CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Zabawy z ogniem

dodany przezKamil Timoszuk 24 października 2017 0 Komentarzy

Miesiąc – tyle czasu minęło od mojej ostatniej wizyty w Bydgoszczy. Wystarczyło to jednak do tego, abym wrócił do tego miasta z podobnych, ale jednak nie identycznych powodów. Nie ma co jednak ukrywać, że oba te wyjazdy miały ze sobą sporo punktów wspólnych.

Ostatnimi czasy moją główną motywacją aby jeździć do Bydgoszczy była jedna z najstarszych imprez crossfitowych w Polsce czyli Battle Of The Machines. Impreza, która przez lata niewątpliwie solidnie zapracowała sobie na miano oryginalnej. I to nie tylko na tle innych tego typu eventów w naszym kraju, ale myślę że zagranicznych także. Z jednej strony decyduje o tym system w jakim jest ona rozgrywana. Z drugiej zaś pomysłowość jaką cechują się WOD-y z którymi mierzą się zawodnicy. Ja z ostatniej edycji tejże imprezy mam do dnia dzisiejszego nieszczęśliwą pamiątkę w postaci otejpowanej stopy. Każdy ma to na co zasługuje 😉

Jednak w Bydgoszczy oprócz CB163, które jest organizatorem BOTM, istnieją także inne boxy, które mają swoją wizję tego jak powinny wyglądać zawody. Jedną z takich wizji można było sprawdzić w ostatni weekend, podczas drugiej edycji zmagań o nazwie Fire in the House w boxie Fire House. Organizatorem tych zawodów jest w największym stopniu duet – Michał Pełczyński i Bartek Warzeszkiewicz. Pierwszy z nich to czynny strażak (domyślacie się już skąd nazwa boxa?) z głosem jak dzwon, który wytrzymał trudy całej imprezy bez użycia mikrofonu. Drugi zaś to były sportowiec (wspinaczka sportowa), dietetyk i człowiek pewnie wielu jeszcze innych talentów 😉 I to z ich inicjatywy oraz ludzi którzy im pomagają, Bydgoszcz zyskała kolejny crossfitowy event dla ludzi z całej Polski.

Ja docierając do Bydgoszczy dzień wcześniej, miałem okazję zauważyć pewną zależność między boxami w tym mieście. Ta zależność to fakt, że zarówno CB163 jak i Fire House w swoim pobliżu mają las. Las, który jak się okazało jest wykorzystywany w codziennych treningach, jak się też nie trudno domyślić do biegania. Jednak w przypadku Fire House jest on chyba wykorzystywany dosyć często. A domyślam się tego, ponieważ podczas piątkowego wieczornego treningu, kiedy na podwórku było już kompletnie ciemno, na komendę biegniemy niemal wszyscy wybiegli w ciemny, niczym nie oświetlony las. I o dziwo – wszyscy wrócili 😉 Mi tym razem przypadł AirBike, który nie wiem czy aby na pewno jest lżejszym zamiennikiem niż bieganie 🙂 Sam zespołowy trening na koniec wszedł jednak elegancko i zdecydowanie dobrze rozruszał ciało po całym dniu spędzonym w pociągu.

Druga edycja zawodów Fire in the House już na starcie było wiadomo, że będzie ewolucją w stosunku do pierwszej. Można to chociażby stwierdzić, że najprawdopodobniej opinie po pierwszym wydarzeniu były na tyle dobre, że na drugą edycję przyjechało niemal dwa razy więcej osób. Nic więc też dziwnego, że harmonogram imprezy zakładał to, że potrwa ona dobrych kilkanaście godzin. Długich i wyczerpujących pod wieloma względami godzin, przez które będą musieli wszyscy przebrnąć. Ale czy nie o to w tym wszystkich chodzi? 😉 Ja osobiście zastanawiałem się, czy niechlubnej tradycji wielu polskich imprez stanie się zadość. W wyniku czego harmonogram zawodów rozjedzie się mniej więcej w połowie i później będzie żył własnym życiem. Uprzedzając fakty – coś takiego nie miało miejsca i za to duży plus.

Było to szczególnie ważne, ponieważ same workouty jakie czekały na wszystkich nie należały do najlżejszych. Każdy z nich opierał się niemal na czystym crossfitowym programowaniu, w większości przypadków bez większych udziwnień. Zawodnicy i zawodniczki podzielona na pięć różnych kategorii miały do wykonania 3 treningi, po czym następowało pierwsze cięcie stawki, a do finału awansowały po 4 najlepsze osoby. Same treningi dla kategorii Elite mężczyzn wyglądały zaś tak:

Oczywiście każda z kategorii miała te treningi wyskalowane pod siebie, ale punktem wspólnym ich wszystkich było to, że dla wielu zawodników był to typowy sprint. Spora liczba startujących z danych im 10 minut na time cap na wykonanie tego treningu, nie wykorzystała nawet połowy. Najbardziej okazałym wyczynem popisał się Mateusz Smoleń startujący w kategorii Open, któremu wykonanie pierwszego treningu zajęło zaledwie 3 minuty i 23 sekundy. Jak się później okazało był to mocny początek jego drogi po wygraną w całych zawodach. Wśród kobiet udany start imprezy zaliczyła Ewelina Janczura z czasem 4 minut i 22 sekund.

Drugim workoutem w jakim mogli się sprawdzić startujący była to klasyczna drabina cleanów lub snatchy. Była to konkurencja w której organizatorzy powiedziałbym, że dosyć łagodnie potraktowali startujących. Wszystko dlatego, że cała drabina kończyła się na 110 kilogramach. Czy to dużo? Wydawało by się że tak, ale jak udowodnili sami startujący, którzy w paru przypadkach przechodzili ją bez większego szwanku, to mogło by być tych kilogramów z kilka więcej. Nie przeszkodziło to jednak też w tym, aby w duchu sportowej rywalizacji i przy pomocy adrenaliny jaką wyzwalają zawody, paru zawodników pobiło też swoje rekordy życiowe. Dla jednych było to 100, a dla innych 110 kilogramów. Ci najbardziej uparci i czujący tego dnia przypływ mocy, postanowili nawet dla samych siebie i publiczności, kompletnie poza zawodami, spróbować dorzucić coś extra. I w przypadku takiego Krzysztofa Rucińskiego zdało to rezultat, ponieważ od soboty jego PR w snatchu nie wynosi już 107,5 kilograma, a 115. Brawo ten pan 🙂

Nie samymi ciężarami jednak crossfiter żyje, a przynajmniej powinien żyć. Dlatego też mając to na uwadze w workoucie numer trzy zawodnicy zostali postawieni pod ścianą. Trening ten składał się z 3 dwuminutowych części przedzielonych 30 sekundami przerwy. Każda z tych części rozpoczynała się jakimś ruchem gimnastycznym, a następnie wynik podbijało się wykonanymi clusterami. Haczyk polegał jednak na tym, że jeśli ktoś nie był w stanie wykonać pierwszych 7 muscle upów, to jego wynik z całego treningu wynosił okrągłe zero. W tą też pułapkę wpadło aż 4 z 10 panów startujących w kategorii Elite. W kilku przypadkach uniemożliwiło im to walkę o wyższe niż zakładali miejsca. Jest to jednak kolejny dowód na to, że zawody wygrywają nie Ci którzy są najlepsi w jednej dziedzinie, ale ci którzy są najrówniejsi. Świetnie to pokazała kategoria Masters panów, gdzie bardzo zacięty pojedynek stoczyli ze sobą Dawid Krystek oraz Krzysztof Sienkiewicz. To oni przez cały dzień wygrywali niemal na zmianę poszczególne workouty, przez co o końcowym wyniku decydowała rozgrywka finałowa.

Zanim to jednak nastąpiło, wszystkich czekały jeszcze półfinały. Półfinały podczas których niestety powrócił temat tak mocno wałkowany w ostatnim czasie czyli sędziowanie. Coś co zostało omówione przez różne osoby na różne sposoby, i każda ze stron czyli czy to zawodnicy, organizatorzy czy sami sędziowie mają inne zdanie. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że sędziowanie w tym dniu pozostawiało momentami sporo do życzenia. Było to widać na tak newralgicznych ćwiczeniach jak HSPU czy swingi kettlem. Raziło szczególnie zawodników to, że standardy omawiane przed każdym treningiem albo nie były utrzymywane albo różniły się bardzo pomiędzy sędziami. Z drugiej strony wiadomym jest to, że aby zebrać dobrą wykwalifikowaną i najlepiej zaprawioną już w boju ekipę sędziowską jest niezwykle trudno. I w takich momentach można powiedzieć, że skoro takowej nie ma, to nie powinno się organizować zawodów wcale. Ale popadając w skrajności, to idąc tym tropem rozumowania, tak licząc „na oko” to jakieś 30-40 procent zawodów w tym kraju nie powinny mieć miejsca. Poza tym błędy i niedopatrzenia jakie zdarzały się w Bydgoszczy, nie były na pewno „poznańskiego kalibru”. Tylko czy można w takich rozmowach używać argumentu, że „inni zrobili coś gorzej”? Chyba nie powinno się tego robić, jeśli docelowo ma nastąpić poprawa w tym temacie.

Takim też sposobem zawody dobrnęły do wielkich finałów, gdzie w większości kategorii nic jeszcze nie było rozstrzygnięte. Tym bardziej, że w finale następowało mnożenie punktów, a więc ktoś kto miał teoretycznie sporą stratę mógł ją jeszcze nadrobić. No chyba, że startował w kategorii Masters kobiet, gdzie niepodzielnie tego dnia panowała Magdalena Musiał, która wygrała wszystko co było do wygrania. Za jej plecami na podium usadowiła się Anna Kwiatkowska i Anna Żurek. Wśród najstarszych panów o tym kto stanie na podium zadecydował finał, który padł łupem Dawida Krystka. Wyprzedził on o kilkadziesiąt sekund Krzysztofa Sienkiewicza oraz Sylwestra Olszewskiego, który na ostatniej prostej wskoczył na podium za Jakuba Golaka. Krzysztof jednak może być chyba zadowolony z tego, że po raz kolejny przywiezie z Bydgoszczy jakąś nagrodę 🙂 W kategorii Open mężczyzn Mateusz Smoleń wiedział, że przed finałem ma wystarczająco dużą przewagę punktów, aby w dosyć spokojnie dowieźć wygraną do końca. Na niższych miejscach trwała zaś walka o to kto będzie drugi. I dzięki wygranemu finałowi przez Damiana Świtlińskiego wskoczył on za Dominika Brunejko na miejsce numer dwa. Na sam koniec została zaś rozgrywka finałowa, która dostarczyła masy sportowych emocji.

U pań przed wielkim finałem zadecydowano, że pierwotny trening jaki był przygotowany zostanie zmieniony z racji wyczerpujących wcześniejszych zmagań. Jednak to co zostało po zmianie także wymagało wiele pracy o czym zawodniczki przekonały się już w trakcie. Przed startem na pierwszym miejscu z taką samą liczbą punktów znajdowała się Jolanta Chmielewska oraz Monika Wiśniak. Przez długi czas finału wydawało się jednak, że zwyciężczynią okaże się Natalia Świrkula z Trójmiasta. Na jej nieszczęście, ostatnim elementem jaki kończył tę całą „zabawę” było wspinanie się po linie. A jak wiadomo z historii CrossFitu, lina pokonywała już nie jednego znacznie mocniejszego zawodnika. Porażka w takim przypadku jest o tyle bardziej bolesna, kiedy prowadzi się przez większą część workoutu, a na samym końcu jest się dosłownie na wyciągnięcie ręki od zakończenia go. Z tej niemocy jednak przy ogromnym dopingu kibiców skorzystała najbardziej Jola Chmielewska, która wyszarpała wręcz finałowe zwycięstwo i triumf w całych zawodach. Nic więc dziwnego w tym, że tak wywalczona wygrana musiała wzbudzić tak wielkie emocje u zwyciężczyni.

Panom z kategorii Elite zafundowano na sam koniec czego się raczej nie spodziewali. Kilogramowa skakanka oraz kamizelki z obciążeniem to było to zaskoczenie jakim uraczyli ich panowie z Fire House. Sam finał wyglądał zaś tak.

Końcowa kolejność wśród najbardziej sprawnych panów tego dnia to Marcin Kalandyk, który pomimo zwycięstwa,  długo jeszcze narzekał na brak PR-a w snatchu 😉 Drugi był Paweł Liszewski, który wystartował w finale z bolącymi plecami po półfinałowym workoucie, chyba tylko dzięki swojej silnej woli. Na najniższym stopniu zakończył rywalizację Michał Bajan.

Jakie więc były to zawody? Na pewno długie i meczące – dla wszystkich. Śmiało jednak można powiedzieć, że każdy wiedział na co się pisze, bo Fire in the House dołączają do tej niestety nielicznej grupy imprez, której udało się trzymać harmonogramu. Poza tym wielu zawodników twierdziło, że w zawodach był o jeden workout za dużo, co momentami dało się wyczuć pewnym spadkiem tempa całej imprezy. Ale przy kilkunastu godzinach spędzonych w dużej mierze w jednym miejscu, nie dało się chyba tego uniknąć. Ja następnym razem chętnie bym też zobaczył wykorzystanie tego lasu obok boxa, który aż się momentami prosił aby wypuścić tam crossfiterów sprinterów na mały bieg na orientację 😉

Zbierając jednak wszystko w całość to śmiało można określić, że Bydgoszcz zyskała drugą obok BOTM imprezę crossfitową. Czy lepszą czy gorszą nie zamierzam oceniać. Choćby dlatego, że obie te imprezy mają zupełnie inny klimat. Impreza Fire in the House może być jednak ciekawą alternatywą dla ludzi, którzy z jednej strony nie chcą stawać w szranki z największymi koniami w Polsce w topowych zawodach typu Medieval Games czy Amarok East Side Challenge. Z drugiej jednak mogą mieć pewność, że przyjeżdżając na te zawody, zostaną dobrze „przeczołgani”. Bo nie wydaje mi się, że Michał i Bartek przy okazji kolejnych edycji spuszczą z tonu w tym względzie 🙂

P.S. Moja dwie rady wynikające z doświadczenia na koniec. Pierwsza – jadąc do Bydgoszczy zawsze spodziewajcie się przygód. Druga – nie kładźcie telefonu z budzikiem obok głowy, kiedy położyliście się późno, a musicie wstać rano na pociąg. W innym wypadku będziecie mieli tę nieprzyjemność pędzić jak wariat na dworzec PKP, aby finalnie zobaczyć machającego wam konduktora z odjeżdżającego WASZEGO pociągu.