Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
BlogO wszystkimOpinie

Filmowe skrajności emocjonalne

dodany przezKamil Timoszuk 8 października 2014 0 Komentarzy

Dobre kino ma na celu w dużej mierze pełnić dwie funkcje – opowiadać fajną historię w ciekawy sposób oraz budzić przy tym różne emocje. Jeśli te dwa punkty nie są w znaczącym stopniu spełnione, to taki film jest praktycznie nie do odratowania. Mam jednak to szczęście w ostatnim czasie trafiać w kinie na takie, które jak najbardziej przechodzą ten podstawowy test.

Tak się też szczęśliwie składa, że owe emocje często są z zupełnie innej bajki. Jedne ciepłe, przyjemne i mocno zachęcające. Drugie zaś mocne, brutalne, bardzo wyraziste, a przez to czasami też ciężkostrawne. Dziś jednak swoje trzy grosze na temat obejrzanego przeze filmu, zacznę od czegoś fajnego bo mocno familijnego nawet bym powiedział.

Million Dollar Arm

„Million Dollar Arm” to produkcja wytwórni filmowej Disneya, która liczyłem, że jakimś cudem pojawi się w naszych polskich kinach. Niestety filmy sportowe generalnie nie cieszą się specjalnym wzięciem przez polskich dystrybutorów, a przez to polski widz jest często pozbawiony obcowania i poznawanie takiego kina. Tak jakiś czas temu było na przykład z filmem „Blind Side” o graczu futbolu amerykańskiego, który przeszedł niemal od zera do milionera. Taki typowy American Dream ale poparty tym, że owa opowieść była oparta na faktach, co dodaje jej jeszcze większego uroku. Podobnie jest też i z produkcją „Million Dollar Arm”, którą obejrzałem dzięki usłudze Orange VOD o której pisałem wczoraj w TYM tekście. Film ten opowiada prawdziwa historię agenta sportowego z USA, który po latach sukcesów w wielkiej sportowej korporacji, postanawia założyć własny konkurencyjny biznes. Niestety przejściu na swój własny rachunek, nie do końca wychodzi mu to na dobre, ponieważ ma on problemy z pozyskiwaniem własnych klientów. W akcie desperacji wpada on przypadkiem na szalony pomysł, poszukania nowych zawodników do zawodowej ligi baseballu w USA czyli MLB w Indiach. Kraju gdzie rządzi krykiet, a o baseballu słyszeli nieliczni. Coś trochę jak w Polsce, nie licząc tego zamiłowania do krykieta 😉 W efekcie tego wyjeżdża on do Indii zorganizować swoisty talent show typu Mam Talent, gdzie każdy będzie mógł spróbować swoich sił w rzucaniu piłką. Zwycięzcy zaś dostaną szansę wyjechania do USA, szkolenia się i podpisania zawodowego kontraktu z jednym z zespołów MLB. Tak to przynajmniej wygląda w teorii, bo w praktyce bywa już różnie.

https://www.youtube.com/watch?v=EiC8o7i_ZqE

Odtwórcą głównej roli jest Jon Hamm, a zawodników którzy przylatują z nim z Indii do USA grają Suraj Sharma (znany przede wszystkim z oskarowego Życia Pi) oraz Madhur Mittal. Oprócz nich przewija się jeszcze kilka innych drugoplanowych ról, ale to wokół tej trójki toczy się cała akcja. Cały film ma bardzo fajny, ciepły klimat kina familijnego, które praktycznie od początku wiemy jak się skończy. Coś jednak sprawia, że 2 godziny mijają nam nie wiadomo dokładnie kiedy. Film jest także podzielony na tak jakby na dwie części – jedną w USA oraz drugą w Indiach. Moim zdaniem lepiej wypada właśnie ta druga, poprzez chociażby krajobrazy jakie tam są ukazywane, plus za całą tę egzotykę jaka wprowadza ten kraj do tego filmu. Podsumowując więc szybko, napiszę jedynie, że jeśli ktoś potrzebuje fajnych pozytywnych emocji, to ten film na pewno mu ich dostarczy.

Zupełnie przeciwnie do drugiego z opisywanych dziś filmów, na który wybrałem się już do kina. Jest to druga z trzech polskich produkcji jaka przyatakowała ostatnio polskie kina.

Służby specjalne

„Służby specjalne” to nowy film Patryka Vegi, który często popada ze skrajności w skrajność jeśli chodzi zarówno o gatunki filmów jakie robi, a także i ich poziom. Bo jak wytłumaczyć to, że najpierw zrobił on kultowy niemal film pod tytułem „PitBull”, by następnie podpisać się pod czymś takim jak „Ciacho”? Reżyser ten jednak chyba wyciągnął wnioski ze swoich doświadczeń, i powrócił on do kina w jakim czuje się chyba lepiej. A jest to kino na pewno nie łatwe, szczególnie dla widza. Opowiada ono w dużej mierze o takiej polskiej rzeczywistości, z jaką większość z nas nigdy się bezpośrednio nie zetknęła i raczej nie miała by ochoty tego zrobić.

„Służby specjalne” to opowieść która w wielu kręgach, szczególnie politycznych w naszym kraju, budziła wiele kontrowersji. Głównie z racji tego, że miała ona odkryć trochę tajemnicy, jak działają w Polsce wszelkiej maści tajne służby. Co nimi kieruje, co od nich zależy i jaką tak naprawdę mają władzę. A jeśli by nawet przyjąć, że tylko znikoma część przedstawionych zdarzeń w tym filmie to czysta fikcja, to i tak momentami włos się może na głowie zjeżyć, jeśli pomyślimy jak działa ten kraj. Cała opowieść jest oparta o historię 3 funkcjonariuszy, którzy z jednej strony są bezwzględnymi „żołnierzami” wykonującymi kolejne rozkazy „z góry”. Z drugiej zaś strony, każda z tych postaci ma drugie oblicze, często bardziej ludzkie i prywatne. Bo jak wytłumaczyć na przykład fakt tego, że ten sam człowiek (grany przez Wojciecha Zielińskiego) jednego dnia tnie ciało człowieka piłą motorową, a następnie wraca do domu, gdzie czeka na niego żona z którą stara się o adopcję dziecka? Główna i najbardziej charakterystyczna z całego filmu bohaterka (Olga Bołądź), także stara się zmienić coś w swoim życiu i poczuć takie doznania jak miłość, bliskość i przywiązanie. Największą zaś przemianę stara się przejść funkcjonariusz (Janusz Chablor), który dowiaduje się, że jest chory na raka, a w międzyczasie także nawraca się powoli na Boga.

Mnogość wątków w filmie raczej nie przytłaczała mnie zbytnio, a bardziej sprawiała, że chciałem się dowiedzieć jak się rozwiążą kolejne z tych historii. Bardziej uciążliwy, szczególnie na początku był fakt, używania przez większość bohaterów swoistego slangu. Dzięki tłumaczeniom na ekranie w ich trakcie, można było się połapać o co chodzi. Na początku jednak człowiek czasami może odnieść wrażenie, że aktorzy niby mówią po polsku, ale trochę nie do końca 🙂 Na plus tej produkcji, działa także przemycenie do niej fajnego czarnego humoru, który jest dosyć rzadkim zjawiskiem w naszej rodzimej kinematografii.

Poza tym też, takie wypowiedzi jak TA, utwierdzają mnie w przekonaniu, że film jednak trochę całej prawdy o naszych służbach odkrywa. W moich oczach skutkuje to dzięki temu zyskaniem uznania. Zresztą czy się ktoś z tym filmem zgadza czy też nie, jest sprawą drugorzędną. Na tę produkcję warto się wybrać choćby po to, aby mieć o nim własne zdanie. Jednak czas poświęcony na wizytę w kinie nie będzie należał do lekkich. Ale i tak warto.