Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/u192686/domains/kamiltimoszuk.pl/public_html/wp-includes/post-template.php on line 284
CrossFitO wszystkim

660 powodów samozadowolenia

dodany przezKamil Timoszuk 14 września 2013 2 komentarze

Kiedy człowiek trenuje codziennie miewa takie momenty kiedy jedne zajęcia zaczynają zlewać się z innymi. Ciężko jest wtedy rozróżnić kiedy co się robiło. Zdarzają się jednak takie dni, że trening jest na swój sposób wyjątkowy. Tak się złożyło, że właśnie dziś miałem przyjemność coś takiego odbyć.

Teraz czyli trochę ponad 2 godziny po wszystkim jestem w stanie już o tym pisać jak o przyjemności. W trakcie robienia go to jednak nie była tylko czysta przyjemność. Ciężko jednak o czymś takim mówić w chwili kiedy nogi od kilku dni walczą z zakwasami, ręce po niektórych ćwiczeniach po prostu puchną, a w międzyczasie każde z ćwiczeń uniemożliwia lejący się do oczu pot. Ale nauczyłem się już dawno lubić takie sytuacje i klimaty. Te chwile kiedy zderzasz się ze ścianą zmęczenia, bólu i własnych słabości. Wtedy jednak zaczyna się zabawa ponieważ tę rzeczoną ścianę trzeba przebić. Na pełnej mocy! Tak aby zrobić kolejny być może niewielki ale jednak krok do przodu. Można przy tym krzyczeć, kląć, czy robić parę innych rzeczy, które docelowo mogą nam pomóc w przełamaniu kolejnej z barier.

Dziś okazja do przełamywania siebie była naprawdę godna. Wszystko za sprawą WODa zwanego „The Don” wymyślonego z okazji rocznicy ataku na World Trade Center. A wygląda on dokładnie tak.

Trening 66

10 ćwiczeń po 66 powtórzeń każde. Daje to łącznie 660 powodów do tego aby być z siebie dumnym, zadowolonym, wściekłym, wykończonym czy zajechanym . Jak dla mnie bomba! Podoba mi się taki zestaw uczuć w jednej chwili 😉

Na potrzeby ekipy CrossFit Atleta Team kilka z podanych ćwiczeń było wyskalowanych pod umiejętności i możliwości poszczególnych członków ekipy w tym także i mnie. Bo przecież nie o to chodzi, żeby bezmyślnie kopiować tego typu treningi nie patrząc na to kto jest na jakim poziomie. Nie tędy droga. Kiedy nadeszła godzina zero wszyscy wystartowali dość ochoczo. Nikt nie przewidywał jak będzie to wyglądało dalej z każdym kolejnym powtórzeniem.

Martwy ciąg o wadze 50 kilogramów wszedł mi całkiem dobrze bo zaliczyłem tylko jedno zatrzymanie. Wiem jednak, że przy niektórych powtórzeniach łamałem technikę i to na pewno w dalszym okresie musi ulec zmianie. Pewne rzeczy muszą mi wejść w krew aby robić je dobrze pod każdym względem niemal automatycznie. Później nastał czas wskoków na skrzynię 50cm. Ćwiczenie, którego bałem się chyba najbardziej z racji zakwaszonych nóg. Potrzebne było spore skupienie aby przez chwilę nieuwagi nie wyrżnąć kolanami o skrzynię. Skacząc jednak na przemian z Justyną nie spodziewałem się, że wykona ona sabotaż i będzie chciała się ze mną zderzyć podczas jednego równoczesnego wskoku 😉 Na szczęście do tego nie doszło i wszyscy są cali i zdrowi.

66 wymachów kettlem minęło nadspodziewanie szybko. Nawet nie wiem co mógłbym o tym teraz napisać bo po prostu nie pamiętam ,a to chyba całkiem dobry objaw 🙂 Podciąganie kolan do łokci można było zastąpić podciąganiem kolan w pozycji siedzącej z czego ja i parę innych osób skorzystaliśmy mając na uwadze co jeszcze na nasz czeka w dalszej części. Tutaj wyszło po raz kolejny, że nie warto zamykać oczu podczas robienia ćwiczeń. Kiedy człowiek to robi to tuz po otwarciu ślepi jest duża szansa na to, że pojawią się gwiazdy przed oczami. Patrz mój dzisiejszy przykład 🙂 Brzuszki jak to brzuszki – weszły jak w masło. No może prawie.

Podciąganie na drążku także można było wymienić na podciąganie z pomocą gumy lub lin TRX. Ja wziąłem „bramkę numer 3”. Wystarczyło do tego, żeby pojawił się ból. Ten jednak jak wiadomo w dużej mierze jest często tylko w naszej głowie, a więc można go w sobie stłamsić. Musiałem to zrobić bo przede mną była jak się później okazało największa przeszkoda tego treningu – Thrustersy! Nie jest to moje ulubione ćwiczenie ale nie ma że boli, zasuwać trzeba! Biorąc pod uwagę dające się we znaki zmęczenie zmuszony byłem rozłożyć to na 6 lub 7 oddzielnych podejść aby zmęczyć te 66 sztuk powtórzeń. W trudzie i znoju ale się udało. No i technika w tym przypadku także jest jeszcze do opracowania bo były czasami spore przeskoki między dobrymi lub bardzo dobrymi powtórzeniami, a takimi, które nie powinny mieć miejsca. Tu jednak dużą role zaczynało już odgrywać zmęczenie i goniący jak szalony czas.

Ostatnia trójka ćwiczeń po wcześniejszych siedmiu była prawie jak nagroda. Wall ball czyli fruwająca nad głową piłka lekarska, żeby nie wyślizgiwała się z mokrych od potu rąk mogła być zmęczona w krótszym czasie. Przed moim wyjazdem na Słowenię zarówno ja jak i większość CrossFit Atleta Team katowała w największym stopniu burpeesy na czas. Przy wcześniejszych 100 powtórzeniach dzisiejsza 66 była do przełknięcia już znacznie łatwiej. Choć oczywiście nie bez bólu. Ale jak boli to znaczy, że się jeszcze żyje 😉 Skakanka na koniec to była już naprawdę niemal rozgrzewka. Choć ręce momentami już odmawiały współpracy z resztą ciała, z głową na czele. Poza tym muszę w końcu ogarnąć podwójne skoki bo zbyt wiele czasu tracę skacząc te pojedyncze.

I tak oto udało się dobrnąć do szczęśliwego finału. Moment kiedy leży się na podłodze, nie da się rady podnieść i jedyną myślą jest ustabilizowanie oddechu to są naprawdę piękne chwile. Ta świadomość, że dało się radę, nie odpuściło, dobrnęło do szczęśliwego końca – bezcenne. Mnie osobiście też takie momenty nakręcają przez to, że raz za razem pokazują i uświadamiają, że daję radę. Jestem w stanie wykonywać coraz to nowe rzeczy, bardziej skomplikowane czy po prostu znacznie cięższe. Poprzeczka podnosi się za każdym razem. O dziwo jednak ten trening nie był moim najcięższym treningiem jaki jestem w stanie sobie przypomnieć. To zaszczytne miejsce w dalszym ciągu zajmuje ten oto WOD, który już przerabialiśmy, a ja o nim wspominałem. Dzisiejszy jednak spokojnie może trafić do mojego prywatnego rankingu TOP5, a może nawet TOP3.