fbpx
CrossFitO wszystkim

Bo to zła kobieta była

dodany przezKamil Timoszuk 13 sierpnia 2014 2 komentarze

To nie jest przypadek, że większość najbardziej wykańczających crossfitowych treningów ma żeńskie imiona. No bo któż jak nie kobieta potrafi wyssać z człowieka wszelką energię, a następnie zostawić w stanie niemal agonalnym bez żadnego współczucia. Jednak niektórzy lubią takie ekstremalne odczucia i dlatego czasami randkują z tym typem kobiet. Kłopoty zaczynają się jednak wtedy, kiedy robi się to zbyt często.

Jedną z najbardziej znanych, a tym samym kochanych i nienawidzonych jednocześnie kobiet w CrossFicie jest Fran. Mówiąc bardziej po Polsku Franciszka składa się z pozornie dwóch prostych ćwiczeń czyli thrusterów (przysiad ze sztangą na klatce piersiowej połączony z wypchnięciem sztangi nad głowę) i podciagnięć na drążku. To wszystko robi się w prostym systemie 21-15-9. Ale co ja wam będę pisał, skoro o Franciszce może opowiedzieć wam ten, który wymyślił nie tylko Fran ale i całe te szaleństwo zwane CrossFitem czyli Greg Glassman. Obejrzyjcie i posłuchajcie jego ciekawej i zabawnej opowieści na ten temat.

Teraz, kiedy w teorii wiadomo już co to jest, z czym to się je i mniej więcej jak się człowiek po tym może czuć nie pozostaje nic innego jak się tylko z tym czymś zmierzyć. Do tego trwającego właśnie tygodnia, Fran wykonałem raz, może dwa razy w życiu. Jedyne co wiem w tej chwili to na pewno fakt, że gdy robiłem to po raz pierwszy, raczej nie byłem na to gotowy zarówno psychicznie jak i fizycznie. Mój pierwszy raz musiał mieć miejsce jeszcze podczas trenowania na siłowni, kiedy dopiero wdrażałem się w jakiekolwiek trenowanie oraz później już sam CrossFit. Nie mam zielonego pojęcia jaki miałem wtedy czas bo chyba tak naprawdę wtedy nie o niego chodziło. Fran tak jak tez i inne benchmarki czyli sztandarowe treningi crossfitowe wykonywane przez ludzi na całym świecie pasują idealnie do tego, aby co jakiś czas sprawdzić swój progres jaki się zrobiło. Progres zarówno fizyczny jak i psychiczny, ponieważ podczas tego stosunkowo niedługiego wysiłku musi pracować nie tylko ciało, ale także i głowa. To ona jest bardzo często odpowiedzialna za to czy danego dnia, w danej chwili damy radę czy też okażemy się po prostu mięczakami. To ona odpowiada za to aby w danej chwili stłamsić w sobie wszelki ból, niedogodność czy też inny dyskomfort i po prostu zapieprzać cały czas do przodu. Na zmęczenie, ból, czy cierpienie będzie czas chwilę później.

Wyobrażam sobie zaskoczenie pomieszane pewnie lekkim przerażeniem u osób, które chodzą trenować do boxa o straszliwej 6:30 rano. To właśnie ci ludzie każdego dnia, dowiadują się jako pierwsi z czym w danym dniu będzie się zmagała masa ludzi która przewinie się przez boxa. Mogę sobie tylko wyobrazić te twarze kiedy na tablicy pojawiło się to.

Jedna Fran to jest dużo, ale dwie naraz? To jest prawdziwa masakra. Jeśli człowiek podczas tego treningu dociśnie się na maksimum swoich obecnych możliwości to ma niemal pewność, że długo tego nie zapomni. Najlepsi CrossFiterzy na świecie Fran wykonują w czasie poniżej dwóch minut. Niecałe dwie minuty pracy wystarczy do tego, aby dać porządnego kopa dla swego organizmu. Jeśli jednak trzeba sprzedać takie dwa kopy w przeciągu kilku minut to już zaczyna być po prostu ciekawie. Według standardów przy wykonywaniu thrusterów na sztandze powinno znaleźć się 45 kilogramów. Ja póki co ograniczyłem się do 35, co i tak jeszcze jakiś czas temu było dla mnie liczbą kosmiczną. Teraz jednak chciałem docisnąć się na tyle ile potrafię. Przy podciąganiu na drążku wspomaga mnie jeszcze jedna z gum ale mam nadzieję, że i to w najbliższym czasie ulegnie zmianie. W końcu trzeba iść do przodu, a nie stać w miejscu.

W poniedziałek niestety nie mogłem przyjść tak jak praktycznie zawsze czyli wraz z samozwańczo nazwaną grupą „Elite 14:30”. Jednak dzięki temu zaraz po przyjściu do boxa widziałem jak jeden ze znajomych kończył właśnie zmagania z drugą Fran. Patrząc na niego nie wiedziałem jednak czy to ten WOD się kończy czy może jego życie się kończy. Innymi słowy nie wyglądało to dobrze, a trzeba dodać, że jest to jedna z najlepszych osób trenujących w boxie. Więc jeśli ona ma problemy, więc mi raczej łatwiej nie będzie. Ale nie po to się przecież trenuje, żeby było łatwo. Zresztą jak ktoś chce się dowiedzieć jakie były wrażenia tego jegomościa to niech zajrzy do komentarzy pod TYM zdjęciem na Instagramie. Wraz z innymi osobami w grupie o 16 rozgrzaliśmy się, przygotowaliśmy sprzęt i byliśmy już praktycznie gotowi do treningu. Ja przez ten cały czas starałem się za bardzo o tym nie myśleć, żeby nie zaprzątać sobie tym głowy, a tym samym już na starcie nie spowalniać się. Jednak kiedy zaczęło się ostateczne odliczanie „3, 2, 1 GO!” wtedy trafiło mnie co się będzie działo. A działo się wiele. W założeniu miało być tak, że przynajmniej pierwsze 21 thrusterów robię unbroken czyli jednym ciągiem. Niestety plany sobie życie sobie i skończyło się to na podzieleniu ich aż na 3 części. Drążki to samo ale czułem, że tak może być. Ponowna sztanga i znowu dzielenie. Cholera coś jest nie tak, pomyślałem. Ale udało się zacisnąć zęby i pojechać dalej. I tak aż do samego końca ponad 6 minut czyli tyle ile zajęła mi pierwsza część.

Nie powiem, żebym był specjalnie wypoczęty o tym stosunkowo niedługim czasie. Jak zwykle brakowało tchu, a serce waliło jak oszalałe. Odruchów wymiotnych na szczęście nie miałem ponieważ stłamsiłem je gdzieś w okolicach kończenia 15 thrusterów. Trzeba było jednak wstawać dość szybko z podłogi i wziąć się w garść bo druga Fran już czekała. I to niestety ta bardziej wredna, ponieważ w drugiej serii liczba powtórzeń nie malała, a rosła od 9, poprzez 15, aż do 21. Ten kto trenuje ten wie, że niby jest to samo, a jednak inaczej, kiedy liczba powtórzeń rośnie z serii na serię. Ale nie ma że boli tylko trzeba zasuwać! I tak też zrobiłem po raz drugi. W oczywiście gorszym czasie o jakieś 3 minuty ale z satysfakcją zmieszczenia się w narzuconym limicie czasowym czyli time capie. Nie było źle. Oczywiście jeśli można tak nazwać stan przedzawałowo-agonalny jaki człowiek dopada sekundę po tym jak się kończy trening. To jest jednak piękne w CrossFicie, że wystarczyło kilka kolejnych minut, a ja dałem się jeszcze namówić na szybkie rozbieganie w postaci 1 kilometra truchtu (dzięki Aneta! 😉 ). Polecam to każdemu, kto chce zobaczyć jak się biega na nogach jak z waty. Śmieszno i straszno zarazem 🙂 Chwilę jednak po powrocie do boxa mój organizm powiedział dość i gdy usiadłem na podłogę to nie mogłem się z niej podnieść jeszcze dłuższy czas.

Już wtedy wiedziałem, że dzień kolejny może być dość bolesny. Trenując 6 dni w tygodniu czasami o zakwasy jest dość ciężko. To znaczy jednostki treningowe nakładają się na siebie tak bardzo, że już człowiek nawet nie wnika zbytnio od czego ma zakwasy na rękach czy nogach i czy to od treningu dzień czy dwa dni wcześniej. Jednak wtorkowy poranek nie pozostawił żadnych złudzeń, że dzień wcześniej było mocno, nawet pokuszę się o stwierdzenie, że bardzo mocno. Ból rąk czułem już w ciągu nocy, kiedy przewracając się z boku na bok było to dość mocno utrudnione. Rano po przebudzeniu doszedł jeszcze ból ud, a więc nie było żadnych wątpliwości – Fran tu była. Jeszcze wtedy cieszyłem się, że mam ją za sobą i raczej nie prędko się z nią ponownie spotkam. Ależ ja byłem naiwny…

Wszystko okazało się po wejściu do boxa, kiedy pierwsze co zobaczyłem to „swoją grupę 14:30” gotową już praktycznie do walki z codziennym WOD-em, a następnie zerknąłem na tablicę gdzie czekała… Fran. Po raz trzeci w ciągu dwóch dni! WTF się grzecznie pytam!? Na całe szczęście byłem już mocno spóźniony i kompletnie nie miałem czasu na to roztrząsać to na czynniki pierwsze. Szybkie przebranie się, szybka rozgrzewka i możemy jechać. Jak tu jednak jechać, skoro przy każdym kroku bolą cię uda, a przy każdym wymachu rękoma boli cię kilka części każdej z rąk? I tu do gry wchodzi głowa, która ma wielką siłę i jest w stanie zniwelować ten ból. I to nie jest tylko teoria, a czysta praktyka. Dlaczego? Ponieważ dzień po podwójnej Fran, ta trzecia została przeleciana (sorry wszystkim czytającym to Paniom) przeze mnie praktycznie bez ceregieli. Podczas thrusterów sztanga nie wylądowała na ziemi ani razu, gdy jeszcze dzień wcześniej „na świeżości” waliła o podłogę co chwilę. Przy drążkach było kilka przerw ale także mniej niż dzień wcześniej. A jaki był tego efekt końcowy? Poprawiony czas tego strasznego benchmarka o prawie minutę! Do chwili obecnej nie jestem w stanie ogarnąć jak to było możliwe biorąc pod uwagę mój stan fizyczny na drugi dzień, ale kurde, stało się! Nie powiem, żebym był z tego powodu specjalnie zmartwiony. Zresztą w ramach ciekawostki musze tez napisać, że nie byłem jedyną osobą, która poprawiła swój czas drugiego dnia.

Dziś jednak od samego rana czuję w jeszcze większej ilości miejsc niż wcześniej, skutki takich treningów. Ból ud, rąk, a nawet żeber skutecznie mi o tym przypomina przy każdej próbie gwałtownego ruszania się. Jednak satysfakcja jaka teraz mi temu towarzyszy jest tego warta. A dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie dlatego, żeby pokazać wszystkim dookoła jaki to „kozacki” i „zajebisty” jest CrossFit, a także ludzie go uprawiający. Bardziej chodzi mi o to, żeby udowodnić samemu sobie, że nie ma granic nie do pokonania. W ostatnim czasie wiele rzeczy zaprząta mi głowę i sprawia, że nie jestem w szczytowej formie jeśli chodzi o mój codzienny nastrój. Jednak takie chwile i takie treningi, zdecydowanie poprawiają mój stan psychiczny niemal od ręki, a efekty fizyczne zacznę zbierać za jakiś czas. I to jest po prostu świetne – tylko tyle i aż tyle!