O wszystkim

Wszyscy jesteśmy siebie warci

dodany przezKamil Timoszuk 25 czerwca 2018 0 Komentarzy

Polacy to bardzo chwiejny naród. Nikt inni jak tylko my potrafimy w ciągu zaledwie paru chwil czy kilku dni, przejść od stanu euforii, do stanu niemal kompletnego załamania. U nas wszystko jest albo białe albo czarne, zero odcieni szarości.

Taki zjazd w minionym już tygodniu zafundowali połowie Polski piłkarze, którzy po 12 latach przerwy zagrali ponownie na Mistrzostwach Świata. Choć słowo zagrali w tym przypadku użyte jest ewidentnie na wyrost, ale o tym za chwilę. W ciągu tego felernego tygodnia nie tylko oni się nie popisali, bo dały dupy pisząc wprost dwie inne, niemal nierozerwalne części piłkarskiego światka – kibice oraz media. Zacznijmy jednak od najważniejszych aktorów tego dramatu jaki się rozegrał w minionych dniach.

Jaka jest polska piłka wie niemal każdy. Nie jest to coś, czym moglibyśmy się chwalić na całym świecie z pełnym przekonaniem, że robimy to bo tak jest, a nie dlatego, że tak nam serce podpowiada. Całe moje pokolenie czyli ludzi urodzonych w połowie lat 80-tych ubiegłego wieku, wychowało się niemal w świecie, kiedy polska piłka była zwykłym żartem. Wbrew pozorom nie trzeba daleko sięgać, aby zobaczyć w jak głębokiej dupie byliśmy. Obskurne stadiony, afery korupcyjne, zero organizacji, a na szczycie tej góry reprezentacja zbierająca oklepy od przeciwników gdzie tylko popadnie. Inne sporty, które w tym czasie potrafiły odnosić sukcesy na arenie międzynarodowej, patrzyły jednak z zazdrością na to jakim pomimo wszystko poważaniem cieszy się piłka, oraz tym ile kasy jest w nią (bezsensownie?) ładowane.

Na przestrzeni lat wiele rzeczy zaczęło się zmieniać. A przynajmniej tak to wyglądało. Z jednej strony zaczęliśmy doganiać, a nawet i przeganiać dużą część europy infrastrukturalnie. Teoretycznie wyczyszczone zostało bagno zwane PZPN-em. Nawet ze stadionów na wiele lat zniknęła popularna przyśpiewka o „twardej miłości do PZPN” 😉 I wydawało się, że nawet piłkarze zaczęli coś ogarniać, awansując dwa razy z rzędu na mundiale – w 2002 roku w Korei i Japonii oraz 2006 roku w Niemczech. To jak się na nich zaprezentowali to zupełnie inna sprawa. Doskonale pamiętam to jak wielkim zawodem było oglądanie tamtych zespołów pana Engela oraz pana Janasa. Dla młodego i jeszcze niedoświadczonego kibica, jakim wtedy byłem, to było niemal jak dostać z liścia w twarz. I to gołą mokrą ręką, znienacka. To jak bardzo napompowany był wtedy przysłowiowy balon, to nawet w tym roku nie zauważyłem aby ktoś się do tego zbliżył. Co więcej, wydawało się, że po całkiem udanym Euro 2016, gdzie doszliśmy do ćwierćfinału, nieznacznie przegrywając z późniejszym triumfatorem Portugalią, wydawało się że może coś z tego będzie. Niestety, to były tylko mrzonki.

Już jakiś czas przed tegoroczną imprezą nie wyglądało to dobrze. Piłkarze będący w kręgu zainteresowań selekcjonera Nawałki, grało w swoich klubach mało albo wcale. Ci zaś, którzy grali nie wyglądali dobrze, mówiąc bardzo łagodnie. Wszyscy liczyli chyba tylko na to, że nasz filar gry w ataku czyli Robert Lewandowski wyjdzie na boisko i sam wszystko pociągnie. No nie pociągnął. Do tego doszły dziwne decyzje kadrowe typu wzięcie na mundial pana Peszki, który miał być odpowiedzialny za „robienie atmosfery”. Jak on jest taki w tym dobry to chyba muszę przytaknąć dla jednego z memów i zgodzić się z tym, że pana Sławomira „nie przerywaj mi jak polewam, chamie” Peszkę, należałoby wysłać w kosmos, gdzie jego atmosfera będzie jak znalazł. Ale dobra, nie kopie się leżącego. W dwóch przegranych meczach na tym mundialu boli jednak coś innego niż brak umiejętności polskich reprezentantów. Bo przegrać z silniejszym rywalem to żaden wstyd. Taki jest sport i z tym należy się liczyć zawsze. Boli jednak przede wszystkim to, że w obu spotkaniach widać było gołym okiem brak zaangażowania, walki, determinacji, chęci zwycięstwa czyli jednym słowem ZA-PIER-DA-LA-NIA równo z trawą od 1 do 95 minuty! A to że się da, udowadniają na tym samym mundialu inne równie słabe reprezentacje co nasza. Zespoły które pomimo przegranych kolejnych meczów są waśnie chwalone za to, że walczą do samego końca. Ale skoro tak to wyglądało, to po mundialu na pewno przyjdzie czas rozliczeń, które dla wielu nie będą przyjemne. Być może mecz z Japonią w czwartek, będzie ostatnim spotkaniem w tej kadrze, za równo dla pana Nawałki jak i dla paru jego najemników.

Po tych meczach, okazało się też, że nie tylko niektórzy piłkarze nie dorośli do takich widowisk piłkarskich. Polscy kibice, którzy często w różnych sportach uchodzą za najlepszych na świecie, też ewidentnie dali ciała. Oczywiście nie wszyscy. Jednak wysyp Januszy, którzy w życiu nie kopnęli połowy piłki, momentami był wręcz zatrważający. I nie mówię tu o tym żeby nie pisać/mówić merytorycznych analiz błędów jakie popełniła polska reprezentacja. Nie mówię tu o tym, że zarówno po pierwszym jak i drugim meczu nie powinno się pisać nic, lub klepać piłkarzy po pleckach. Oczywiście, że nie, bo niczym sobie na to nie zasłużyli podczas tej imprezy. Jednak nazywanie piłkarzy od idiotów, debili, patałachów, śmieci, miernot, zer i tym podobnych jest co najmniej słabe. Słabsze nawet niż to co zaprezentowała do tej pory polska kadra w Rosji. Dla wielu osób popularne hasło „dumni po zwycięstwie, wierni po porażce” to czysta abstrakcja. No ale to jasne, że za klawiaturą komputera to każdy jest kozakiem. Jednak kiedy wydawało mi się wczoraj, że nie może być już gorzej, i że poziomu nie można zaniżyć, do gry weszli dziennikarze…

Bycie dziennikarzem jeszcze przed erą internetu było czymś. Czymś ważnym i przez wielu szanowanym. Wraz z wejściem do gry mediów cyfrowych to się dość mocno zmieniło. Ja sam wychowałem się na Przeglądzie Sportowym, po który biegałem do kiosku co rano od 9-10 roku życia. Ba, w moich latach młodzieńczych było tak, że do Białegostoku docierał on opóźniony o jeden dzień. To znaczy, że w kupionym Przeglądzie na przykład w środę czytałem o tym co wydarzyło się w poniedziałek. Dla mnie nie robiło to jednak znaczenia ponieważ ja tę gazetę nie czytałem, a wręcz chłonąłem. Od deski do deski, często czytając też o sportach o których wtedy nie miałem pojęcia i które w sumie mnie na dobrą sprawę nie interesowały. Jednak to ta gazeta była dla mnie najważniejsza. I to właśnie ta gazeta po wczorajszym meczu z Kolumbią przygotowała taką okładkę.

Ja widząc ten żenujący pomysł zastanowiłem się nad kilkoma rzeczami. Na początku, w trosce o zdrowie rzecz jasna, zastanowiłem się czy kogoś w Przeglądzie aby przypadkiem nie popierdoliło? Jeszcze nie tak dawno temu, bo z kilka dni, w tej samej oraz innych gazetach można było czytać teksty sugerujące, że „wspieramy naszą kadrę”, „wierzymy w dobry występ” czy też w skrajnych przypadkach „do Rosji jedziemy po medal”. A tu nagle taka zmiana taktyki na „jedziemy z frajerami!”?

To jest tak żenujące, że autentycznie szkoda mi mojego czasu na pisanie, i waszego na czytanie. Wspomnę tylko to, że już w historii polskiej prasy mieliśmy równie durne pomysły, które najpierw komuś przyszły do głowy, później ktoś je klepnął, a następnie niestety wcielił w życie. Przykład? Proszę bardzo. Okładka z Fakcie już po pierwszym meczu Mundialu w 2006 roku.

Na tej obecnej okładce Przeglądu jest coś jeszcze co mnie zastanawia. Dlaczego jest tylko na niej Grzegorz Krychowiak, a nie ma innych piłkarzy? A skoro już miał być jeden, to dlaczego na przykład nie Robert Lewandowski, który nie dość, że dał ciała znacznie bardziej, a do tego jest kapitanem tego zespołu? Tego mam wrażenie, że nawet w Przeglądzie nie wiedzą, bo poszli na taki żywioł po meczu.

Jednym słowem, wczorajszego wieczora coś się skończyło. Skończyło w sposób niespodziewany i dosyć bolesny. Jednak ja w swoim życiu takich kibicowskich wieczorów z różnymi sportami, kiedy miało być cudowanie, a był jeden wielki chu… przeżyłem już kilka. Dlatego wczorajsza porażka powiedziałbym nawet, że po mnie spłynęła. Nie spływa po mnie jednak to w jaki sposób ta porażka została odniesiona oraz jakie reakcje za sobą przyniosła. Mam nawet wrażenie, że i piłkarze, i dziennikarze, i nawet my kibice jesteśmy w tym trudnym momencie po prostu siebie warci. Niestety.