CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Zielonogórska bitwa charytatywna

dodany przezKamil Timoszuk 2 października 2018 0 Komentarzy

Niewiele jest w tym kraju corssfitowych imprez na jakich mnie jeszcze nie było. Do ostatniego weekendu do tego skromnego grona należały też zawody Battle Of Europe. Jednak spędzony weekend w Zielonej Górze zmienił to skutecznie.

Charytatywna impreza Battle Of Europe, która ma na celu uzbieranie funduszy na Wojewódzkie Centrum Zdrowia Matki i Dziecka jest, a właściwie to była dla mnie jedną z najbardziej powiedzmy że kontrowersyjnych imprez crossfitowych w tym kraju. Dlaczego kontrowersyjnych? Ponieważ po ubiegłorocznej edycji, słyszałem o niej tak wiele skrajnych opinii, że nie było praktycznie sposobu aby mieć konkretny pogląd na tę imprezę bez wcześniejszego zobaczenia jej na własne oczy. Jedni mówili że było super i na pewno wrócą. Inni zaś wytykali błędy organizacyjne i nie tylko, po których człowiek się zastanawia czy dana osoba nie mówi przypadkiem o ostatnim w historii Rodeo 😉 Jedynym sposobem aby to wszystko zweryfikować było to, aby się tam po prostu samodzielnie wybrać.

Łatwiej jest jednak o tym powiedzieć, aniżeli to zrobić. Szczególnie dla kogoś kto mieszka na drugim końcu Polski i musi przebyć te ponad 500 kilometrów po Polskich drogach. Te jak się jednak okazało nie są takie złe, a w sumie to są nawet znakomite. Na szczęście z Białegostoku jechała też ekipa dwójki zawodników z którymi mogłem się zabrać aby zminimalizować tę męczarnię 😉 Jak się okazało w praktyce podróż zarówno w jedną jak i drugą stronę to była czysta przyjemność. Wystarczy chyba napisać o tym, że jedyny jednopasmowy odcinek drogi na trasie Białystok – Zielona Góra to ten na trasie ze stolicy Podlasia do Warszawy, który i tak jest już na ukończeniu remontu. W wyniku tego do Zielonej Góry dojechaliśmy w praktycznie 6 godzin, i to zatrzymując się jeszcze z 4-5 razy. Jedynym przykrym momentem było płacenie za autostradę, gdzie suma takich opłat w jedną stronę wyniosła 80 złotych. To chyba lekkie przegięcie. Z drugiej strony – kto by nie chciał zobaczyć Jezusa ze Świebodzina pomykając trasą? No kto? 😉

Piątek w Zielonej Górze to był dzień odbioru pakietów startowych przez zawodników. Była to też możliwość zobaczenia przez wielu po raz pierwszy kapitalnej hali jaka powstała kilka lat temu w Zielonej Górze. Dla mnie osobiście był to powrót do tego obiektu, ponieważ w latach kiedy to koszykówka była dla mnie sportem numer jeden, to zdarzyło mi się odwiedzić kompleks CRS parę razy. Sama hala i całe zaplecze jakie zostało udostępnione w ten weekend zawodnikom, było chyba znacznie lepszym pomysłem aniżeli ubiegłoroczny stadion żużlowy. Stadion był fajny jako ciekawostka, ale sądząc po tym co mówili sami startujący w obydwu eventach, powinien też zostać w kategorii ciekawostki. Nie zawsze bowiem zawodnicy mają do dyspozycji salę rozgrzewkową wielkości aren docelowych większości polskich crossfitowych imprez, szatnie z prysznicami, czy też tak zwany chill room gdzie można było spokojnie odpocząć czy zjeść.

Sama arena zmagań także wyglądała imponująco w kilkutysięcznej hali. Ogromny rig oraz tory dla każdego zawodnika zbudowane na paletach, sklejce oraz typowej podłodze były fajną, choć moim zdaniem nie do końca wykorzystaną areną. Dlaczego niewykorzystaną? Ponieważ pomimo takiego rozmachu jakieś 80 procent całych zmagań działo się przy rigu lub w jego najbliższych okolicach. Działo się tak głównie dlatego, że to właśnie tylko tam przygotowano miejsca umożliwiające zabawę z ciężarami. A prosiło się aż żeby wziąć przykład z Regionalsów czy Gamesów, podczas których zawodnicy podczas wykonywania poszczególnych workoutów niemal wędrują razem ze sprzętem po całej arenie. Dzięki też temu kibice wiedzą, który zawodnik w danym momencie workoutu wysuwana się na prowadzenie, a przez to buduje się emocje. Wiem jednak że spowodowane to było nie tyle brakiem pomysłu czy niechęcią organizatora do takiego rozwiązania, ale bardziej kwestiami technicznymi budowy takiej areny. Tak więc było OK, ale tu jest jeszcze coś do poprawy w przypadku gdyby powstała jeszcze jedna edycja BoE za rok .

Organizatorzy Battle Of Europe w tym roku dali szansę startu zawodnikom w swoich charytatywnych zawodach w takich kategoriach jak Women, Men Open, Men Elite, Men Masters 35+, Team Men+Men oraz damskim i męskim Adaptive. Po ogłoszeniu w piątek workoutów pierwsze co rzuciło się w oczy większości zawodnikom to fakt, że kategoria panów Elite oraz Open miała między sobą znikome różnice. Nie przypominam sobie bowiem tego, żeby gdzieś wcześniej taka drabina squat snatchy w teoretycznie słabszej z kategorii Open, kończyła się na 100 kilogramach, a w Elite zaledwie na 110. Takie workouty dają kolejne argumenty do rozmów o tym czym jest, a czym powinna być kategoria Open, oraz kto powinien w niej startować. Z drugiej strony to często zawody wyznaczają trendy i standardy według których zawodnicy powinni szacować swoje siły na zamiary.

Nie ma też co ukrywać, że próby sprowadzenia najlepszych zawodników CrossFit w Polsce do Zielonej Góry była to poniekąd broń obusieczna. Dlaczego? Głównie dlatego, że z jednej strony świetnie było zobaczyć startujących ramię w ramię topowych zawodników, których zmagania większość ludzi może śledzić przeważnie w internecie z racji tego, że startują oni już głównie za granicą. Z drugiej jednak nie ma się co oszukiwać, ale zwycięzców kilku kategorii można było niemal typować w ciemno jeszcze przed startem. Takimi osobami byli na pewno Gabi Migała i Bronek Olenkowicz. W przypadku pań osobiście myślałem, że Maria Kurzawa nawiąże z obchodzącą 20 urodziny pierwszego dnia rywalizacji młodą Krakowianką bardziej wyrównaną walkę. Za to na wielkie słowa uznania zasłużyła sobie Natalia Kaczmarska, która walczyła dzielnie przez całe dwa dni. Choć określenie, że walczyła dzielnie jest sporym niedopowiedzeniem, ponieważ Natalia w większości workoutów nie wypadła poza pierwszą trójkę. Ba, nawet udało jej się w workoucie numer 3 zdetronizować dominatorkę Gabi Migałę i wygrać ten event. O tym, że to nie Natalia a Marysia stanęła na drugim miejscu podium zadecydował podwójnie liczony finał, w którym to Natalia zaliczyła swój najgorszy występ i musiała się zadowolić „tylko” trzecim stopniem podium. Jednak i tak należą się jej za to brawa.

Wśród panów Elite „plejada gwiazd” polskiej crossfitowej sceny podczas zmagań w CRS-ie była znacznie szersza. Oprócz Bronka Olenkowicza na zachód naszego kraju przyjechali Bartek Lipka, Marcin Szybaj czy też Peter Szczyciński. Niestety Marcinowi Szybajowi podczas rywalizacji pojawiła się kontuzja barku, która wykluczyła go z dalszej walki o najwyższe lokaty. Wydaje mi się, że znając historię kontuzji Marcina, to jego wycofanie się było bardziej wynikiem zdrowego rozsądku aniżeli bardzo poważnym urazem. Niestety takiego szczęścia nie miał inny startujący, który w dużej mierze przez chwilowego pecha będzie wspominać wydarzenia z Zielonej Góry w niespecjalnie kolorowych barwach. Stało się to za sprawą bardzo efektownie wyglądającego, ale też i niezwykle niebezpiecznego upadku z drążka prosto na twarz. Stojąc od tego zdarzenia dosłownie 2-3 metry i widząc co się dzieje z zawodnikiem leżącym na ziemi, to moim zdaniem duże szczęście, że jak się później okazało, skończyło się „tylko” na połamaniu kilku kości twarzy. Trzymam jednak kciuki za szybki powrót do zdrowia i normalności!

Wracając jednak do rywalizacji czysto sportowej to Bronisław Olenkowicz po raz kolejny udowodnił wszystkim, że po prostu jest dzikiem jakich mało 🙂 Pięć wygranych workoutó oraz jedno drugie miejsce jak dla mnie są na to niezbitym dowodem. Drugie miejsce Bartka Lipki oraz trzecie Jakuba Cieślika było też przez większość czasu raczej niezagrożone. Za to dużo emocji można było zobaczyć w Open gdzie może i Grzegorz Maraszkiewicz wziął całą pulę, ale za jego plecami trwała walka o pudło do samego końca. W wyniku tej walki na drugim miejscu z taką samą ilością punktów znalazło się dwóch zawodników – Tomasz Kosmol oraz Julius Jaloveckas. Na trzecią pozycję zaś wskoczył Jacek Owczarz.

Kategoria Masters wielu imprez w tym kraju to dla mnie zawsze duża zagadka. Bo niby są to ludzie starsi, mający już jakieś tam swoje lata doświadczeń. Jednak gdy popatrzysz na większość z nich to masz wrażenie, że panowie pomylili kategorie przy zapisach i zamiast wpisać na AthletesZone w odpowiednie pole Elite, to tylko przez ewidentny przypadek piszą tam Masters. Bo lata niby dla wszystkich lecą tak samo, a dla nich czas jakby płynie trochę inaczej 😉 Wystarczy spojrzeć kto w tej kategorii stanął na podium – Łukasz Dabbachi, Marcin Reus i Michał Witulski. Jeden lepszy od drugiego 🙂 A tak już bardziej poważnie to zarówno ci panowie, jaki i też inni z tej kategorii na każdych zawodach na których się pojawiają dają idealny przykład co może dać CrossFit. Bo teoretyczna „sportowa emerytura” nie musi być wcale nudna 😉

W tym miejscu muszę się też przyznać, że dwie pozostałe kategorie czyli zespołowa oraz Adaptive podczas tej imprezy były przeze mnie stosunkowo mniej śledzone aniżeli reszta. W przypadku drużynówki wiązało się to czasami z chęcią odpoczynku w trwających od samego rana zawodów, gdzie pierwsze workouty startowały o 7:30 rano. W przypadku osób jeżdżących zadziałały czynniki zewnętrzne, które niestety spowodowały, że zamiast planowanego pozostania do końca zawodów, musiałem wracać do Białegostoku już w niedzielne popołudnie. Jednak mój podziw dla startujących osób w kategorii Adaptive jest ciągle niezmienny. To jaki pokaz charakteru, walki i niezłomności według mnie dają ci ludzie jest wręcz niewiarygodny. I myślę że potwierdzi to każdy, kto widział ich podczas Battle Of Europe w akcji. Wśród pań w tej kategorii zwyciężyła Kamila Kubas dla której nie było to pierwsze zwycięstwo w crossfitowej rywalizacji. Za jej plecami uplasowały się zaś Aleksandra Karczewska, Monika Kukla oraz Joanna Jakuć. Wśród mężczyzn najwyższy stopień podium wywalczył Szymon Klimza, a za jego plecami uplasował się Jarosław Kailing oraz Krzysztof Stern. W rywalizacji wziął też udział Marek Dobrowolski oraz Arnold Nawracaj. Dla wszystkich jeden wielki szacun!

Poprzez wspomniany już nieplanowany wcześniejszy powrót do domu, miałem okazję zobaczyć i posłuchać transmisji telewizyjnej jaka była realizowana z tych zawodów. Transmisji w dużej mierze dzięki której zawody Battle Of Europe były prowadzone niemal jak w zegarku, co do minuty. Bo to telewizja narzuciła tempo tej imprezy i rygor, którego brakuje większości imprez crossfitowych. Przez to też każdy z zawodników musiał bowiem być w odpowiednim miejscu i czasie, a jeśli się spóźnił i go nie było to po prostu nie startował. I w tym sensie życzyłbym aby każde zawody miały taki telewizyjny bat nad sobą, bo niektórym i organizatorom i zawodnikom wydaje się, że podczas takich zawodów każdy fakap czy opóźnienie ujdzie na sucho, a tak po prostu nie jest.

Z drugiej też strony telewizja obnażyła jeden z większych minusów tej imprezy, a mianowicie ich klimat. Wszystko bowiem dlatego, że jedną z najbardziej rzucających się w oczy rzeczy podczas transmisji były niemal walące po oczach puste trybuny. Dopiero gdy zobaczyłem je na ekranie telefonu to zrozumiałem skąd się biorą te pytania ludzi z innych części kraju o to czy na hali jest ktokolwiek poza zawodnikami. Bo niby na jednej z centralnych trybun było trochę ludzi, ale w tak dużej hali jak CRS była to nie ma co ukrywać garstka, która po prostu ginęła. Czy było to spowodowane tym, że dwudniowy bilet na te zawody kosztował 50 złotych? Być może. Czy powodem było to, że CrossFit nadal jest jednak zjawiskiem niszowym, który interesuje tylko określona grupę docelową? Na pewno też. Czy można było jednak zrobić coś więcej jeśli chodzi o promocję eventu, a tym samym ściągnięcie ludzi do hali? To już raczej nie jest pytanie do mnie. Faktem jest jednak to, że wyglądało to trochę słabo. Jednak mówiąc o transmisji w internecie nie sposób nie wspomnieć o Karolinie, która całe dwa dni siedziała przy mikrofonie po bite 12 godzin i nawijała do ludzi o zawodach po polsku i angielsku! Myślę, że tym co zrobiła przebiła nawet w ten weekend świetną spikerską robotę jaką wykonali na arenie zmagań panowie Maciej Małek i Cyprian Majcher. Cała trójka powinna dostać jakieś wyróżnienia „Złotoustych kozaków” albo coś w ten deseń 😉

Jak więc podsumował bym to zawody? Czy to jest czołowa impreza crossfitowa w tym kraju? Zastanawiam się nad tym od niedzieli i szczerze mówiąc nie wiem. Wiem tylko to, że w mojej opinii Battle Of Europe uplasowałbym trochę niżej aniżeli krotoszyński LOGinLAB oraz na pewno Medieval Games w Rynie. Co jednak ciekawe impreza z Zielonej Góry w niektórych aspektach przebija oba te eventy. Jednak opuszczając obiekt CRS nie miałem poczucia, że byłem świadkiem czegoś wielkiego czy wyjątkowego. I żeby ktoś nie zrozumiał mnie źle. Battle Of Europe dało radę, co na przykład potwierdziła już masa zawodników czy zawodniczek na swoich social mediach, a ja się pod tym mogę jedynie podpisać. Jednak gdyby tak jeszcze dodać coś extra to byłby komplet. A tak zostaje świetnie zorganizowana, niemal z niemiecką precyzją impreza, z rozmachem której wielu na pewno zazdrości, a którą można i nawet trzeba chwalić. Patrząc też na polską scenę crossfitową to i tak bardzo dużo.