Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
CrossFitO wszystkim

Gejmsy czyli czas hejterów

dodany przezKamil Timoszuk 24 lipca 2015 4 komentarze

Trwające właśnie w słonecznej Kalifornii CrossFit Games, to znakomita okazja do tego aby zrobić wiele rzeczy. Dla jednych jest to możliwość, aby zobaczyć w jednym miejscu i czasie wszystkich najlepszych CrossFiterów w rywalizacji „na poważnie”. Dla innych zaś jest to świetna okazja, aby wytoczyć zarówno przeciwko nim, jak i całemu środowisku krucjatę.

CrossFit jako system treningowy, jako sport i jako zjawisko społeczne, rozwija się i ewoluuje niemal z dnia na dzień. Efektem tej całej ewolucji jest to, że czy się to komuś podoba czy nie, ale wokół niego jest coraz więcej ludzi. Osób z różnych krajów, z różnymi doświadczeniami i o różnym usposobieniu. Zdecydowana większość to przeważnie takie osoby, które od początku całe to zjawisko o nazwie CrossFit biorą bezwarunkowo – ze wszystkimi jego zaletami i wadami, których przeważnie na początku się nie dostrzega. Jednak w tej całej masie ludzi, która z jakiegoś powodu przy CrossFicie jest, znajdują się też jednostki wyjątkowe. Jednostki, które osobiście mam wrażenie, że poczuły swoją szansę na zaistnienie jako „czołowi hejterzy”, którzy za wszelką cenę chcą nawrócić na dobrą drogę te wszystkie „zbłąkane barany”, które według nich ślepo podążają za pasterzem Castro. I sam fakt robienia tego może i nie byłby zły, bo każda merytoryczna dyskusja może prowadzić do ciekawych wniosków. Jednak jeśli już na starcie taki jegomość stawia się na pozycji „ja wiem lepiej, bo wy to gówno wiecie”, to coś tu jest trochę nie halo.

 

W moim odczuciu istnieją dwa podstawowe punkty zapalne, które chyba na każdej szerokości geograficznej i w każdym mniejszym środowisku CrossFit, potrafią wzbudzić skrajne emocje. Tymi ogniskami są z jednej strony wszelkie niedozwolone środki jakimi szprycują się ludzie uprawiający CrossFit. Z drugiej zaś, niebezpieczeństwo samego uprawiania tego, które według wszystkich krosfitnessowych prawilniaków jest niemal prostą drogą do kalectwa z wózkiem inwalidzkim w najmniejszym wymiarze kary. Dwa tematy, które nowe nie są, ale ja na przykład nie przypominam teraz sobie, żebym kiedyś o tym tutaj pisał. W ostatnim zaś czasie, wyczytałem wystarczająco wiele w obu tych tematach, żeby zebrać się w sobie i napisać coś z mojego punktu widzenia. Punktu, który dla wielu będzie zwykłym pieprzeniem kolesia z internetu, a być może okaże się, że ktoś myśli podobnie jak ja. Ostrzegam jednak, że tak jak na co dzień staram się zachować względną czystość swojego języka w produkowanych przeze mnie tekstach, tak dziś kiedy będę czuł potrzebę rzucenia jakimś mięsem, to nie zamierzam się powstrzymywać. A więc osoby, które są jeszcze przed 18-tką, proszone są o przymykanie oczu w newralgicznych punktach, dla ich własnego dobra. Nie chcę przykładać swojej ręki do waszej demoralizacji. Tak więc lecimy.

Na pierwszy ogień idą więc popularne „koksy”. Pisząc zaś, koksy nie mam tu na myśli BCAA, białka czy też innej kreatyny, a specyfiki typu hormon wzrostu czy też testosteron. Nie ma co ukrywać że wszystkie te substancje, rozgrzewają już samym swoim istnieniem wiele osób. Jestem w stanie dać sobie uciąć rękę, no może na razie palec, że niemal w każdym polskim crossfitowym boxie, w luźnych rozmowach między ćwiczącymi, choć raz padło sakramentalne pytanie – Czy crossfiterzy biorą? I ja osobiście widzę już pierwszy problem, ponieważ to pytanie w samo w sobie jest tak ogólne, że odpowiadając na nie w jakikolwiek sposób, nie ma możliwości abyśmy kogoś nie skrzywdzili, lub nawet nieświadomie mu pojechali. Wynika to z tego, że CrossFit przez te kilka ostatnich lat ewoluował w kilka stron z których ja osobiście wymieniam zawsze trzy – prozdrowotną, sportową i cyrkową. Czym te wszystkie krosfity się od siebie różnią? Otóż ten pierwszy, to jest ten, który uprawia jakieś 95% (procent wzięty z mojej głowy czyli generalnie z dupy) z nas każdego dnia w boxie. Ten drugi to ten, kiedy dana osoba swoim poziomem znacznie wybija się ponad resztę ze swego otoczenia i zaczyna jeździć po zawodach typu wszelakie Throwdowny, Regionalsy, Gamesy czy inne Rodeo. Grupa cyrkowa to ci wszyscy „zawodnicy”, którzy zarzucają co jakiś czas w social mediach content, polegający na robieniu wszelkich dziwnych figur gimnastycznych, zarzucanie sobie ciężaru i robienie z nim niekoniecznie tego, do czego jest on pierwotnie przystosowany, a także tym podobne kombinacje. Zresztą co ja wam będę pisać – założę się, że każdy z was zna kilku takich „asów internetu”, których później nie uświadczysz na żadnych poważnych zawodach. Dlatego tej grupy nawet nie biorę pod uwagę, bo z jednej strony jest szansa że wielu z nich mogłaby nie ogarnąć koksowania się. Z drugiej zaś strony czasem można odnieść wrażenie, że niektórzy przedobrzyli ten temat już daaawno temu.

Tak więc pozostają te dwie pozostałe grupy. Z moich prywatnych obserwacji, nie popartych żadnymi specjalistycznymi badaniami wynika, że większość ludzi zaczyna swoją przygodę z CrossFitem głównie z dwóch powodów – chęci udoskonalenia swojej „napuchniętej sylwetki” lub też poprawy ogólnej sprawności, którą w latach dziecięcych każdy z nas miał, ale niektórzy zostawili ją w jakimś samochodzie lub przy innym komputerze. Z czasem gdy te dwa punkty z tej krótkiej listy uda się odhaczyć, powstaje pytanie co dalej? Bo czy jest sens brać koks, tylko po to aby wykręcać lepsze wyniki do wpisania na tablicę w boxie, która dla wielu jest niczym ołtarz? Jeśli ktoś w tym miejscu daje odpowiedź twierdzącą to gratuluję – w moim mniemaniu jest tumanem. Jest wiele tańszych i zdrowszych sposobów na podbudowanie swojego i tak zapewne rozdmuchanego ego.

Co jednak w przypadku gdy ktoś chciałby sprawić aby CrossFit stał się jego sposobem na życie, a przede wszystkim zarabianie milionów monet? Tutaj odpowiedź jest już niejednoznaczna dla typowego zjadacza chleba. Ja jednak uważam, że nie odkrywa się kompletnie żadnej Ameryki, gdy stwierdza się, że sportowcy wszelkiej maści „biorą” – crossfiterzy także. Odkąd w latach 60-tych ubiegłego wieku, pojawiło się w sporcie farmakologiczne wspomaganie, proces jego zakorzenienia poszedł już tak daleko, że nie ma mowy aby go odwrócić. Wszystko dlatego, że najważniejszym wyznacznikiem wartości sportowca w obecnych czasach jest osiągany przez niego wynik i nic poza tym! Jest to w sumie przykre, że wyższe wartości jak „czysta rywalizacja” czy też „fair play” zeszło na dalszy plan. Ale powiedzmy też sobie szczerze – To my, czyli kibice do tego w dużej mierze doprowadziliśmy! To my jako obserwatorzy chcemy aby sportowcy, zarówno w CrossFicie jak i też wielu innych sportach, byli coraz to lepsi. Wręcz wymagamy od nich tego, a gdy się ta sztuka im nie udaje, czujemy się zawiedzeni. Wiele osób jednak zapomina o tym, że ewolucja człowieka nie postępuje aż tak szybko i zawodowy sportowiec musi sobie radzić z tym na inne sposoby. A to, że nie ogłasza tego wszem i wobec? A co to by tak naprawdę zmieniło w życiu większości ludzi? No bo co do cholery by się zmieniło, gdyby taki Rysiek Froning zwołał konferencję prasową i ogłosił światu, że bierze? Moim zdaniem KOMPLETNIE NIC! Świat nie stanąłby w miejscu, a ziemia by się w żadnym miejscu nie rozstąpiła. Faktem jest jednak to, że sama organizacja CrossFit robi sobie trochę krzywdy tym, że co jakiś czas ogłasza listę zawieszonych zawodników za „wspomagacze”, którzy zostali bohatersko przyłapani na oszustwie. Stwarza to dla postronnego widza iluzję, która ma go rzekomo przekonać do tego, że cała reszta zawodników jest nieskazitelnie czysta. Tak natomiast nie jest (!!!) i im szybciej ktoś zrozumie całą konwencję zawodowego sportu na świecie z CrossFitem włącznie, tym lepiej dla niego. A jeśli komuś nadal to tak bardzo przeszkadza i dokucza, to zawsze jest czas na zmianę życiowych zainteresowań. Dla własnego i ogólnego dobra.

Matt Fraser

Co do kontuzjogenności CrossFitu także powiedziano i napisano już wiele. Jednak tak jak w przypadku koksów, tak i przy tym zagadnieniu, można w dużym stopniu użyć bardzo podobnych argumentów. Poza tym, dwoma przewodnimi hasłami tej części tekstu niech będą dwa stwierdzenia – „Tam gdzie zaczyna się sport zawodowy, tam kończy się zdrowie” oraz „CrossFit Games to nie jest CrossFit”. Co do pierwszego z nich, to tak jak wcześniej już wspominałem, takie mamy czasy, że w życiu zawodowego sportowca o jego wartości w największym stopniu decydują osiągane wyniki. To od nich zależy czy mówiąc kolokwialnie, będzie miał on co do garnka włożyć, aby wyżywić swoją często nie małą rodzinę. A więc jadąc na jakiekolwiek zawody, robi on dosłownie wszystko, aby być jak najwyżej we wszelkich możliwych klasyfikacjach. A jeśli w przypadku CrossFitu, nie robi nienagannego snatcha sztangą ważącą na przykład 120 kilogramów? Człowiek jest dorosły i doskonale wie co robi, po co to robi i o co walczy. Jeśli zaś coś nie jest zabronione, to jest jak najbardziej dozwolone. Przez to też coraz więcej osób zauważa, i głośno o tym mówi, że to co oglądamy w Carson, ma się nijak do tego, co proponowane jest typowemu Kowalskiemu w boxie nieopodal jego domu. Bo to właśnie w boxie można poznać ten najbardziej prawidłowy i najbliższy pierwotnym założeniom CrossFit. Metodę treningową, która pomogła, pomaga i zapewne pomoże jeszcze masie ludzi na całym świecie. Ja sam widzę po sobie ile dało mi trenowanie w taki sposób, i jak wiele jeszcze może dać. Widzę to też po swojej mamie, która w wieku prawie 50 lat, po raz pierwszy trenuje coś na poważnie i ma z tego zarówno wiele zdrowotnych korzyści, jak i też najzwyklejszą na świecie radochę. A takich historii zapewne jest wręcz na pęczki w każdym z boxów. Tylko aby je dostrzec trzeba tego chcieć, a nie powtarzać się jak jakaś zacięta płyta, że „CrossFit to zło wszelakie, które prowadzi do kontuzji”. To wybujałe ego ćwiczącego czy też chujowy trener jest znacznie większym zagrożeniem niż CrossFit sam w sobie. A jeśli ty drogi czytelniku nie ruszałeś swojego tyłka przez ostatnich kilka, kilkanaście czy o zgrozo kilkadziesiąt lat, to sorry bardzo, ale musisz być gotowy na to, że twoje ciało nie zawsze będzie chciało z tobą współpracować tak jak ty chcesz. Ty miałeś je w dupie tyle czasu, to ono ma prawo mieć ciebie także przez jakiś czas. Ono ma swoje prawa, i to że czasami będzie cię coś boleć mniej lub bardziej, nie oznacza od razu tego, że masz kontuzję, która doprowadzi cię do wózka inwalidzkiego.

A więc podsumowując trochę, zostały nam jeszcze trzy wieczory oraz zarwane noce, aby pooglądać jak sobie radzą najlepsi na świecie w sporcie, który z jakiegoś powodu nas interesuje. To jednak tylko od nas zależy, czy z oglądania tego widowiska sportowego zechcemy czerpać zwykłą przyjemność okraszoną emocjami, czy też skupimy się na szukaniu wymyślonych haków, które później rzekomo pogrążą CrossFit. Jeśli ktoś przystąpi do oglądania z takim podejściem, to chyba będę musiał go zawieść, ale CrossFit sam w sobie ma się dobrze i ten stan się jeszcze długo nie zmieni. A już na pewno nie zmienisz tego ty, śmieszny hejterze.