CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Wrocławski debiut LOGinLAB

dodany przezKamil Timoszuk 21 lutego 2017 3 komentarze

Spontany są fajne. Szczególnie te przez które zarywasz kolejną noc z rzędu, wybierasz się na drugi koniec Polski „bo tak”, lub też masz nieplanowane wydatki. Pomimo też zadawania sobie kilkukrotnie pytania „Czy ja jestem normalny?!” i tak to robisz. I taki to był właśnie mój weekendowy wypad do Wrocławia.

W stolicy Dolnego Śląska nie było mnie już dawno. W moim prywatnym słowniku oznacza to już prawie dwa lata. Ostatnim razem, kiedy udało mi się odwiedzić to jedno z ładniejszych miast Polski, to przyciągnął mnie tam event Poland Throwdown w 2015 roku. Fajna impreza w kultowym miejscu czyli Hali Ludowej, zwanej teraz Halą Stulecia. O tym że będę chciał dotrzeć tam ponownie, wiedziałem już od momentu, kiedy ekipa pod kryptonimem LOGinLAB ogłosiła, że w 2017 roku zorganizuje aż 4 imprezy z tego cyklu, a jedną z nich umiejscowi właśnie na Dolnym Śląsku. Po tym co zobaczyłem w 2016 roku w Krotoszynie, LOGinLAB w moich oczach zyskał dużą aprobatę i kredyt zaufania na przyszłość.

Gdyby tego kredytu nie było, to być może kilkukrotnie mocniej bym się zastanowił nad tym czy się wybierać na ich imprezę. Tym bardziej, że ze względu na obowiązki trzymające mnie w Białymstoku, myślałem że nie będzie to w ogóle możliwe. Zmiana planów w ostatniej chwili, plus mniej lub bardziej świadoma motywacja poprzez wjeżdżanie mi na ambicję „ludzi z internetu” sprawiła, że decyzja była stosunkowo prosta – JADĘ! A że później po przespaniu niecałych 3 godzin, trzeba było wstać i jechać na dworzec to już inna sprawa 😉 Poza tym pierwsze z zaskoczeń tego weekendu spotkało mnie właśnie już na białostockim dworcu PKP. To właśnie tam dowiedziałem się, że nie ma już biletów w drugiej klasie na jedyny bezpośredni pociąg. Nie było więc innej opcji, trzeba było brać klasę pierwszą. O dziwo, różnica w cenie pomiędzy tymi dwoma biletami, na tak długiej trasie, to… 18 złotych. Słysząc to kamień spadł mi z serca, tuż obok stopy, i okazało się, że w tym miesiącu zjem jeszcze jakiś ciepły posiłek 😉 Sam pociąg zaś był dowodem na to, że z PKP nie jest tak wcale najgorzej. I nie piszę tego w kontekście 7-godzinnej jazdy w pierwszej klasie. Cały, bezprzedziałowy pociąg, przez który miałem okazję się sobie przespacerować, był dowodem na to, że Europa zawitała do Polski 🙂

Na szczęście pociąg nie miał praktycznie żadnego opóźnienia, nie licząc tej 15-minutowej obsuwy jaką załapał paradoksalnie już w samym Wrocławiu. Dlatego też do boxa CrossFit Wrocław mogłem dotrzeć stosunkowo jak najwcześniej. Tutaj też należy się wam małe wtrącenie na temat mojego podejścia do życia, które przekłada się także na różne jego aspekty. W tym jednak przypadku mam na myśli spóźnianie się. Nie znoszę tego robić i niemal od zawsze wychodzę z założenia, że „wolę przyjść 15 minut za wcześnie, aniżeli minutę się spóźnić”. Tak samo mam też z imprezami crossfitowymi na które jeżdżę. Od dłuższego już czasu wolę przyjechać na przykład dzień wcześniej lub też konkretnie zarwać noc przed zawodami, aniżeli pojawiać się tak jak właśnie we Wrocławiu. Czasami jednak po prostu inaczej się nie da i z tym nie ma co polemizować. Jednak już od wejścia do boxa na ulicy Bacciarellego, można było odnieść wrażenie, że tego dnie tam dzieje się wszystko. Dosłownie WSZYSTKO.

Pierwsze co czuło się po przekroczeniu progu CrossFit Wrocław to ciepło, przechodzące później w gorąc. Nic w tym jednak dziwnego, skoro praktycznie od piątkowego wieczora, box zaczęło okupować od kilkudziesięciu, do kilkuset osób w szczytowym momencie. Drugą rzeczą jaką można było odnotować to chaos. Autentycznie było czuć, że w tym miejscu dzieje się praktycznie wszystko i ciężko było zobaczyć, że ktoś nad tym panuje. Niestety to uczucie z przynajmniej kilku powodów nie mogło mnie opuścić prawie do końca zawodów. Co gorsza podobne wrażenia miało też wielu zawodników, które zapewne zabrali później do domów .

Pierwszą z tegorocznych imprez ze stajni LOGinLAB była impreza LOGinLAB Scaled 2017. Event, który teoretycznie skierowany był do osób początkujących i startujących w zawodach po raz pierwszy w życiu. Z harmonogramu imprezy wynikało, że Dawid Kujawski, który był głównym organizatorem całego tego zamieszania, miał ochotę zrobić event nie tylko sportowy, ale także nazwijmy to socjalny. Miała w tym głównie pomóc część, która była zaplanowana tuż po zakończeniu pierwszego dnia rywalizacji. Składały się na nią warsztaty różnego rodzaju oraz inne atrakcje z wieczorną integracją w boxie na czele 😉 Jednak aby to się miało odbyć w zaplanowanej formie, część podstawowa zawodów czyli sportowa rywalizacja, musiałaby pójść zgodnie z planem. A z tym niestety był problem.

Dawid Kujawski odkąd niejako wyszedł z cienia i swojego Krotoszyna, daje się poznać szerszej publiczności jako człowiek pełen pomysłów. Jak jednak pokazały zawody we Wrocławiu, nie wszystkie jego zamierzenia, da się bezboleśnie zrealizować. Tym bardziej jeśli w jedno miejsce zjeżdża się prawie 150 osób chcących ze sobą rywalizować. Ja zaraz po wejściu do boxa we Wrocławiu, zanim jeszcze ściągnąłem kurtkę to stanąłem sobie przy linii bocznej zawodów, aby zobaczyć co się akurat dzieje. I stałem tam dobre 5 minut aby spróbować to ogarnąć – niestety bezskutecznie. Co gorsza, jeden ze znajomych, jaki w odróżnieniu ode mnie był tam od samego początku, także nie potrafił mi powiedzieć co się właśnie odbywa na głównej arenie zmagań. Gdy się jeszcze okazało, że cała rywalizacja trwa także na drugiej arenie, było dla mnie niemal jasne, że na tych zawodach nie będę się skupiał na tym kto prowadzi, a kto jest ostatni. Głównie dlatego, że nie było na to praktycznie szans z racji niezłego rozstrzału, czy też podziału jak kto woli. Na tych zawodach wolałem skupić się chociażby na zebraniu jak najbardziej wartościowego foto materiału, pożyczonym w ostatniej chwili aparatem. Niestety co gorsza, w tym wszystkim zagubieni czuli się tam także zawodnicy.

GALERIA ZDJĘĆ Z PIERWSZEGO DNIA LOGinLAB SCALED

Sam box CrossFit Wrocław daje też niemałe możliwości do zagubienia się. Jest to bowiem potężna hala, w której z jednej strony znajduje się wolna przestrzeń z chyba największym rigiem w Polsce. Z drugiej natomiast, stoi kolejny rig oraz cała masa różnego rodzaju sprzętu firmy HES, z klatką i pomostami ciężarowymi na czele. Poczucie tłoku dawały też bieżnie manualne firmy SpeedFit, które były wykorzystane w jednym z pierwszych workoutów.

Jeśli do tego dorzucimy jeszcze stoisko Reeboka, gdzie można było wypożyczyć sobie na weekend Nano 7, czy też catering prosto z Krotoszyna z smacznym jedzeniem, to miejsca na resztę aktywności było niewiele. Jednak aby dało się rozegrać rywalizację we wszystkich kategoriach, których było 4, postanowiono, że będą one startować jednocześnie w kilku miejscach. To sprawiało, że zawody te niemal z automatu były praktycznie nie do śledzenia przez zwykłego kibica, który chciałby po prostu wiedzieć co się dzieje.

Jednym z głównych zarzutów jaki dało się usłyszeć z wielu stron było to, że impreza, która miała być w całości skalowana, nagle zrobiła się Rx i Scaled. Z tym, że osoby, które danych ćwiczeń nie potrafiły wykonać tak jak było rozpisane, i były zmuszone je sobie zamieniać na jakieś mniej wymagające zamienniki, niemal z urzędu były pozbawiane szans na końcową wygraną. Czyli tak naprawdę wiele osób poczuło się lekko oszukanych. I nawet nie ze względu na takie rozwiązanie, ale bardziej z powodu braku informacji o tym rozwiązaniu na jakiś czas przed zawodami. Wtedy pewnie wiele osób by się konkretnie zastanowiło nad tym, czy się na coś takiego piszą. Ja po kilku rozmowach z różnymi osobami wnioskuję, że parę osób by z tego powodu do Wrocławia nie dotarło. Inną i niejako silnie powiązaną z tym sprawą, było to skalowanie oraz wyznaczone standardy. Ja nie będąc od samego początku zawodów, nie byłem świadomy tego, że zawodnicy nie mieli pełnej świadomości tego w jaki sposób mogą kolejne ćwiczenia skalować. W przypadku takich na przykład T2B, u niektórych były to kolana do łokci, a u innych kolana do brzucha. W przypadku podciągania na drążku, u jednych było to podskakiwanie z ułożonych pod drążkiem talerzy, a u innych guma. Guma, którą niektórzy sędziowie pomagali zakładać, a innym nie, bo podobno nie mogli. Wyczuwam więc pewną dezinformację.

Do tego wszystkiego doszło też zamieszanie z sędziowaniem, czyli tym co jest powodem wielu dyskusji na wielu zawodach. W przypadku LOGinLAB Scaled 2017 mniej było pretensji o to czy sędzia zaliczał lub nie taki czy inny ruch. Tutaj bardziej chodziło o realizację, bardzo fajnego swoją droga pomysłu, który zakładał, że zawodnicy po  skończonym swoim workoucie mieli iść i sędziować kolejnym zawodnikom. Na papierze i w samym zamyśle brzmi to naprawdę spoko. Bo może właśnie dzięki temu, wiele osób by uświadomiło sobie jak niełatwym zadaniem jest sędziowanie na zawodach. Niestety, tutaj także zabrakło według relacji zawodników, komunikacji na linii organizatorzy – „sędziowie zawodnicy”. Nikt bowiem przed startem całej imprezy nie wytłumaczył, nie przeszkolił choćby w skrócie, nie sprawił, że ludzie chcieliby to robić. Dlatego wraz z rozwojem zawodów, ten pomysł został porzucony. Niestety dokładając jeszcze przewinień, nie sposób nie wspomnieć o „workoutach z zaskoczenia” jak to ktoś ładnie nazwał we Wrocławiu. Mowa tu o sytuacjach, kiedy dany zawodnik nie miał żadnej wiedzy na temat tego kiedy oraz gdzie startuje przez całe zawody. Później natomiast skutkowało to tym, że prowadzący zawody szalony jak zawsze Arkadiusz Bujas, musiał wielokrotnie wywoływać kolejnych zawodników. Ci natomiast w biegu się szykowali i fundowali wszystkim kolejne minuty opóźnienia.

GALERIA ZDJĘĆ Z DRUGIEGO DNIA LOGinLAB SCALED

Czy jednak zbierając to wszystko do kupy można by stwierdzić, że te zawody były słabe lub nieudane? Ja osobiście oglądając to z boku, pomimo wszystko bym tak nie powiedział. No drugi Poznań to na pewno nie był 😉 W rywalizacji zespołów można było zobaczyć wiele znajomych twarzy, dla których nie był to pierwszy start w zawodach. Na takie rozwiązanie pozwalał jednak regulamin. Dlatego też osoby, dla których była to pierwsza możliwość przyjechania na taki event, miały możliwość podpatrzenia bardziej doświadczonych kolegów czy koleżanki. Jeśli ktoś z nowicjuszy postanowi wybrać się gdzieś jeszcze, to jest szansa, że takie doświadczenie może w jakimś stopniu zaprocentować. Jedną z bardziej kolorowych osób całego wydarzenia był jednak człowiek, który w samych zawodach nie brał udziału, ale wykonywał poszczególne workouty. Mowa tu o szalonym Hiszpanie o imieniu Antonio, który studiuje w Polsce i niestety za późno się zorientował o możliwości zapisów na zawody.

Pomimo to przyszedł i uzgodnił z organizatorami, że w razie gdyby pojawiała się możliwość wystartowania w jakimś z heatów, tak dla przyjemności, to on by bardzo chciał. Po tym co później pokazał on jako zawodnik, śmiało można stwierdzić, że gdyby tylko brał udział w oficjalnej rywalizacji to byłby jednym z głównych faworytów. Poza tym, był on prawdziwą dusza towarzystwa i buchającym żarem wulkanem energii. To jak zagrzewał kolejne kompletnie mu nieznajome osoby do walki, było niemal książkowym przykładem crossfitowego wsparcia. To też jeszcze bardziej uświadomiło mi, że jeden z projektów jakie szykuję w tym roku w związku z różnymi zawodami, ma po prostu sens 😉

Jedną też z dyskusji jaka trwała przez niemal całe dwa dni rywalizacji, był to dobór ćwiczeń do takich zawodów. O ile podciąganie się na drążku czy double unders można w pełni uargumentować, to szukanie maksa w dwuboju olimpijskim lub wspinanie się na linę już mniej. Jednak gdyby nie to, że właśnie te ćwiczenia się tam znalazły, to wiele osób do dziś żyłoby w nieświadomości o swoich zaniżonych maksach w tych ćwiczeniach. Dobrym przykładem jest Dorota Borowiecka z CrossFit Czechów, która swój clean and jerk poprawiła na zawodach o 7 kilogramów. A więc magia rywalizacji na zawodach jak zwykle zadziałała. Nie była ona jednak odosobniona w takich wyczynach, bo sądząc po komentarzach na Facebooku pod moimi fotkami z pierwszego dnia rywalizacji, miałem to szczęście, że uwieczniłem całkiem sporo tych nowych PR-ów 😉

Impreza z cyklu LOGinLAB nie byłaby też sobą, gdyby zabrakło w niej jakiegoś elementu, którego nie spotka się nigdzie indziej. I tego Dawidowi odmówić na pewno nie można. Dwoma takimi dodatkami okazały się być z jednej strony pokazowy trening częściowej ekipy CrossFit Wrocław, która już w tym tygodniu zaczyna swoją walkę o tegoroczne Regionalsy. Z pełnego składu w sobotnie popołudnie zaprezentowali się publiczności Paweł Czaplicki, Mateusz Homski, Joanna Luty oraz Katarzyna Kurowska. Zabrakło zaś Marysi Kurzawy oraz pomagającego w organizacji wrocławskich zawodów Pawła Liszewskiego. Czy po tym jednym treningu można by coś wnioskować pod kątem Open? Ja bym się na to nie porywał. Za to fajnie było zobaczyć w akcji 15-letniego Szymona Urbańskiego, który jak twierdzą miejscowi, może niebawem namieszać. Ja jestem jednak daleki od pompowania balona z nazwą „czekamy na kolejnego Polaka na Gamesach”. Jednak jeśli by tak się wydarzyło, to nikt by raczej nie narzekał. Póki co, to tylko spokój i trzymanie za wszystkich kciuków może nas uratować 😉

Tak jak dobre wspomnienia z Wrocławia mógł i w mojej opinii uratował Dawid, organizując ciekawy czas po zakończeniu pierwszego dnia rywalizacji. Było to kompletnie oderwane od zawodów i tego co można przede wszystkim robić w crossfitowym boxie, ale chyba nikt z uczestniczących w tym osób nie żałował, że wziął w tym udział 😉 Punktem kulminacyjnym tego wszystkiego była ta piosenka 🙂

Gdyby ktoś pytał to nie, nie śpiewaliśmy cicho 😉 Panował tam specyficzny podział ról na głosy, który sprawił, że tylko w niektórych momentach było donośnie. Ale to co działo się we Wrocławiu niech zostanie we Wrocławiu 🙂

I chyba to jest całkiem dobra puenta całej dwudniowej imprezy LOGinLAB Scaled 2017. Imprezy, przed którą sporo osób miało chyba dość wysokie oczekiwania. Oczekiwania, które z jednej strony zostały zbudowane na ubiegłorocznym Krotoszynie, a z drugiej które trochę minęły się tym razem z wykonaniem. Dlaczego tak się stało? Moim zdaniem zabrakło większej komunikacji. Bo to na tym polu jest najwięcej żalu ze strony startujących. Bo gdyby pewne szczegóły takie jak możliwości skalowania, potencjalne ćwiczenia jakie mogą się trafić na tych zawodach i kilka jeszcze innych rzeczy było znane wcześniej, to wielu niedomówień czy uczuć zawodu u startujących, można by było uniknąć. Pytanie teraz jest jednak takie – na ile osoby startujące w takiej imprezie po raz pierwszy, będą chciały ten wyczyn powtórzyć. Bo według mnie to powinno być jednym z głównych założeń tego typu zawodów. Bo zawodnikami na poziomie TOP5 czy TOP10 w Polsce może będzie niewielu z nich. Jednak fajnie by było, aby nowicjusze po powrocie do swoich domów z takiego Wrocławia, mieli poczucie głodu treningowego i chęci ponownego zmierzenia się z innymi w tego typu rywalizacji.