fbpx
O wszystkimOpinie

Zaskoczenia bywają różne

dodany przezKamil Timoszuk 18 lutego 2014 2 komentarze

Aby zostać zaskoczonym w kinie podczas seansu filmowego, to trzeba mieć szczęście. Aby to zaskoczenie było jeszcze na dodatek pozytywne, to jest jeszcze większe szczęście. Ja ostatnio coś takiego przeżyłem raz. Na 3 seanse. Mało to czy dużo?

Na większość filmów jakie widuję w kinie, staram się iść bez większych oczekiwań. To pozwala mi do każdej produkcji podejść indywidualnie i z tak zwaną „pustą głową”. W moim odczuciu z takim nastawieniem ogląda się po prostu łatwiej, bo właśnie wtedy jestem w stanie dostrzec w filmie więcej, niż gdybym miał jakieś oczekiwania. I tak też było ostatnio kiedy widziałem kolejne trzy filmy. Niestety nie zawsze po seansie miałem pozytywne odczucia.

 

Wykapany ojciec

Filmem na którym się na pewno nie zawiodłem był ”Wykapany ojciec”. Fabuła tego filmu oraz zwiastun widziany jakiś czas wcześniej zapowiadał, że będzie to jedna z tych szalonych amerykańskich komedii, idealnych na bezmyślny sobotni seans. Jak się okazało nie do końca była to prawda. Film opowiada o mającym polskie korzenie pracowniku sklepu mięsnego, który nazywa się Dave Wozniak (grany przez Vince’a Vaughn’a). W latach młodzieńczych bohater aby zarobić trochę pieniędzy zajmował się systematycznym oddawaniem swojej spermy do banku nasienia. Po wielu latach ten proceder zemścił się na nim, ponieważ okazało się, że jest on biologicznym ojcem aż 533 dzieci. Całkiem pokaźna liczba. Dave pomimo ostrzeżeń swego prawnika, chce poznać jak największą ilość swego potomstwa. Potomstwa, które w liczbie 142 osób, zażądało od banku ujawnienia jego danych. I tu zaczyna się powolny proces poznawania swoich potomków przez głównego bohatera. Co jest największym zaskoczeniem w tym filmie? Chyba to, że zamiast głupawej komedii dostałem fajny film obyczajowy o zabarwieniu jakby nie patrzeć rodzinnym. W takim dobrym znaczeniu tego twierdzenia. Poza tym w filmie jest sporo polskich akcentów z polskim aktorem Andrzejem Blumenfeldem na czele, wcielającym się w rolę ojca Dave’a. Całą historię ogląda się naprawdę bardzo przyjemnie. I pomimo zaskoczenia, że był to taki spokojny film to śmiało mogę go polecić każdemu.

Ona

Film pod tytułem „Ona” był pierwszym z czterech, który był w repertuarze walentynkowego pokazu w kinie. O dziwo to nie ja byłem pomysłodawcą spędzenia wieczoru w ten sposób 😉 Zresztą wyjście w taki dzień do kina to jak się okazało nie jest najlepszy pomysł. Dzikie tłumy na większości seansów, to jedno z głównych „przeciw” takiego rozwiązania. Na szczęście na nocy filmowej w tym temacie nie było tak tragicznie. Za to z higieną niektórych przybyłych osób już gorzej. No ale cóż – nie można mieć wszystkiego, prawda? 😉

Wracając jednak do filmu to jedyne co kojarzyłem na jego temat, to całkiem fajny zwiastun jaki go promował. Jak się okazało, trailer kompletnie nie przełożył się na to, co zostało zaprezentowane w wersji pełnometrażowej. Opowieść w tym filmie skupia się wokół Theodore’a Twombly’ego, granego przez Joaquin’a Phoenix’a. Główny bohater jest, nie zawaham się użyć tego stwierdzenia, taką ciepłą życiową kluchą, lub też jeśli ktoś woli ładniejszą nazwę to introwertykiem. Pracuje on w firmie, która pisze listy w imieniu ludzi. Pewnego dnia Theodore zauważa reklamę nowego systemu operacyjnego do swego komputera, gdzie jedną z jego opcji jest możliwość, nie tyle kierowania nim głosem, ale rozmowa z nim. A jako, że głos wydobywający się z komputera jest głosem kobiety, to po pewnym czasie zaczyna dochodzić do interakcji pomiędzy głównym bohaterem, a systemem operacyjnym. I już teraz kiedy to piszę widzę po raz kolejny absurd tego filmu. Bo nie ukrywam, że film kompletnie mi się nie podobał. Wiało od niego nudą na kilometr. Dlatego też dziwię się niemal każdej kolejnej recenzji, jaką z ciekawości przeczytałem w internecie, która chwali go i stawia w pozycji godnej naśladowania. Jedyne co zapamiętam z filmu o człowieku, który zakochał się w systemie operacyjnym swego komputera to widoki. Tutaj muszę oddać prawdziwy hołd twórcom, że postarali się w tym temacie. Ale cała reszta? Bitch, please. Tak sobie teraz skojarzyłem, że podobnym tego rodzaju filmem, na którym miałem bardzo podobne odczucia było „Między miejscami”. Akcja w jednym i w drugim z nich ciągnie się w bardzo podobnym tempie czyli jak flaki z olejem. Domyślam się, że ten film zapewne miał jakieś ukryte drugie dno. Ale naprawdę nie chciało mi się go szukać podczas tego filmu. Tak więc tym razem definitywnie idę pod prąd większości opinii, ale ten film stanowczo i kategorycznie odradzam. No chyba, że lubicie marnować czas, to tak, wtedy idźcie śmiało.

 

American Hustle

Na szczęście zaraz po poprzednim gniocie, organizatorzy nocy filmowej zaproponowali film, na który wybierałem się od dłuższego czasu. „American Hustle” bo o nim mowa, to opowieść o oszuście, który wraz ze swym znajomym oraz partnerką i kochanką zostają niejako zmuszeni do współpracy z FBI. Dokładniej rzecz biorąc do pomocy jednemu z agentów tej organizacji, który chce za wszelką cenę zdemaskować aferę korupcyjną z udziałem znanych polityków. W efekcie wychodzi z tego całkiem zgrabna historia, którą reżyser David O. Russell moim zdaniem zmarnował. Może nie do końca zmarnował, ale na pewno nie wycisnął z niej wszystkiego co tylko mógł. Plusem tego seansu był fakt, że następował on zaraz po wcześniej opisywanym filmie i to głównie dlatego na wiele niedociągnięć przymykałem – dosłownie i w przenośni – oko. Co zapamiętam z tego filmu jako największy jego atut? Chyba niestety nic. Film nie był zły jako całość, ale momentów godnych zapamiętania na dłużej także było w nim jak na lekarstwo. Dlatego połączenie tej produkcji z tą pierwszą, dało efekt w postaci opuszczenia zarówno przez nas jak i większości widzów kina już po dwóch seansach. Następnym razem zastanowię się dwa razy jeśli wpadnie mi do głowy pomysł pójścia na maraton filmowy.