fbpx
O wszystkimOpinie

Filmowe pomieszanie z poplątaniem

dodany przezKamil Timoszuk 30 grudnia 2019 0 Komentarzy

Dedlajn – jedno z bardziej popularnych słów w korpomowie, które wdarło się już do potocznego języka z prędkością światła. Teraz wszyscy nie mamy już końcowych terminów, a właśnie te dedlajny. Często też sami je sobie narzucamy. Na przykład ja.

W różnych sferach życia można sobie narzucić takie obostrzenia, które w czystej teorii powinny nam pomagać. Czy to robią? Jak widać po tym tekście to chyba tak 😉 Jakiś czas temu założyłem sobie, że choćby się waliło czy paliło, to tekst z ostatnio widzianymi przeze mnie filmami musi się pojawić na blogu przed końcem roku. Dlaczego? Bo dedlajn nie rozumie – dedlajn po prostu wymaga. A więc lecimy z tym co mam wam do polecenia oraz tym przed czym chcę was przestrzec.

Na pierwszy ogień pójdzie film, który pojawił się w kinach bardzo dawno. Jednak jako, że jest to polska produkcja to jest spora szansa na to, że za jakiś czas będzie można go zobaczyć albo na jakiejś platformie VOD, albo nawet w telewizji. A w przypadku filmu „Boże Ciało” zdecydowanie warto to zrobić.

Jak wiadomo filmy o kościele w tym kraju to zawsze gorący temat. Bez różnicy czy ukazują tę instytucję z dobrej czy złej strony, to zawsze jest wokół takiej produkcji sporo szumu. Co ciekawe zwiastun tego filmu tylko podsyca te dość stereotypowe nastroje. Jednak gdy przychodzi co do czego, to produkcja wyreżyserowana przez Jana Komasę okazuje się być filmem o czymś zupełnie innym. Fabuła filmu opiera się na chłopaku, który wychodzi z poprawczaka i na drugim końcu Polski ma zacząć pracę w stolarni. Zamiast tego zaczyna on jednak udawać księdza. I robi to bardzo przekonująco. Na tyle, ażeby wtopić się w miejscową społeczność i stać się niejako jej członkiem ze wszystkimi przysługującymi temu plusami i minusami. Jest to tym samym brutalna obyczajowa opowieść w dużej mierze o nas Polakach. O naszych cechach narodowych, nieodłącznych przywarach czy też fałszu, który potrafimy ukryć bardzo głęboko. Pomimo braku jakiejś wartkiej akcji film ten trzyma w napięciu niemal cały czas. Twórcy zdecydowali się na to aby zawrzeć w tej produkcji sporo mocnych scen, tak aby film wywoływał na widzu jeszcze większe wrażenie. I trzeba przyznać, że ten zabieg udał się świetnie. Stwierdzam to pomimo tego, że film widziałem już sporo czasu temu, a do dziś uważam, że z dzisiejszego zestawienia ta pozycja jest jedną z najbardziej przeze mnie polecanych.

Inną polską produkcją jaką możemy zobaczyć w kinie do tej pory jest „Proceder”. Film po którym nie ma co ukrywać spodziewałem się sporo. Czy warto było więc na niego czekać? Ja czuję spory niedosyt.

Film opowiada historię Tomasza Chady, jednego z najbardziej wyrazistych lub też jak kto woli kontrowersyjnych polskich raperów. Człowieka, który został obdarzony sporym talentem, który nie do końca potrafił wykorzystać. Działo się tak głównie ze względu na jego ciągoty do łatwego ale nie zawsze legalnego życia, do używek i do obracania się w nieodpowiednim towarzystwie. Nic więc dziwnego, że przy takim zestawie skłonności, popularny raper swoje płyty nagrywał w przerwach w odsiadce. Jego tragiczna, przedwczesna i do dziś tak naprawdę niewyjaśniona śmierć, jest niestety najprawdopodobniej naturalnym podsumowaniem tego w jaki sposób żył ten człowiek.

Nie jestem jednak na tyle w temacie, aby oceniać ten film pod kątem jego zgodności z rzeczywistością. Fakty są jednak takie, że według wielu osób film jest dość mocno pokoloryzowany. Niestety nie wpływa to dobrze na samą produkcję, którą ja z pozycji zwykłego widza oceniam średnio. Głównie ze względu na to, że pojawia się w nim sporo dłużyzn, które zabijają skutecznie tempo tej produkcji. Jest w tym filmie sporo scen, które reżyser Michał Węgrzyn i jego zespół, po prostu powinni sobie darować. Nie ratuje tego filmu całkowicie oczywiście całkiem fajna ścieżka dźwiękowa, o ile ktoś jest fanem tego typu muzyki. Szkoda trochę, bo był tutaj potencjał na coś bardzo dobrego, a zostało coś co można zobaczyć raz i najpewniej szybko zapomnieć. Jedno co jeszcze razi w tej produkcji to fakt pewnej narracji tego filmu. To znaczy jest to opowieść o człowieku, któremu daleko do wzoru godnego naśladowania, a któremu wiele rzeczy uchodzi po prostu na sucho. Patrząc na to ilu młodych ludzi poszło na ten film, ciekawi mnie ilu z nich wyciągnie wniosek o tym, że tak można przynajmniej spróbować żyć.

Na koniec stricte kinowych produkcji w tym podsumowaniu, wjeżdża coś na co czekały w tym roku miliony ludzi na całym świecie. Tylko ja jakoś niespecjalnie.

Najnowsze „Gwiezdne Wojny” to coś co niektórzy z was, którzy dotrwali do tego miejsca w tekście będą musieli mi wybaczyć. Dlaczego? Ponieważ film kończący tę sagę no nie porwał mnie, mówiąc oględnie. To znaczy ja nigdy nie byłem wielkim fanem tej gwiezdnej opowieści, która rozgrzewa świat już od ponad 40 lat. Natomiast te 3 ostatni części, łącznie z tą najnowszą, obejrzałem głównie z ciekawości. Tę najnowszą także z przyzwyczajenia do tego, że gdy są święta Bożego Narodzenia, to musi być kino. A że nie było nic lepszego… 😉 Nie no, umówmy się – to nie jest zły film. Wręcz przeciwnie nawet, bo jest to bardzo fajne rozrywkowe kino science fiction. Jest to prawdziwy pokaz możliwości kreowania fantastycznej filmowej rzeczywistości i zawartych w niej światów. Efekty specjalne to jedna z tych rzeczy jaką pamięta się najbardziej po wyjściu z kina. I tak, wiem, że pewnie bluźnię. Jednak dla mnie to był po prostu bardzo fajny, ale tylko typowy odmóżdżacz po świętach. Tylko tyle i aż tyle.

W tym też momencie chciałbym napisać, że ostatnio miałem sporo wolnego czasu, który spożytkowałem na nadrobienie zaległości na Netflixie. Jednak z tego poprzedniego zdania tylko jeden fakt jest zgodny z prawdą. Mianowicie ten, że trochę tego Netflixa obejrzałem w ramach oderwania się od obowiązków. I wiecie co? Nie żałuję. Głównie dlatego, że udało mi się znaleźć kilka ciekawych pozycji. Jednak zanim o nich, to wcześniej wsadźmy trochę kij w mrowisko i miejmy to za sobą.

Najgłośniejszą premierą ostatniego czasu w światku serialowym był niewątpliwie „Wiedźmin”. Produkcja Netflixa miała przyćmić to co zrobiono już jakiś czas temu w Polsce, i do dziś funkcjonuje trochę jako mem. Do popularyzacji powieści fantasy Andrzeja Sapkowskiego na świecie w największym stopniu przyczyniła się gra komputerowa, której kolejne części okazały się wielkimi hitami. Czy serial pójdzie w te ślady? Nie wiem i się chyba nie dowiem. No chyba że przeczytam o tym gdzieś w internecie za jakiś czas. Osobiście natomiast tego nie sprawdzę. W okresie świątecznym udało mi się dosłownie przebrnąć przez dw pierwsze odcinki po których powiedziałem dość. Dlaczego? Uwaga, teraz pójdzie bluźnierstwo – dawno nie oglądałem tak nudnego serialu. Serio. Ja wiem że to może nie mój klimat i nie moja bajka, ale z drugiej strony czasem bywa tak, że dobre rzeczy nawet nie z naszej bajki, potrafią zachwycić. W tym przypadku ta sztuka się jednak ze mną nie udała. I nie jest mi nawet specjalnie przykro z tego powodu. Nie każdy musi przecież iść za tłumem i chwalić sobie to co wszyscy.

No dobrze, to skoro jestem już przy „problematycznych” produkcjach to tutaj wjeżdża kolejna pod tytułem „Game Changers”.

W dużym skrócie jest to amerykańska opowieść o weganizmie, jedzeniu mięsa i o tym jakie to wszystko może mieć skutki i reperkusje. A to wszystko ukazane na przykładzie zawodowych sportowców. Natomiast to, że jest to produkcja zza wielkiej wody, to w tym przypadku ma spore znaczenie. Głównie ze względu na narrację jaka jest narzucona w tym dokumencie. W dużym skrócie można ją podsumować tak – „odrzuć mięso, wygraj życie, bądź herosem”. I o ile z tym można się nie zgadzać i włożyć to między bajki, to i tak warto to obejrzeć aby mieć nad czym myśleć. I nie, nie zamierzam nikogo namawiać na rzucenie mięsa i przerzucenie się tylko na rośliny. Faktem jest jednak to, że ja od dłuższego już czasu (na długo przed ukazaniem się tego dokumentu) zacząłem jeść znacznie mniej mięsa i jest mi z tym po prostu dobrze. A takie filmy po części uzasadniają takie działanie. Czy ten długimi momentami dość propagandowy film w czymś pomoże? Pewnie nie. Ale jeśli u kogoś zostanie zasiane choćby ziarno niepewności lub ciekawości to już będzie dobrze. A co z tym dalej się stanie tu już decyzja i ewentualnie podjęte kroki należą do was.Aha, jeszcze jedna uwaga. Nie oglądajcie tego filmu na głodniaka. Bo to jakie potrafią tam wjechać wegańskie potrawy, to niemal jest gwarancją ślinotoku i wędrówki w stronę lodówki 😉

Jednak żeby nie było, że ostatnio trafiam tylko na takie pozycje, które poddaję pod wątpliwość to teraz wjadą tutaj trzy pozycje z Netflixa, które polecam z całą odpowiedzialnością. Pierwszą z nich jest/są występy standupowe niejakiego Trevora Noah. Człowieka, który ma jeden z najbardziej celnych ale przede wszystkim też inteligentnych dowcipów na tej scenie. Będąc w USA przyjezdnym z innego kraju, a nawet kontynentu, jak wielu innych ludzi w USA, bardzo chętnie opowiada on o rasizmie, podziałach i wszystkim tym co się z tym wiąże. Jednak w jego przypadku znacznie ważniejsza od samego tematu jest forma w jakiej to robi. Gdy obejrzycie to szybko zrozumiecie o co mi chodzi 🙂

Drugą pozycją wartą polecenia jest największe zaskoczenie na tej mojej dzisiejszej liście. Głównie za sprawą tego, że to właśnie ten serial wjechał z impetem wieczorem 24 grudnia wypierając Wiedźmina 🙂 A mowa tu o norweskiej, typowo świątecznej produkcji, pod tytułem „Facet na święta”. 6-odcinkowy serial fabularny z wątkami dramatycznymi opowiada o dziewczynie, która pracuje jako pielęgniarka. Jednak jej największym problemem o którym przypomina jej na każdym kroku rodzina to fakt, że jest ona singielką. I to raczej nie z własnego wyboru. Dlatego też korzystając z rad współlokatorki/przyjaciółki zaczyna ona intensywne poszukiwania partnera. Tylko po to aby móc go przyprowadzić na wigilijną kolację i przedstawić rodzinie. I z jednej strony brzmi to trochę jak absurd. Z drugiej jednak… Czy w dzisiejszych czasach taka sytuacja nie może mieć miejsca w realnym życiu? Wydaje mi się, że nie tyle może, co nawet ma. Dla mnie też wartością dodaną tego serialu było słuchanie mówiących po norwesku aktorów. I wiem, że to może trochę dziwne, ale czułem autentyczną satysfakcję słysząc ich dziwnie przyjemny język 😉

Na koniec zaś zostawiłem swoje największe odkrycie ostatniego czasu. Serial, który może wielu z czytających ten tekst zna, ale dla mnie jest to szok, że nie znałem tego wcześniej. Mam tu na myśli „Koronę” czyli opowieść o angielskiej rodzinie królewskiej, która w serialu jest pokazana od kuchni. Dzięki temu jeśli marzyłeś kiedyś o tym aby być królem albo królową, to ten serial może obedrzeć cię z tych marzeń i wyobrażeń – bardzo szybko i bardzo drastycznie. Bo życie w rodzinie królewskiej to nie bajka. To są głównie obowiązki, nakazy, zakazy, konwenanse czy intrygi. A taki styl życia na dłuższą metę służy mało komu. Ja kończąc właśnie pierwszy sezon tego serialu jestem cholernie ciekawy tego co będzie dalej. Dla mnie zaś jest to wyznacznik tego czy dany serial mi „podchodzi”. A dlatego, że „Korona” robi to idealnie, to dlatego polecam wam ją sprawdzić.

A co wy oglądaliście ciekawego ostatnimi czasy?