Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
O wszystkim

7 Dni intensywności

dodany przezKamil Timoszuk 14 lipca 2013 0 Komentarzy

Tytułowa intensywność to słowo które najlepiej opisuje na szczęście kończący się tydzień. Piszę na szczęście ale jestem daleki od narzekania na to co działo się przez ostatnie 7 dni. Po takim też maratonie w końcu chyba rozumiem już na sto procent oraz szczerze doceniam możliwość uspokojenia się i przede wszystkim regeneracji.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że w ostatnim tygodniu nawarstwiło się wiele różnych okazji i sposobności aby dać sobie w kość. I nawet dla mnie czyli dla osoby, która żyje wydaje mi się, że chyba całkiem aktywnie dziś czuję, że było to już na prawdę sporo. Szczególnie męczące było wstawanie od dwóch tygodni o 5 nad ranem do dorywczej ale na szczęście nieźle płatnej pracy. Miało to jednak swoje plusy ponieważ po owym wyjściu z łóżka i szybkim ogarnięciu się trzeba było jeszcze przejechać niemal całe miasto w szerz aby o 6 być już na miejscu. Tak więc tym oto sposobem miałem okazje poznać uroki Białegostoku o tej właśnie porze. A tych niewątpliwie jest parę, na czele z jeszcze niezbyt gorącym letnim powietrzem oraz w dużym stopniu wyludnionym miastem, co daje możliwość znacznie szybszego przemieszczania się niż normalnie. Inaczej mówiąc o 5 nad ranem coś takiego jak sygnalizacja świetlna na drodze czy przejściach dla pieszych nie zawsze istnieje 😉 Wiem, że mało to edukacyjne ale takie są fakty. Zresztą zachęcam do spróbowania kiedyś przejażdżki o tej porze a sami zobaczycie, że nie ma nic bardziej irytującego jak stanie na ulicy na czerwonym świetle kiedy w promieniu kilometra wokół ciebie nie ma żywej duszy 🙂

Poza porannym wstawaniem w kość dały też treningi, które były jakby bardziej wyczerpujące niż dotychczas. Myślałem też, że może to tylko ja tak je odczułem ale na ostatnim w tygodniu sobotnim zespołowym treningu okazało się, że nie. Czyli OK, skoro innych też boli to mnie boli jakby trochę mniej 😉 Wszystko to za sprawą sporej ilości przerzuconych ciężarów. I nawet tu nie chodzi o ich wagę bo póki co nie łapię się za nie wiadomo jakie obciążenia ale bardziej o ilość powtórzeń. Wszystko to przede wszystkim ma być powolnym ale sukcesywnym opanowywaniem techniki, która jest PODSTAWĄ. W kość dały też squaty czy ulubione już przez chyba niemal wszystkich burpees. Odnośnie tych drugich chciałem coś dziś pokazać w formie filmowej ale niestety. Film jaki wczoraj chcieliśmy nagrać podczas treningu zespołowego z powodu złego ustawienia telefonu nie wyszedł najlepiej i dlatego trzeba będzie poczekać do kolejnej okazji abyście mogli zobaczyć jak się inni męczą. Dziś mogę powiedzieć tylko tyle, że podstawowym zestawem jakie trzeba będzie chyba teraz zabierać na trening to woda, skakanka i szmata do podłogi do wycierania potu 😉

Dzięki też temu treningowi w parku o jakim mogliście przeczytać we wcześniejszej notce nauczyłem się, że trening wieczorową porą nie służy dobrze na sen. Rozkręcony organizm z jednej strony głośno domaga się odpoczynku ale z drugiej strony nie chce zasypiać. I tak też było właśnie w nocy z czwartku na piątek kiedy położenie się chwilę po 23 do łóżka zaowocowało zaśnięciem dopiero parę chwil po 2 w nocy. Kiedy miałem w perspektywie pobudkę o 5 rano nie było to najszczęśliwsze połączenie. Zresztą wiem już też, że średnim pomysłem jest robienie dwóch ciężkich treningów jednego dnia tak jak to miało miejsce w czwartek. A już na pewno nie w tak krótkim odstępie czasowym, który wyniósł jakieś 4-5 godzin. Nauczka na przyszłość, żeby się w dłuższym okresie czasu po prostu nie zajechać.

Poza tym ostatnie dni to tez sporo planowania i kombinowania, głównie logistycznego. Głównie wszystko rozbija się o wyjazd nad morze rowerem o którym już wspominałem. Pierwotnie miał być to wyjazd rowerowy w dwie strony. jednak rozbijając to na części pierwsze gdy okazało się, że potrzebowałbym na to niecałe dwa tygodnie to muszę to chyba zweryfikować i w drodze powrotnej skorzystać z usług lubianego przeze mnie (serio!) PKP. Wszystko po to aby zamknąć się z wyprawą i chwilowym pobytem w Trójmieście w 7 dniach. Jednak taki wyjazd to nie tylko planowanie ale także i zakupy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wystarczy rower i tyle. Jak się jednak temu przyjrzeć bliżej to dochodzi do tego jeszcze masa innych drobiazgów jak na przykład zapasowe dętki do przebijania których mam tendencję (w sobotę przebiłem 4 w sezonie! ). Do tego jeszcze sakwy rowerowe na najpotrzebniejsze rzeczy, uchwyt do kamerki Go Pro, którą chciałbym uwiecznić ten wyjazd (poleci może ktoś jakiś? Tak samo jak i statyw do telefonu SGS3) oraz parę innych drobiazgów, które ze sobą lepiej mieć niż nie na takiej „przejażdżce”.

Jednak tak już tytułem zakończenia muszę po raz kolejny napisać o tym jak bardzo się cieszę z tego jacy ludzie mnie teraz otaczają. Część z nich jest stosunkowo nowych, część zostało z „poprzedniej epoki” ale tak się jakoś fajnie składa, że to wszystko ze sobą po prostu współgra. Kupą uśmiechniętych od ucha do ucha gęb dookoła mnie daje radę. Dobrym przykładem było wczorajsze wyjście na miasto, gdzie solidną ekipą podbijaliśmy Białystok. Ja po kilku miesiącach przerwy piłem alkohol co też było pewną odmianą. Uprzedzając jednak wszelkie pytania i domysły odnośnie tego jak ten fakt ma się do mojego zdrowego trybu życia i tego czy aby go nie zaprzestanę go mogę odpowiedzieć tylko jedno. Mianowicie to, że fajnie jest od czasu do czasu pobawić się i w ten sposób. Jednak kiedy człowiek wraca z sobotniej imprezy późnym niedzielnym popołudniem do domu i wie, że było zajebiście ale po prostu już wystarczy to nie mam żadnych obaw o stan mojej silnej woli czy czyhających na mnie pokus. Jutro jak gdyby nigdy nic znowu będzie dzień, obowiązki, praca, ciężki trening i staranie się o fajniejszą pod każdym względem wersję siebie.