fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Dobra praca to zespołowa praca

dodany przezKamil Timoszuk 16 lipca 2014 1 Komentarz

Wiele osób, które na co dzień nie mają kontaktu ze sportem, widząc osoby, które niemal codziennie trenują dla samych siebie, zadają sobie jedno pytanie – po co trenować? Każdy kto ćwiczy może niemal bez zastanowienia wymienić kilka powodów dla których to robi i co ciekawe wiele z tych motywacji będzie różnych.

Prawdziwym jest też twierdzenie o tym, że można trenować i „trenować”. Pierwszej z tych dwóch czynności nie trzeba chyba nikomu specjalnie opisywać. Powszechnie bowiem wiadomo, że dobra aktywność fizyczna jest dobra zarówno dla ciała jak i też ducha. Czasem jednak jest tak, że ludzie chodzący na siłownię czy też w tego typu miejsca nie zawsze dają z siebie 100% swoich aktualnych możliwości. Jest to oczywiście ich własny wybór i ich prawo, ale czy to na dłuższą metę ma jakiś większy sens? Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest to niemal książkowe marnowanie czasu, pieniędzy oraz energii na takie pozorne działanie.

W boxie crossfitowym nie ma już z samego założenia specyfiki prowadzenia zajęć, miejsca na coś takiego. Tu każdy musi dawać z siebie 100 lub nawet więcej procent, swoich aktualnych możliwości. Tylko tak trenując jest się w stanie osiągnąć znaczący i bardzo zadowalający progres na każdym możliwym polu. I nie chciałbym aby ktoś mnie teraz źle zrozumiał. Nie próbuję teraz udowadniać nikomu, że box jest lepszy niż siłownia lub inne pokrewne jej miejsca. Bardziej chciałbym się skupić na fakcie, że nawet w boxie można jeszcze podkręcić tempo zmagań z samym sobą ale i nie tylko.

Jednostką treningową, która to zapewnia jest tak zwany Team WOD. Jako to mówi jeden z trenerów w CrossFit Podlasie, Team WOD są to takie „małe, cotygodniowe zawody”. I jest w tym kupa racji, bo w sobotnie treningowe przedpołudnia pojawiają się emocje jakich czasami ciężko szukać podczas tygodnia. To właśnie podczas Team WOD walczysz nie tylko ze swoim najgroźniejszym przeciwnikiem czyli samym sobą, ale także i z rywalami, którzy także starają się ciebie w jakikolwiek sposób wyprzedzić. Jeśli do tego dodamy, że niektóre treningi są skonstruowane tak, że jeśli ty się obijasz to twój partner lub kilku kolegów z zespołu cierpi bardziej. Wtedy zaś w organizmie pojawia się najprawdziwsza adrenalina, która daje dodatkowego kopa. Najbardziej naturalny wspomagacz jaki wymyśliła matka natura.

I w taki też sposób co tydzień pracuje CrossFit Podlasie. Jako że inwencja twórcza trenerów nie opuszcza to zawsze jest ciekawie, intensywnie i zabawnie. W ostatnia sobotę trening był podzielony na 4 części, a wszystko zaczęło się od szukania swojego maksymalnego obciążenia z jakim możemy zrobić power cleana. Ja po ciężkim tygodniu byłem na tyle zajechany, że nie było dla mnie niespodzianką fakt, że swojego życiowego rekordu nie udało mi się pobić. Zdarza się.

Później natomiast przyszło do skakania na skakance double unders przez 3 minuty. Znienawidzonych przeze mnie do szpiku kości, ponieważ nie potrafię tej czynności w żaden sposób popchnąć u siebie do przodu. Dlatego też ja w ostatnią sobotę robiłem zamiast tego burpeesy. Też można się konkretnie zmęczyć. Jednak taka praca także motywuje do rzeczy, które wcześniej niemożliwe. Najlepiej o tym świadczy rekord Michała Głuszyńskiego w postaci 294 double unders unbroken! Miazga. Zresztą sami zobaczcie.

Kazali dla Michała skakać no to skakał 😉 I po raz kolejny, zaraz po TYM, zadziwia.

Za chwilę wszystkich jednak czekała przeprawa z niejaką Karen i jej bratem, który przypałętał się na WOD-a. Karen jak wiadomo jest to nazwa treningu obejmującego 150 wall balli. Nawet przy podziale tej liczby na dwie osoby, to dalej nie jest mało. Jeśli jednak do tego zestawu dorzucimy jeszcze 150 thrusterów, to wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa i walka w jednym. Było ciężko czyli tak jak lubię!

Przestroga dla wszystkich – gdy zaczynacie nagrywać jakiś film to nie bawcie się wtedy odwracaniem telefonu 🙂

Na sam koniec, kiedy zaczynało już naprawdę brakować sił, przyszło jeszcze wiosłowanie. W sumie było to dość zgodne z tym co działo się na podwórku czyli jedna wielka ulewa. Jednak ergonometry nie znają litości i czy słońce czy deszcz – zawsze bola tak samo. Tym bardziej gdy najpierw musisz przepłynąć kilkaset metrów, a później przyspieszyć robiąc burpeesy i przeskakując nad wiosłami. Po prostu poezja 😉

Nie znam jednak chyba osoby, która by po skończeniu takiego treningu narzekała na to, że w ogóle się na niego zdecydowała. To uczucie, kiedy leży się na podłodze i czeka aż pierwsza fala zmęczenia odejdzie, a na jego miejsce przyjdzie potężny strzał endorfin, jest po prostu bezcenne. To między innymi dlatego ludzie zakochują się w CrossFicie, ponieważ w mało którym innym sporcie takie doznania są niemal zapewnione. Jeśli jeszcze do tego dodamy fajną grupę ludzi, która jest tak samo jak ty „uzależniona” od tego stanu ciała i umysłu, to wtedy mamy pełny obraz CrossFitu i tego co może on dać. Dlatego warto jest trenować samemu, ale jeszcze lepiej to robić w grupie.