kołobrzegu. W okresie letnio-wakacyjnym, a do tego w niedzielę, jest to niemal gwarancją zatłoczonego do granic przyzwoitości składu pociągu. Tym bardziej wesoło zapowiadała się przeprawa, że w obecnych realiach na wszystkie pociągi Tanich Linii Kolejowych (które de facto tanie nie są) obejmuje dodatkowo płatna rezerwacja miejsc. Gdy ja chciałem nabyć bilet takiej rezerwacji, a tym samym gwarancji miejsca wykupić już nie mogłem, ponieważ ten limit został wyczerpany. Dopiero na odcinku Warszawa – Białystok zaczął przysługiwać mi ten niewątpliwy przywilej. Kilkugodzinna droga z Torunia zapowiadała się więc po prostu na stojąco. No ale cóż, po coś w końcu człowiek trenuje, a więc teraz ma szansę się wykazać w realnych sytuacjach czy jest wytrzymały, czy też nie 😉

Sytuacji nie ułatwiał też fakt, że w ciągu dnia nie miałem zbytnio okazji aby „odespać na zapas” i być teoretycznie bardziej wypoczęty przed drogą. W ramach orzeźwienia przed jazdą zafundowałem sobie prawie 40-minutowy spacer po Toruniu w drodze z akademika na dworzec. Jak się okazało, pomimo paru wad, to miasto w ciągu nocy, czysto wizualnie prezentuje się równie fajnie jak i w dzień. Szczególnie panorama starówki obserwowana z drugiej strony Wisły jest świetna. To jednak pokażę już niebawem kiedy wrzucę więcej zdjęć z moich spacerów po Toruniu. Wracając jednak do sedna, to po dotarciu na dworzec moim oczom ukazał się pokaźny tłum ludzi czekających już wcześniej na jakiś pociąg. Pytaniem było to czy oni także chcą dotrzeć do Warszawy czy może w jakimś innym kierunku. Na szczęście w innym kierunku, a dokładniej nad morze. Nawet nie wiecie jakie to może być pocieszające, że w jednej chwili znika wam z pola widzenia kilkadziesiąt potencjalnych kandydatów do walki, o każdy centymetr powierzchni w pociągu, którym ty będziesz jechał 🙂

Jednak to nie był jeszcze koniec ciekawych wydarzeń przed startem mojej podróży. Największą konsternację u pozostałych na peronie pasażerach, czekających na jeszcze mające przyjechać w najbliższym czasie dwa pociągi, wywołał komunikat podany przez megafon. Mówił on o opóźnieniu pociągu, które same w sobie nie jest czymś specjalnym w polskich warunkach. Jednak nawet jak na te warunki to 500 minut (!!!) jest lekkim przegięciem. Wszystko to podobno zasługa nawałnicy jaka przeszła w okolicach Bydgoszczy i dała się we znaki jak widać wszystkim. Jednak szczerze nie zazdroszczę tym ludziom, którzy czekali na ten pociąg, jak i tym, którzy tym składem jechali. Mnie jednak zaczął zastanawiać fakt, czy aby przypadkiem mój środek transportu nie jedzenie aby przypadkiem podobna trasą i czy za chwilę ja nie będę takim samym poszkodowanym. Na szczęście kamień spadł mi z serca i rąbnął porządnie o ziemię, na wieść o tym, że mój nocny pociąg przyjedzie o czasie. To był jednak dopiero początek…

Moja taktyka na przetrwanie tej podróży była prosta – rozpocząć szukanie ewentualnego wolnego miejsca od ostatniego wagonu. Dlaczego ostatniego? Bo mając już kilka, a nawet i chyba kilkanaście lat doświadczenia poruszania się z PKP i przejechanych dziesiątkach tysięcy kilometrów, to już wiem, że „wakacyjni pasażerowie” właśnie tam trafiają zawsze najpóźniej. Nie raz już miałem tak, że gdy niemal cały pociąg praktycznie pękał w szwach, ja potrafiłem siedzieć z kilkoma, lub maksymalnie kilkunastoma innymi osobami, w niemal pustym wagonie. Można? Niestety tym razem ta sztuka się nie udała i nawet ostatni wagon był dość szczelnie wypchany. Jak się też okazało już w trakcie jednym pociągiem jechali ludzie, którzy docelowo mieli nim jechać, jak i tacy, których wcześniejszy pociąg na tej samej trasie nawet nie wystartował z niewiadomych względów. Z tego też powodu wynikały pewne niejasności i rozmowy na tematy typu „kto był pierwszy” lub też „komu bardziej należy się dane miejsce”.

Jednak hitem była pewna grupa osób, która być może była jakąś rodziną ale nie dało się tego ustalić na sto procent. Ich rozpiętość wiekowa, pomiędzy najmłodszym, a najstarszym jej członkiem, mogłaby być dobrym argumentem to potwierdzającym. Nie to jest w tym wszystkim jednak najważniejsze. Najważniejsze było to, że cała ta wataha miała rezerwacje w tym właśnie wagonie. Na ich nieszczęście, ktoś zarezerwowane przez nich miejsca wcześniej już zajął. Jednak nie mogli oni tego tak zostawić i mówiąc w dużym skrócie, w dość nieelegancki sposób przegonili chyba z 7 czy też 8 osób (w tym matkę z 2 dzieci) „bo to są ich miejsca!”. Robili to w tak dyskretny i elegancki sposób, że praktycznie cały wagon już wiedział co się dzieje. Jednak to nie to było w tym wszystkim najlepsze. Po jakimś czasie gdy sytuacja się uspokoiła, a owa rodzinka posadziła swoje 4 litery w przedziałach, nagle kolejni jej członkowie zaczęli wychodzić na korytarz jeden po drugim. Na początku nie zwróciło to mojej specjalnej uwagi bo ja miałem już tak serdecznie dość wszystkiego, że płynąca ze słuchawek muzyka i gapienie się w jeszcze ciemną od nocy przestrzeń za oknem, dawało mi ten stan, jaki pozwoliłby mi przetrwać tę podróż na stojąco do końca. Jednak kiedy rozmowy pomiędzy osobami na korytarzu zaczęły być coraz bardziej ingerujące, tak, że nawet przebijały się przez moja muzykę, to z ciekawości aż wyciszyłem swoją MP4-kę. Wtedy też wyszło jak absurdalny problem ma ta rodzina. Otóż paru jej członków stwierdziło, że jest im za gorąco w przedziale więc będą siedzieć na korytarzu. Ten fakt nie podobał się najbardziej gorliwej z nich wszystkich przewodniczce stada czyli matce, która niemal siłą chciała ich wszystkich z powrotem wsadzić do przedziałów. Jako, że stałem od całej akcji nie więcej niż 2 metry, to doskonale widziałem groteskę tej całej akcji. Koniec końców, część została w przedziałach, a część na korytarzu.

Ja jednak niestety popełniłem FATALNY błąd, który polegał na tym, że chciałem na chwilę usiąść aby dać odpocząć swoim nogom. I aby to zrobić zapytałem jedną z kobiet czy mogę po prostu wejść i usiąść na jej miejsce. Nie wiem czy jesteście w stanie zgadnąć co usłyszałem w odpowiedzi 🙂 Otóż kobieta odburknęła tylko, że nie mogę, na pytanie dlaczego usłyszałem tylko argument nie do zbicia „bo to jest jej miejsce!”. Za chwilę wyczłapała się z drugiego przedziału ta przewodniczka stada, i ku mojemu kolejnemu zdziwieniu poparła tą pierwszą. Normalnie groteska w pełnej okazałości. Typowa sytuacja pod tytułem „pies ogrodnika”, aczkolwiek tu bym chętniej użył żeńskiego określenia tego zwierzęcia. I takim też oto sposobem do Warszawy dojechałem na stojąco, tak samo jak i prawowici właściciele miejsc w przedziałach. Oby kontynuująca dalej jazdę tym pociągiem grupa osób, jakiejś wysypki na tyłkach dostała, od tych wywalczonych w trudzie i znoju, a następnie bohatersko bronionych siedzeń. Staram się wżyciu nie być złośliwy ale informacja o czymś takim była by dla mnie fajnym umileniem jakiegoś dnia 😉

Podróż z Warszawy do Białegostoku minęła już niemal w komfortowym stylu jeśli nie liczyć złapania prawie 30-minutowego opóźnienia już na drugiej stacji oraz bandy dzieciaków jadących na jakiś obóz z rozpierających je od środka wakacyjną energią. Sytuacji nie polepszył fakt, że byliśmy w moim ulubionym wagonie bezprzedziałowym. Jednak wtedy było mi już wszystko jedno. Podobnie zresztą jak i teraz, kiedy jestem już prawie 40 godzinę bez snu na nogach i właśnie dlatego wrzucam ten tekst na bloga bez poprawiania ewentualnych błędów. Mój organizm zdecydowanie domaga się snu, a ja idę w końcu wysłuchać jego błagań. Wszędzie dobrze, ale we własnym domu i własnym łóżku najlepiej 😉