CrossFitO wszystkimZawody & Eventy

Zawody skrojone na miarę

dodany przezKamil Timoszuk 26 sierpnia 2018 0 Komentarzy

Czy to prawda, że małe jest piękne ale duży może więcej? Chyba nie zawsze. Przynajmniej jeśli chodzi o zawody crossfitowe w naszym kraju. Istnieje już kilka fajnych przykładów na to, że niekoniecznie potrzeba dużego miasta z jego wszystkimi wadami i zaletami, aby zorganizować coś ciekawego, czego nie trzeba się później wstydzić.

CrossFit w Polsce od samego jego początku był raczej domeną dużych miast. Warszawa, Poznań, Łódź, Wrocław czy Trójmiasto to były miejsca gdzie powstawały pierwsze boxy. To tam też pierwsi pasjonaci CrossFitu nad Wisłą próbowali swoich sił w organizacji zawodów. Takie próby czasami kończyły się jednorazowym eventem, a czasami trwało to trochę dłużej, jak na przykład w postaci poznańskiego Rodeo.

Jak się jednak okazało, duże miasta od samych boxów i ludzi którzy nimi zarządzają wymagają generalnie więcej. Więcej uwagi, więcej pracy, więcej poświęcenia. Wymagają go na tyle dużo, że nawet jeśli u ludzi z takich miast istnieje lub istniała ochota na organizację jakichś zawodów, to codzienne obowiązki im na to po prostu nie pozwalały. Oczywiście, nie oznacza to, że w mniejszych miejscowościach jest dużo łatwiej. Jednak jak mówią sami zainteresowani – bywa po prostu inaczej. A przez to też czasami mają oni możliwość poświęcenia się innym projektom takim jak zawody.

Na chwilę obecną gdy spojrzymy na mapę ciekawych crosfitowych eventów w Polsce, to śmiało możemy powiedzieć że w pojedynku „małe miasta vs. duże” mamy minimum „remis ze wskazaniem na małe”. Sztandarowymi przykładami tego trendu jest Medieval Games z Rynu i LOGinLAB z Krotoszyna, a oprócz tego jest jeszcze kilka innych. Do tego grona w tym roku postanowiła dołączyć też impreza z Wielunia pod Łodzią. Central Cross Combat to event zorganizowany przez Macieja Barańskiego z Kuźni Sylwetki w Wieluniu i jego ludzi. Człowieka, którego pewnie część osób może kojarzyć chociażby ze startów jako zawodnika w kilku polskich crossfitowych imprezach. W ten weekend zdawał on egzamin jako organizator. Czy zdał? Uprzedzając trochę fakty muszę przyznać, że moim zdaniem chyba tak 🙂

Central Cross Combat, pieszczotliwie przez niektórych nazywany też Mortal Kombat, to w tym roku jednodniowy event, który odbył się w hali sportowej w Wieluniu. Dlaczego podkreślam fakt że w tym roku? Ponieważ za rok może się to już zmienić. I w sumie po tym co wczoraj widziałem, to byłbym nawet za taką opcją. W tym roku na wszystkich zawodników, którzy zdecydowali się przyjechać do Wielunia, czekały 4 workouty. Z tych czterech pierwszy był punktowany jednak trzy razy, a w ostatnim finałowym punkty były mnożone razy dwa. Tak więc było o co walczyć i można było tez pokombinować bardziej taktycznie. Ciężko się jednak kombinuje taktycznie, gdy organizator zapewnia atrakcje, których wcześniej się nie robiło 😉 Dla jednych była to skakanka z grubej liny, dla innych Ski Erg, a dla jeszcze reszty sztangi typu Axle Bar, na których wykonywało się kilka różnych ruchów. Z power snatchami ważącymi po 70 kilo włącznie.

Pomimo tego wszystkiego, Maciek jako organizator postarał się na pewno o to, aby pierwsze zawody nie były przekombinowane. Wyrazem tego były na przykład 4 podstawowe kategorie zawodników w których rywalizowano cały dzień. Te kategorie to oczywiście Elite oraz Open pań i panów. Wśród kobiet Elite zgłosiła się praktycznie tylko garstka chętnych, przez co taka Patrycja Horodyńska czy Dobrosława Kucharzak przyjechały po niemal pewne nagrody. Pytaniem było tylko to jak duże łupy zgarną poszczególne zawodniczki 🙂 Na szczęście w pozostałych kategoriach rywalizacja była już znacznie bardziej zacięta i ciężko było wytypować pewniaków do zajęcia miejsca choćby na pudle. Poza tym same treningi były tak skonstruowane, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Pierwszym z treningów, który miał trzy wyniki było najpierw 5 stacji składających się z ćwiczeń na kółkach gimnastycznych w zróżnicowanym poziomie trudności w zależności od kategorii, wall balle, skoki przez grubą skakankę, martwe ciągi z hantlami i Ski Erg. Łączna suma powtórzeń dawała pierwszy wynik. Po minucie i 40 sekundach przerwy zawodnicy zaczynali przez 4 minuty robić przysiady ze sztangą nad głową, a za każde opuszczenie sztangi wykonywali 4 karne burpees. To dawało wynik numer dwa. Trzecim zaś była suma dwóch poprzednich. Z takimi zadaniami najlepiej poradziły sobie panie Irmina Husarek, Dobrosława Kucharzak oraz u panów Aleksander Błoszyk i Bartek Karczewski.

Drugi z workoutów był moim zdaniem chyba jednym z najciekawszych z całego dnia rywalizacji. Bo to właśnie w nim pojawił się Axle Bar na którym wykonywało się push jerki, thrustery, power cleany i power sntache. A to wszystko było przeplecione chodzeniem z kettlem nad głową na drugą stronę areny oraz skakaniem double unders już na zwykłej skakance. Jednak to walka na sztandze była najbardziej efektowna i budziła u wszystkich najwięcej emocji. Co ciekawe, zwycięzcy tej konkurencji w każdej z kategorii zabierali owe sztangi ze sobą do domu. I w taki oto sposób nowe zabawki powędrowały do domu razem z Irminą Husarek, Patrycją Horodyńską, Aleksandrem Błoszykiem i Bartkiem Karczewskim.

Przed finałem organizatorzy postanowili zmęczyć wszystkich zawodników w sposób głównie wydolnościowy. Zrobili to poprzez „przegonienie ich” shuttle run, burpee broad jump, kettle i boxy. W przypadku pań i panów z kategorii Elite było chodzenie na rękach, a panie dodatkowo mogły wybrać sobie kolejność wykonywanych ćwiczeń. Tak więc tutaj liczyła się nie tylko sprawność, ale też i pomysł jak ten workout rozegrać. Najlepiej zrobiła to Dobrosława Kucharzak, która wyprzedziła swoje rywalki. U panów Elite najszybciej zadanie wykonał Tomasz Gromada.

Finał to było połączenie kettli, pistolsów oraz kompleksów na drążku, których strukturę, jak i wszystko inne związane z workoutami na tych zawodach możecie znaleźć na Athlete Zone. Kompleksów, które były niestety utrudnione przez sam drążek, który był niezwykle śliski na co skarżyli się zawodnicy. Jako że jednak zasady dla wszystkich takie same, to nie było żadnych zmian czy kombinowania przy workoucie. W trakcie trwania rywalizacji widać było, że jest to ewidentny problem. Niestety w jednym przypadku skończyło się to upadkiem zawodniczki z drążka. W finale kobiet prawdziwą walkę, głównie z sobą samą stoczyła też Jolanta Pawłowska. Ta już przy pierwszych snatchach kettlem zerwała sobie skórę na dłoniach, a przez to nie była w stanie wykonywać 7 snatchy unbroken, tak jak zakładał workout. Nie sprawiło to jednak, że zawodniczka się poddała, a chwilami ze łzami w oczach podejmowała kolejne próby. I tak aż do samego końca, kiedy było już dawno wiadomo, że szans na wygranie czy choćby powalczenie z rywalkami nie ma już praktycznie wcale. Za taką postawę należą się ewidentnie dodatkowe brawa. Na czele podium stanęła jednak tego dnia Patrycja Horodyńska, a tuż za nią była Dobrosława Kucharzak.

Podopieczny tej ostatniej czyli młody Aleksander Błoszyk, zgarnął zaś całą pulę w kategorii Open panów. Niewiele jednak zabrakło aby w ostatniej chwili przegrał swój triumf. Zajęcie w finale dopiero 13 miejsca pozwoliło mu wyprzedzić swego rywala Mateusza Smolenia o zaledwie dwa punkty w klasyfikacji generalnej! Na trzecie miejscu podium trafił Jakub Kołodziejski z Łodzi. W elicie panów swoją dobra formę potwierdził Bartek Karczewski, zgarniając pierwsze miejsce i zostawiając za sobą Adama Skowrona i Marcina Kopcia.

Tym samym Central Cross Combat można było uznać za zakończone. Podsumowując jednak tę imprezę, nie sposób nie wspomnieć o kilku może nie wyrywających z butów, ale jednak ważnych rzeczach na temat imprezy. Podstawowym plusem po zakończonej rywalizacji było to, że skończyła się ona niemal z zegarkiem w ręku w stosunku do harmonogramu. Coś takiego na polskich imprezach zdarza się niezwykle rzadko, a więc tym bardziej  warto to docenić. Sami startujący, i ci z najwyższych i nie tylko miejsc, na pewno też docenią mnogość nagród i upominków jakimi zostali obdarowani. Od supli zaczynając, poprzez sztangi, sprzęt to masażu, sprzęt elektroniczny, jedzenie, a na kasie kończąc. Do tego bardzo fajnie było przygotowane samo miejsce rozgrywania zawodów, z kilkoma trybunami dookoła, co na przyszłość stwarza spory potencjał dla samej imprezy. Ja ze swojej strony na pewno też muszę pochwalić miejsce o nazwie Karmnik z którego dostarczane było jedzenie na zawody. Pomysł na naleśniki z bananami, dżemem oraz masłem orzechowym robi robotę 😉 Szczególnie po kilku godzinach pracy. Tym samym też nie pozostało niemal żadne pole do ewentualnego narzekania na zawody w Wieluniu.

Oczywiście jak ktoś się uprze to zawsze coś znajdzie. Zresztą jak zawsze zachęcam do pisania o tym w komentarzach. Moim zdaniem jednak to będzie miało znamiona typowego szukania dziury w całym. Central Cross Combat jak na swoją pierwszą edycję to zdecydowanie dało radę. Były to typowe zawody skrojone na miarę. Nikt przed startem tego wydarzenia w Wieluniu się nie napinał i nie krzyczał, że to będą największe, najlepsze czy jakiekolwiek inne naj zawody w Polsce. A przecież takie działanie stało się w ostatnich latach bardzo modne, nieprawdaż? Tu patrząc na wszystko z boku, została wykonana po prostu dobra robota, która mam nadzieję, że zaowocuje w roku kolejnym – z jednej strony trochę większą ilością odwagi, a co za tym idzie rozmachem eventu. Z drugiej zaś strony może kilku zawodników zrozumie, że takim imprezom czasami po prostu dawać szansę. Każdy bowiem jakoś zaczyna 🙂