fbpx
Foto & VideoO wszystkim

Awansów nigdy za wiele

dodany przezKamil Timoszuk 10 kwietnia 2015 0 Komentarzy

Sporty zespołowe mają to do siebie, że rywalizacja w nich w większości przypadków polega głównie na zmaganiach ligowych. Największą nagrodą poza wywalczeniem mistrza kraju w danej dyscyplinie, jest oczywiście awans z niższej do wyższej ligi. I właśnie o taki sukces zawalczą w najbliższy weekend koszykarze Żubrów Białystok.

Historia koszykówki na Podlasiu sięga kilkadziesiąt lat wstecz od chwili obecnej. Przez ten cały czas przez nasz region przewijały się różne zespoły tworzone przez bardzo różnych ludzi. Pomimo braku spektakularnych sukcesów tej dyscyplinie, przez ten cały czas, koszykówka zaskarbiła sobie sporo sympatii wielu ludzi. Jedną z takich osób jestem ja sam, gdzie jako małolat w latach 90-tych, miałem to szczęście, że trafiłem akurat jako swój kibicowsko-koszykarski debiut, na jedyny mecz kadry Polski, jaki był rozegrany w nieistniejącej juz hali Włókniarza. Jednak bez wątpienia było to mecz wyjątkowy. Mecz w którym niedoceniana kadra Polski, w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy, pokonała utytułowanych sąsiadów zza litewskiej granicy.

Ten mecz wywarł na mnie na tyle duże wrażenie, że to co się stało później, to niemal iście książkowy przykład przesiąknięcia jakimś zjawiskiem. W tym przypadku koszykówką. Patrząc na to jednak z perspektywy czasu wiem, że to było dla mnie prawdziwe wybawienie. Zresztą odnalezienie prawdziwej pasji w swoim życiu, to dla każdego człowieka dar, którego nie warto marnować. Ja dzięki niemu przeżyłem wiele wspaniałych lat, będąc związany z koszykówką na różne sposoby. Między innymi właśnie dzięki koszykówce piszę teraz tego bloga, bo to właśnie teksty stricte koszykarskie, były pierwszymi jakie popełniałem publicznie w internecie, niejako też ucząc się go. Dzięki też koszykówce poznałem wielu kapitalnych ludzi i przeżyłem chwile, jakie na zawsze zapadną mi w pamięć. Wśród tych chwil znajdują się też awanse podlaskich zespołów do wyższych lig.

Po tym jak z koszykarskiej mapy Polski, z powodów finansowych zniknął taki zespół jak Dojlidy Białystok / Rodex Białystok / Mirpol Białystok / Płyty Grajewo (ach ten urok zmieniania nazwy pod wpływem kolejnych sponsorów…), przez wiele lat na Podlasiu panowało prawdziwe bezkrólewie. Ciągle wierna grupa fanów czekała aż ktoś zdecyduje się zawalczyć i odbudować to, co tak lekką ręką ktoś rozwalił. Tą osobą okazał się wtedy Pan Jacek Zaniewski, który postanowił stworzyć coś, co wiele osób od początku przyjęło z wcześniej mało spotykanym entuzjazmem. Żubry Białystok, bo tak brzmiała oficjalna nazwa nowego wówczas klubu, miał być nowa jakością i kontynuacją fajnej historii. Wiele osób poczuło, że tak może rzeczywiście być, i projekt z dnia na dzień zaczął przybierać konkretnych kształtów. Plusem tego pomysłu było to, że oczekiwania od tej stworzonej w iście wariackim stylu drużyny były już w pierwszym sezonie bardzo proste – awans z 3 do 2 ligi. Jednak jak zawsze łatwiej jest powiedzieć niż zrobić. O ile sezon regularny na Podlasiu przebiegł dla tego zespołu bezproblemowo (mecze wygrywane różnicą 100 punktów), o tyle wiadomo było, że zespoły z innych części kraju już nie będą takie łaskawe. Regulamin ligi przewidywał, że o awansie do 2 ligi będą decydować teoretycznie najpierw turnieje półfinałowe, a następnie finałowe. Praktycznie wyglądało to jednak tak, że do turniejów finałowych zespołom były zaliczane także mecze z półfinałów. Tak więc jeśli jakiś zespół dobrze zagrał z półfinale, to sam finał był niemal formalnością. Jednak te półfinałowe mecze trzeba było jeszcze wygrać.

I tak się złożyło, że Żubry Białystok swój turniej rozgrywały w Gniewkowie czyli miejscowości leżącej pod Toruniem. Tamtejszy Harmattan Gniewkowo był najgroźniejszym rywalem Białostoczan w walce o awans. Tak się też złożyło, że to właśnie te dwie ekipy spotkały się już pierwszego dnia turnieju. Pamiętam to bardzo dobrze, ponieważ ledwo co zdążyliśmy ze znajomymi dotrzeć na miejsce spotkania. Warto było jednak przejechać tyle kilometrów, aby zobaczyć tak wielkie widowisko. Początkowo to gospodarze prowadzili różnicą kilkunastu punktów, ale z biegiem czasu sytuacja się odwracała. W głównej mierze za sprawą Marcina Monacha, który tego wieczoru zagrał niemal mecz życia. Jego ponad 30 punktów oraz kilkanaście zbiórek, jest tego najlepszym dowodem. Pamiętam też idealnie miny miejscowych kibiców, którzy najpierw byli bardzo dokuczliwi, żeby nie powiedzieć chamscy. Po meczu jednak większość z nich jednak opuszczała halę w nie najlepszych humorach, a paru kibiców podchodziło nam gratulować wyniku. Na mnie, ówczesnym gówniarzu, który jeszcze niewiele rzeczy w życiu widział, zrobiło to duże wrażenie. Pozostałe dwa mecze nie miały już takiej dramaturgii i Żubry w Gniewkowie zapewniły sobie praktycznie awans.

Po takim sukcesie zaczęto też przebąkiwać, że kolejny sezon, tym razem na drugoligowych parkietach, ma być tylko okresem przejściowym w drodze do pierwszej ligi. Jednak życie spłatało figla i wydłużyło ten okres do lat trzech. Przez zespół przewinęło się sporo graczy, zmienił się trener, a przez to też zmienił się sposób patrzenia na wiele spraw. Przez dwa „nadęte” sezony, kiedy nie udało się Żubrom awansować pomimo dużych aspiracji, pozwoliły nabrać przede wszystkim pokory. A najlepiej tej cechy uczą takie mecze.

I w tym momencie, kiedy zespół objął niedoświadczony Marek Kubiak, zdarzyła się rzecz niesłychana. Zespół, który nie ma co ukrywać, że w dużej mierze został zbudowany „po kosztach”, zaczął przodować w ligowej stawce. Robił to na tyle skutecznie przez cały sezon, że o awansie do pierwszej ligi decydował dokładnie jeden mecz. Spotkanie tym razem w Warszawie, gdzie grała właśnie ówczesna Polonia 2011 Warszawa należał do typowych sportowych horrorów. Dla mnie jako ówczesnego kibica, ten mecz smakował jeszcze bardziej, ponieważ dzięki uprzejmości klubu oraz samych graczy, część fanów miała okazję pojechać na to spotkanie autobusem razem z zawodnikami. Tak więc też i w dużej mierze dzięki temu owe popołudnie oraz wieczór, śmiało można nazwać epickimi. Nie byłoby tak jednak, gdyby nie fakt genialnej końcówki meczu oraz ponownego przebudzenia się w najważniejszym momencie Marcina Monacha. To w dużej mierze on sprawił, że dzień po spotkaniu różne gazety mogły dać takie tytuły.

Żubry Bialystok awans 1

Żubry Bialystok awans 2

Żubry Bialystok awans 3
Po kliknięciu na materiały ukażą się one w dużej rozdzielczości umożliwiającej czytanie

To co się działo podczas powrotu z tego meczu, także przeszło do mniej oficjalnej, ale jednak niezwykle zacnej historii 😉

Niestety, Żubry Białystok po tym jak kilka sezonów później spadły z rozgrywek pierwszej ligi, zniknęły też automatycznie z centralnego systemu rozgrywek. Dla wielu osób szansą na pojawienie się kolejnego spadkobiercy koszykarskiej historii Podlasia miał być Biatrans Białystok. Drużyna, która niestety tak jak szybko się pojawiła znikąd, tak samo szybko znikła. Zanim jednak słuch po niej zaginął, to udało jej się wywalczyć iście ekspresowy awans już w pierwszym roku istnienia. Stało się to w największym stopniu dzięki udanemu turniejowi półfinałowemu w Inowrocławiu, gdzie także mnie nie zabrakło. To właśnie wtedy miałem okazję „nadawać” relacje live na moim ówczesnym blogu o nazwie Subiektywny Sport. To tam ludzie zaglądali, aby poczytać jak Biatrans sobie radzi w meczach z ekipami UKS Kielno, GKS Tarnovia Tarnowo Podgórne oraz Domino Inowrocław. Trzy łatwe zwycięstwa były niemal tylko epizodem podczas tego fajnego weekendu. Cieszę się jednak, że mogłem je zobaczyć na własne oczy.

Biatrans Białystok

A już dziś startuje kolejny turniej półfinałowy, gdzie odrodzony po kilku latach zespół Żubrów Białystok, ponownie staje przed szansą powrotu do drugiej ligi. Aby jednak to zrobić musi zagrać trzy dobre mecze przeciwko KK Oleśnica, KS Niwa Oświęcim oraz MKK Gniezno. Nazwy tych trzech drużyn niewiele mówią nawet najbardziej zagorzałym fanatykom basketu w tym kraju, którzy ostatnio mam wrażenie, że padają jak dinozaury swego czasu. Nie oznacza to jednak, że można podejść ze spokojem do tych rywali. Mocna koncentracja oraz wiara we własne siły, to znacznie lepsza taktyka przed weekendowym turniejem. Tego jednak nie powinno zabraknąć z racji tego, że obecne Żubry to mieszanka młodości z rutyną czyli Tomasza Kujawy (oficjalnie skończona kariera dawno temu 😉 ), Krzysztofa Kalinowskiego, Arka Zabielskiego czy też Marcina Monacha (tak tak, on jeszcze żyje i gra 🙂 ). Wszystkim zaś dowodzi młody-gniewny trener Jakub Jakubiec. Czy taka mieszanka da dobry efekt? To będzie można zobaczyć osobiście podczas meczów rozgrywanych w Białymstoku, których dokładną rozpiskę znajdziecie TUTAJ. Ja natomiast, pomimo tego, że zarówno do Żubrów Białystok jak i też całej koszykówki mam już trochę inne podejście, to nie obrażę się specjalnie na to, jeśli dane mi będzie zobaczyć na własne oczy kolejny duży krok, ku kolejnemu awansowi.