fbpx
CrossFitO wszystkim

Bo nie zawsze jest kolorowo

dodany przezKamil Timoszuk 11 kwietnia 2014 0 Komentarzy

O zaletach CrossFitu wie prawie każdy, kto choćby liznął tematu. Przynajmniej ten, kto zadał sobie choć odrobinę trudu aby dowiedzieć się co to naprawdę jest i z czym to się tak naprawdę je. Co jednak ciekawe, niewiele osób zaczynających przygodę z tym sportem, zdaje sobie sprawę jak wiele frustracji go czeka w drodze po kolejne sukcesy.

Wiele osób swoje pierwsze wiadomości dotyczące CrossFitu czerpie przede wszystkim internetu. Jako, że żyjemy w czasach kultury obrazkowej, to większość osób szuka w pierwszej chwili bardziej materiałów wideo, niż na przykład specjalistycznych tekstów o tej tematyce. Jak później pokazuje życie, ma to zdecydowanie swoje zarówno dobre, jak i złe strony. Dobre to oczywiście te, że jeśli po naoglądaniu się na YouTube panów pokroju Froninga, Khalipy i innych tego pokroju, nadal ma się ochotę spróbować swoich sił, to już to można uznać za mały prywatny sukces. Jednak zderzenie z rzeczywistością bywa czasem bardziej bolesne niż ktokolwiek wcześniej przypuszcza. Głównie dlatego, że to co wcześniej oglądaliśmy w internecie, wcale tak proste do zrobienia samodzielnie już nie jest. I tu zaczynają się prawdziwe schody i sprawdzian charakteru.

Różni ludzie mają różne motywacje zaczynając swoją przygodę ze sportem, który od jakiegoś czasu stał się dla mnie bardzo bliski i ważny. Mnie w CrossFicie urzekło kilka rzeczy ale, przede wszystkim jedna z nich sprawia, że każdego kolejnego dnia wracam na ciężkie treningi. Tym faktem jest zdecydowanie brak nudy. Brak nudy w takim rozumieniu, że w praktyce CrossFit nie posiada żadnych granic. Nigdy człowiek nie jest w stanie powiedzieć o sobie, że umie już wszystko, jest najlepszy i praktycznie nic więcej nie może osiągnąć. Jedna z podstawowych zasad jaka rządzi CrossFitem, to „oczekuj nieoczekiwanego” i niejako przymus wychodzenia z tak zwanej swojej „strefy komfortu”, a tym samym kolejne przesuwanie granic swoim możliwości. Nigdy też nie wiemy gdzie tak naprawdę ta nasza końcowa granica jest. Bo gdy za każdym razem wydaje nam się, że nie jesteśmy już zrobić czegoś szybciej, podnieść więcej czy powtórzyć dokładniej, to za jakiś czas okazuje się to całkowitą nieprawdą.

Te chwile wiążą się jednak z wieloma przykrymi i bardzo czasami niekomfortowymi dla nas sytuacjami. Szczególnie w chwilach kiedy bardzo chcemy, a coś nam ewidentnie nie wychodzi i nasze ciało odmawia nam posłuszeństwa. Potrafią się wtedy pojawić prawdziwe negatywne emocje. Wściekłość, bezsilność, zażenowanie, frustracja – to tylko niektóre z tych, które ja sam przerabiałem już nie raz i nie dwa. Z jednej strony, to moim zdaniem bardzo dobry objaw, który potwierdza to, że czegoś naprawdę się bardzo mocno chce. Z drugiej jednak, potrafi on czasem mocno spowolnić proces nauki. W takich chwilach, ja sam staram się sobie przypominać gdzie byłem jeszcze jakiś czas temu. I nie mówię tu nawet o czasach prehistorycznych, kiedy ważyłem ponad 200 kilogramów i o prawdziwym uprawianiu sportu mogłem sobie tylko pomarzyć. Bardziej mam tu na myśli okres z przed 2-3 lat, kiedy moja waga była już w miarę znośna, choć nie idealna, ale ciało i jego funkcjonalność była praktycznie na poziomie zerowym. To właśnie wtedy trafiłem pod odpowiednią opiekę odpowiedniego człowieka czyli Arka Kartaszowa. Wspominałem go na łamach tego bloga już nie raz i pewnie zrobię to w przyszłości jeszcze wiele razy. Jednak uważam, że mam wobec niego prawdziwy dług wdzięczności za to, że wyprowadził mnie na ludzi, poprzez odpowiednie poprowadzenie mnie na siłowni, a w późniejszym czasie zarażenie mnie wirusem CrossFitu.

To właśnie tak zaczynałem swoje zmagania z tym, żeby nie przygniótł mnie sam gryf od sztangi, czy też żebym potrafił poprawnie wykonać przysiad. Nauka tego nie była prosta, ponieważ wiem, że zmarnowałem pod tym względem wiele lat swego życia, i to właśnie w wieku 26 lat dopiero zacząłem funkcjonować tak jak trzeba. Teraz, gdy jednak moja sprawność nie jest już w tak opłakanym stanie, nadal miewam takie ataki frustracji. Są to chwile kiedy wykonuję jakieś ćwiczenie czy też tak zwanego skilla, po raz piąty, dziesiąty czy nawet setny, a to cholerstwo nadal nie funkcjonuje tak jak powinno w mojej opinii już dawno. Z czym więc aktualnie najbardziej się męczę? Bez wątpienia tym czymś jest double unders, czyli pisząc bardziej zrozumiale, takie skakanie na skakance aby podczas jednego podskoku skakanka przeleciała mi pod nogami nie raz, a dwa razy. Niby proste, prawda? A ja się z tym bujam już kolejny miesiąc i jakbym się zablokował. Ręce, nogi, a nawet głowa, były już nie raz porządnie obite przez śmigającą dookoła stalową żyłkę. Niestety kolejne uderzenia o ramiona czy nogi, nie sprawiają, że umiejętność ta nagle wchodzi do głowy i ciała bardziej. A szkoda. Zresztą takich nieogarniętych ćwiczeń mam jeszcze kilka, i pomimo mojej usilnej walki nadal mam pewne granice, najpewniej w głowie, które muszę kiedyś zburzyć aby to ogarnąć.

Na szczęście jednak są takie dni, kiedy miejsce frustracji czy złości zajmuje coś znacznie bardziej przyjemnego. Głównie ze względu na to, że jest to praktycznie w całości wypracowane. Tym czymś jest po prostu satysfakcja. Satysfakcja, która przychodzi zaraz po tym gdy coś czego nie potrafiliśmy zrobić nigdy, nagle się nam po prostu udaje! I nie ważne wtedy jest to, że wiele osób wokół nas już to dawno potrafi i od dawna robi ze znacznie mniejszym wysiłkiem. Ważniejszy jest fakt, że to my pokonaliśmy własne słabości i własne granice po raz kolejny. Dla kogoś kto tego nigdy nie przeżył, lub też dla kogoś, kto nigdy w życiu o nic nie walczył, może być to ciężkie do zrozumienia. Bo ciężko jest opisać chwilę, kiedy pierwszy raz o własnych siłach podciągamy się na kawałku żelaza zwanym drążkiem. Ciężko oddać tę radość, kiedy po wielu miesiącach pracy, nagle jesteśmy w stanie podnieść tak wysoko nogi, że wykonujemy tak zwane T2B (toes to bar). Nie do opisania jest też świat do góry nogami, kiedy stajemy na rękach. Czasem tylko osoby stojące z boku są w stanie docenić ten trud jednym zaskakującym SMS-em.

SMS

A to wszystko chcąc nie chcąc w bardzo prostej linii przekłada się na resztę naszego życia. Bo gdy uświadomimy sobie, że jesteśmy wygrać wewnętrzną walkę z samym sobą i swoim ciałem, to problemy dnia codziennego już nie wydają się takie straszne. Nawet jeśli czasami napotykamy na swej drodze sytuacje trudne, to staramy się je na tyle ile w danej chwili możemy, rozwiązać po naszej myśli. Bo nie chodzi przecież o to, żeby zawsze było kolorowo, tylko o to, żeby starać się na tyle ile możemy i patrzeć jakie tego będą efekty. A te potrafią być czasem bardzo zaskakujące, zapewniam.