fbpx
Foto & VideoO wszystkim

Zielonogórski weekendowy Runmageddon

dodany przezKamil Timoszuk 10 sierpnia 2015 0 Komentarzy

Kiedy planowałem swój wyjazd do Zielonej Góry w miniony weekend, nie sądziłem jeszcze wtedy, że piszę się na mały maraton, lub też jak kto woli Runmageddon. Wszystko to za sprawą pewnej dziewczyny, która nie lubi jak jest normalnie, co potwierdziło się w niemal 100 procentach. Plusem jest to, że wszystkimi napotkanymi sytuacjami byłem zaskoczony nie tylko ja.

Aleksandra Szpak, którą wiele ludzi zna jako blogerkę o pseudonimie I am Crossfitter, to osoba dosyć nietuzinkowa. Dzięki temu o czym pisze i jak pisze, ma w swoim otoczeniu zarówno paru wrogów jak i też te osoby, którą życzą jej jak najlepiej. Taki już urok tego, że czasami niektórzy z nas lubią dzielić się publicznie tym co mają w głowie na różne tematy. Jednak gdyby nie to, to być może nigdy nie nastąpiła by żadna sposobność, aby poznać się osobiście. A jako, że obydwoje w jakimś stopniu już jakiś czas temu polubiliśmy to samo czyli CrossFit, mogło dojść zarówno do spotkania jak i całego ciekawego weekendu w Zielonej Górze i okolicach.

Jednak wyprawa z Białegostoku do Zielonej Góry to nie jest taka prosta sprawa. Tych kilkaset kilometrów dzielące oba te miasta, potrafi być przeszkodą, która by zniechęciła wiele osób do przebycia tej drogi. Ale nie mnie i nie tym razem! Planując swój pomysł Box Trip 2015 wiedziałem, że wcześniej czy później, ale takie trasy będę musiał zaliczyć. Tu na szczęście przydało się moje doświadczenie z moich koszykarskich podróży po kraju przez wiele poprzednich lat, kiedy to przy pomocy wszelkich możliwych środków transportu, zjeździłem nasz kraj wzdłuż i wszerz. Kiedy decydowałem się na to, że do Zielonej Góry pojadę autobusem, to było już pewne, że będę przez to musiał dołożyć jeszcze trochę dodatkowych kilometrów gratis. Dlaczego? No bo z Podlasia do Lubuskiego raczej nie jedzie się standardowo przez Warszawę, Łódź oraz Poznań. Nic więc dziwnego, że w jedną stronę zbiera się tym samym ponad 700 kilometrów. Na szczęście ten fakt rekompensuję widoki za oknem oraz fakt, że trasa odbywa się w nocy, a więc ten okres dnia, kiedy czas w podróży powinien mijać sprawniej.

Po przyjeździe na miejsce, pierwszym przyjemnym, a zarazem niezwykle istotnym z mojego prywatnego punktu widzenia akcentem było to, że Ola od pierwszej chwili, pierwszego wymienionego zdania, była dokładnie tą samą I am Crossfitter lady z bloga. Zapytacie pewnie – Co w tym dziwnego? Otóż dziwnego może nic, ale w obecnych czasach, które dają nieograniczone wręcz możliwości do kreacji swojego wizerunku w internecie, ludzi którzy cierpią na „podwójną osobowość” w internecie i realnym życiu nie brakuje. Oli to jednak nie dotyczy na bank. Zaraz po przyjeździe do jej domu, który leży niemal na końcu świata, potwierdziła się kolejna rzecz – Ona na prawdę potrafi zajebiście gotować! 🙂 I nie warunkowałbym tej opinii tym, że byłem w tamtym czasie zmęczony 13-godzinną podróżą, czy też tym, że po prostu ktoś mi podsunął jakąkolwiek paszę, której nie musiałem robić samodzielnie pod moją paszczę. Niby proste naleśniki czy też kanapki z kurczakiem, a nawet nie wiecie ile potrafią dać człowiekowi radości 😉

Zielona Góra 2

Jednak innym chodzącym szczęściem na czterech łapach okazała się też Fran, czyli druga z kobiet rządzących w domu. Pies, którego za sprawą Facebooka czy też bloga gospodyni, znają już tysiące ludzi w Polsce i poznają jeszcze pewnie kolejni. Zwierzak, którego nie da się po prostu nie lubić! I pisze to ktoś, na kogo 99% psów szczeka na dzień dobry z bliżej nieznanego mi powodu. Ale nie Fran, ta od samego początku sprawia nieodparte wrażenie jednej wielkiej przylepy, która przymila się do człowieka niemal bezwarunkowo, sprawiając to, że nie da się jej praktycznie nie lubić. Nawet w momentach kiedy oddaje jej się ostatnie kęsy własnego jedzenia, czy też w chwilach kiedy jest się wyganianym przez nią z łóżka 🙂 No ale cóż, takie już prawo gospodyni 😉

Zielona Góra 3

Na czułości jednak pierwszego dnia nie było zbyt wiele czasu, ponieważ mój napięty plan działań w Zielonej Górze zakładał fakt odwiedzenia już pierwszego dnia dwóch boxów w tym mieście. Mając doświadczenia z Warszawy i wizyt w dwóch Dock-ach tego samego dnia, nie byłem entuzjastą tego pomysłu. Tym bardziej nie będąc specjalnie wypoczętym. To wszystko jednak sprawił fakt, że żaden z boxów nie jest otwarty w niedzielę. Tak więc prosta logika dawała rezultat taki, że albo zjawiam się w dwóch boxach jednego dnia, albo minimum jeden box zostawiam sobie na jakiś późniejszy termin. Biorąc pod uwagę fakt, że Zielona Góra nie leży dla mnie specjalnie po drodze donikąd indziej, dlatego też skłaniałem się bardziej ku pierwszej opcji. Ola aby ułatwić mi tę wędrówkę, załatwiła mi najlepszy chyba możliwy środek transportu w postaci takiego oto wehikułu.

Zielona Góra 4

Była ona nawet przygotowana do tego stopnia, że gdy w pierwszym rowerze wystąpił problem z jednym z kół, za chwilę wymyśliła opcję zastępczą. Pełen szacun z mojej strony 🙂 Co więcej w tej samej też chwili powiedziała słowa, których teraz już wie, że mówić raczej nie powinna, a mianowicie to „że jej jeszcze nigdy nie pękła dętka”. Czy muszę pisać co stało się jakieś pół godziny później? Wystarczy tylko, że wspomnę o tym, że byłem naocznym świadkiem jej pierwszego razu 😉 Tak więc uważajcie ludzie o czym marzycie, bo czasami się to po prostu spełnia 🙂 Ja jednak muszę przyznać, że rower jakiego ja byłem użytkownikiem przez 3 dni zaskoczył mnie bardzo mocno i to o dziwo na plus. Typowo miejski rower po zielonogórskich ulciach zasuwał aż miło. Choć na początku było to dość różne doznanie od tego, jakie niemal każdego dnia doświadczam za sprawą swojego Scotta. Jednak aby dostać się z punktu A do punktu B, a nawet i C ta maszyna dawała radę!

O samych boxach w postaci CrossFit Zielona Góra, CrossFit 8K48 oraz CrossFit Senshi i wszystkich moich wrażeniach z nim związanych będę pisał w kolejnych dniach. Jednak już teraz napiszę, że Zielona Góra jak na razie w moich oczach wypada na miasto chyba najbardziej zróżnicowane pod wieloma względami, jeśli chodzi o crossfitowe tematy. Mam tu głównie na myśli sympatie i antypatie panujące w środowisku, a także widoczne gołym okiem nawet przy pierwszej wizycie różnice między boxami. To też bardzo dobitnie pokazuje, że CrossFit jako żywa tkanka potrafi żyć własnym życiem i ewoluować w bardzo różne strony. Sprawia to jednak, że w Zielonej nie jest nudno, a każdy chętny kto ma ochotę poćwiczyć, może wybrać sobie to miejsce, które będzie mu najbardziej odpowiadać. Ale o tym już w kolejnych dniach, jak tylko znajdę czas aby pozbierać wszystkie myśli i przetworzyć je na tekst.

Zielona Góra 5

Kilka chwil zawahania przeżyłem za to podczas powrotu do „bazy”, kiedy to musiałem w ekspresowym tempie poznawać topografię Zielonej Góry będąc instruowany o niej przez telefon. Sytuacji nie ułatwiał też fakt, że działo się to już po zmroku. A trzeba przyznać, że rowerzysta bez świateł w tym mieście nie jest specjalnie rozpieszczany, bo latarni w pewnych rejonach miasta nie uświadczysz zbyt wiele. Wtedy też pozostaje wybór pomiędzy błądzeniem po ciemku lub proszeniem i czekaniem na pomoc. Jak pokazuje mój przykład, ta druga opcja sprawdza się w 100 procentach, bo Olka wraz ze wsparciem ogarnęli temat w iście ekspresowym tempie i fachowo odeskortowali mnie w docelowe miejsce. Gdyby nie to, to być może już teraz tworzyłaby się tamtejsza miejska legenda o zbłąkanym rowerzyście, co straszy w zielonogórskich lasach 😀

Jedną też z najważniejszych rzeczy jaka niemal symbolizuje miniony weekend była czysta spontaniczność. Ta natomiast w sobotnie popołudnie zagnała nas w miejsce, którego w początkowych planach raczej nie było. Jako, że jednak pogoda była iście wakacyjna, to większość ludzi ciągnęła w miejsca, gdzie jest kawałek plaży oraz łączącej się z nią nierozerwalnie wody. Podobno tego typu przyjemności w okolicach Zielonej jest sporo, ale ja trafiłem do Niesulic. Miejsca o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, a teraz już wiem, że z kilku powodów zostanie mi ono na dłuższy czas w pamięci. Pomimo tego, że wypady nad jakąkolwiek wodę nie są moim pierwszym pomysłem jaki przychodzi mi do głowy, gdy mam trochę wolnego czasu, to w tym przypadku nie opierałem się zbytnio. W końcu w gościach byłem 😉 Poza tym moje ciało już od dłuższego czasu daje mi małe, ale dość sugestywne sygnały, że trzeba czasem po prostu posiedzieć na tyłku, a nie ciągle gdzieś ganiać. Tak więc wyjazd do owych Niesulic był typową sytuacją win-win.

Zielona Góra 6

Zielona Góra 7

Zielona Góra 8

Niestety pomysł wyjazdu nad wodę przyszedł chyba tego dnia każdemu, kto tylko był w bliższej lub dalszej okolicy. Przez co samo dostanie się w pobliże wody przypominało mały Spartan Race. Olka i jej ekipa mają chyba jednak jakieś specjalne umiejętności w tym temacie, bo nim się obejrzałem, zorganizowali się oni tak, że jak rasowe wieloryby leżeliśmy niemal z nogami w wodzie na pomoście. Moszna? Moszna! Gdy tak się stało, część zaczęła uskuteczniać skakanie do wody w stylu, który predysponowałby pewnie parę osób do startu w olimpiadzie lub przynajmniej paraolimpiadzie 😉 Fun z tego wszystkiego, którego rzecz jasna nie brakowało, był jednak rzeczą nadrzędną. Od pewnego momentu głównym tematem stało się zaś to, czy zbierające się zarówno w oddali, jak i także później nad nami chmury, pójdą czy nie pójdą bokiem. No i poszły, trochę. Do tego jednak czasu tak jak większość osób postanowiliśmy zmienić miejsce swego położenia, a przy okazji znaleźć miejsce na nocleg. Tutaj zaś już pierwszy strzał okazał się celny i po rozstawieniu namiotów można było oddać się dalszym przyjemnościom. Takim jak na przykład pokazywanie miejscowym ludziom, jakie paleo drinki robi się na Podlasiu.

Zielona Góra 9

Zew Natury to napój, który w różnych ludziach budzi różne emocje i reakcje. Jedną z nich był na przykład tak zwany szwędaczek czyli nagła i nieodparta chęć poznania na piechotę najbliższej okolicy. W efekcie takich wędrówek dotarliśmy na przykład na pomost, gdzie niektórym zachciało się kąpać po zmroku. Trafiliśmy też na na coś co sprawiło, że poczułem się niemal jak w domu. Bo jak mam się czuć, kiedy idę sobie brzegiem jeziora w dobrym nastroju, gadam albo z kimś albo do siebie, aż tu nagle do moich uszu docierają czyste, rasowe, tłuste, discopolowe bity? 😀 Po szybkim rekonesansie i zlokalizowaniu miejsca skąd one dochodzą, postanowiliśmy podbić położony nieopodal, na środku jednego z pól namiotowych densflor 😉 Legendy o tym pokazie tanecznym będą zaś opowiadane jeszcze przesz wiele kolejnych pokoleń 😉

Reszta nocy niech pozostanie już tylko legendą, którą streszczę może tak. Nie wiem czy to ja miałem takie szczęście niepojęte, ale przechadzając się już późną nocą stwierdzam, że Niesulice po 23 powinny zmieniać swoją nazwę na przynajmniej kilka godzin na Królikowo. Dlaczego? Bo jeśli mnie pamięć nie myli, to ja w tamte rejony naszego kraju przywiozłem w ramach prezentu tylko jedną butelkę Zewu Natury, którą nikogo nie częstowaliśmy. A takowe instynkty późną nocą uaktywniły się wielu parom. No ale cóż, taki urok wakacyjnych klimatów… 😉

Zielona Góra 10

Po przespaniu nocy w większości na pomoście (polecam!) nieubłagalnie przyszła niedziela czyli czas powrotu. Zanim jednak do niego doszło, można było się jeszcze powylegiwać do góry dupskiem nad wodą, a następnie myśleć o tym, jak tu wrócić do Zielonej Góry. Podstawowym pomysłem było to aby skorzystać z autobusu PKS. I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że owy transport w niedzielę nie kursuje. Dowiedzieliśmy się jednak o tym do życzliwych ludzi, którzy byli chyba już wystarczająco zażenowani tym, że nie umiemy odczytywać rozkładu jazdy, po tym jak spędziliśmy na przystanku dobrą godzinę 😉 Drugim pomysłem był powrót stopem. A jako, że była nas trójka w stosunku jednak kobieta dwóch panów, to wiadomym było, że na przynętę idzie płeć piękna. Jak genialnym posunięciem z naszej strony był ten manewr, przekonaliśmy się po jakichś 5 sekundach. Tyle właśnie zajęło złapanie stopa dla I am Crossfitter stopa! Kolejnym razem trzeba będzie jej dać time cap 3 sekundy i zobaczymy czy podoła 🙂 Faktem jest to, że pod granice Zielonej Góry odwiózł nas nie Polak, a życzliwy i uśmiechnięty Czech. Brawa dla tego pana! Później jeszcze pozostał kilkukilometrowy spacer i byliśmy w domu, a przynajmniej niektórzy.

Zielona Góra 11

Zanim jednak wyjechałem, nie odmówiłem sobie przyjemności pogadania, tak bardziej oficjalnie, z I am CrossFiter, czego efekty poznacie niebawem gdy spiszę ten wywiad. Gadało nam się tak dobrze, że o mały włos nie spóźniłbym się na autobus do Białegostoku. Jeszcze idąc na przystanek najpierw kończyliśmy nagrywanie, a następnie ja miałem okazję zrobić mini Murpha wykonując sprint do przystanku obładowany plecakiem i torbą podróżną.

Tak też zakończył się ostatnim spontanicznym akcentem ten trip. Trip bogaty w wiele rzeczy, sytuacji oraz przede wszystkim fajnych, pozytywnych ludzi. Bo jak widać mój plan na zwiedzanie boxów ma szanse nie raz i nie dwa przeistaczać się w coś znacznie większego. I nie będzie to dla nikogo wielkie zaskoczenie jeśli napiszę, że podziękowania za to należą się Oli, którą mogłem w końcu poznać osobiście. Dziewczynę która jak każdy ma wady i zalety, ale tego czego nie można jej odmówić na pewno to fakt, że w tym co robi i jak się zachowuje jest po prostu prawdziwa. A ja osobiście sobie to BARDZO cenię u innych ludzi. Jeśli zaś ktoś ma ochotę się o tym przekonać, to chyba ja jako pierwszy napiszę to, że ową osobę będzie można spotkać już niebawem w Białymstoku. Pomimo jej niechęci do uczestniczenia w jakiejkolwiek formie w zawodach crossfitowych, to zapowiedziała ona, że wpadnie na Dziki Wschód przy okazji Amarok East Side Challenge, który już niebawem! 🙂

Zielona Góra 12

Tak więc akumulatory zostały naładowane w Zielonej Górze, a dzięki temu na blogu już niebawem relacje z tamtejszych boxów oraz wywiady z Olą Szpak, a także Mateuszem Wasilewskim! Stay tuned 😉