O wszystkimOpinie

Zabawa w wojnę

dodany przezKamil Timoszuk 23 sierpnia 2016 0 Komentarzy

Dzieci mają to do siebie, że potrafią bawić się w najróżniejszy sposób. I ten bardziej zrozumiały dla dorosłego, i ten bardziej abstrakcyjny. Bo patrząc na ten temat trzeźwym okiem – zabawa w wojnę nie należy do najmądrzejszych. A co więcej – niektórym pomysł na takie „zabawy” zostaje na znacznie dłużej.

I to właśnie o tym opowiada najnowszy film Todda Phillipsa, twórcy między innymi trylogii Kac Vegas.

Rekiny wojny plakat

„Rekiny wojny” to oparta na faktach opowieść o dwójce przyjaciół z dzieciństwa, którzy postanawiają zrobić interes życia. Wszystko to w momencie kiedy jeden z nich czyli David Packouz, grany przez Milesa Tellera, jest na swego rodzaju życiowym zakręcie. Mianowicie prowadzi on stosunkowo nudne życie masażysty dobrze sytuowanych gości z Miami oraz sprzedawcy pościeli w domach starców. Z drugiej jednak strony mając na uwadze, że nie jest to specjalnie przyszłościowa praca, dowiaduje się, że jego partnerka grana przez piękną Ana de Armas, zachodzi w ciążę. I w tym oto momencie, jak grom z jasnego nieba spada na niego jego dawny przyjaciel ze szkoły Efraim Diveroli, grany przez Jonaha Hilla. Człowiek, który handluje bronią i tym samym wspiera konflikty zbrojne na całym świecie. Razem dokonują też rzeczy, która wydaje się tak niewyobrażalna, że mogło coś takiego mogło napisać tylko życie. A mianowicie jako młoda i kompletnie niedoświadczona firma wygrywają oni przetarg Pentagonu warty bagatela 300 milionów dolarów. Jednak jak tłumaczą się główni bohaterowie – oni „nie popierają wojny, popierają zysk”. Czy aby jednak nie jest to zbyt duże uproszczenie posiadania na sumieniu setek, a może nawet i tysięcy ludzi, zabitych dzięki tej broni?

Być może tak właśnie jest, ale film nie specjalnie zadaje sobie trud aby odpowiedzieć na takie dość ważne pytanie. Po trailerze jakim jakiś czas temu uraczyli wszystkich producenci, można było śmiało strzelać (nomen omen), że będzie to taka lekka komedia jakie Phillips ma w zwyczaju robić. Taki powiedzmy Kac Vegas z wojną w tle.

Jak się jednak okazuje w kinie, nie jest tak do końca. Wszystko dlatego, że autor tego projektu można by odnieść wrażenie, nie może się zdecydować. Zdecydować na to, czy pójść w stronę płytkiej komedii jak wspomniany już Kac Vegas, czy może zrobić produkcję bardziej ambitną typu przychodzący pierwszy na myśl „Pan życia i śmierci”. W efekcie tego dostajemy takie trochę „niewiadomoco”, które ja mam wrażenie, że jest lekko zmarnowanym potencjałem na jakąś dobrą produkcję jakiegokolwiek z liźniętych w tym filmie gatunków. Poza tym film oprócz opowieści o wojnie, stara się też pokazać wątki młodzieńczej przyjaźni, chęci przestania bycia i udowodnienia że nie jest się już typowym szkolnym popychadłem. Taki trochę typowy american dream czyli od zera do dilera broni.

Na konto  plusów tego filmu można by też zapisać ścieżkę dźwiękową, która chwilami kapitalnie wpasowuje się w klimat produkcji. Użycie starszych kawałków różnego rodzaju, świetnie podkreśla wiele scen, które dzięki niej mają zdecydowanie lepszy wydźwięk. Do tego gra aktorska dwóch głównych bohaterów, nie przeszkadza w ogólnym odbiorze, co przy takich lżejszych produkcjach często pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście nie tutaj. Tak więc jeśli ktoś ma ochotę spędzić fajny wieczór w kinie przy akompaniamencie filmu o wojnie (WTF?! 😉 ) to „Rekiny wojny” nadadzą się do tego świetnie. Nie liczyłbym jednak na prawdziwy majstersztyk, bo chyba nawet samemu autorowi nie o to w tym przypadku chodziło.