CrossFitO wszystkimZawody & Eventy

Więcej, mocniej ale czy lepiej?

dodany przezKamil Timoszuk 20 lipca 2017 0 Komentarzy

Krotoszyn, miasto o którym jeszcze dwa lata temu nie wiedziałem nic. Wystarczył jednak dwukrotny powód aby udać się do tego miejsca, a w jednej chwili do głowy przychodzi bardzo wiele skojarzeń. A wszystko to za sprawą imprezy o nazwie LOGinLAB.

Dawid Kujawski to człowiek nietuzinkowy. Nic więc dziwnego, że od 3 lat stara się organizować imprezę na miarę jego charakteru. Taką jakiej nie spotka się w innej części naszego kraju czy nawet Europy. Wiele osób po tym, jak na pierwszą edycję przyjechało zaledwie 30 osób, dałoby sobie spokój z kolejnymi edycjami i kolejnymi działaniami na rzecz takiego projektu. Ale nie on. Dawid postanowił, że dopóki ta impreza będzie dawała satysfakcję oraz zadowolenie wielu ludziom, tak on nie poprzestanie w swoich działaniach.

W efekcie tego w ubiegłym roku Dawid wraz ze swoimi ludźmi, urządził w Krotoszynie moim zdaniem najlepszą crossfitową imprezę 2016 roku. Rozmach z jakim działano przy tej imprezie, mógł się śmiało równać z dotychczasowym liderem tego typu eventów na naszym podwórku czyli Amarok East Side Challenge. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia. W tym przypadku spowodowało to fakt, że w tym roku LOGinLAB miała mieć nie jedną, a aż 4 swoje odsłony. Pierwsza z nich odbyła się już w połowie lutego we Wrocławiu i były to zawody skierowane do ludzi kompletnie początkujących. Drugimi zawodami, głównie zespołowymi, miały być zawody w Poznaniu, które jednak w natłoku innych spraw wypadły z kalendarza. Trzecim z kolei miejscem spotkania fanów LABu był właśnie Krotoszyn, a we wrześniu czeka nas impreza przy okazji targów FIWE w Warszawie. Czy jednak ilość idzie w parze z jakością?

W ubiegłym roku gdy wyjeżdżałem z Krotoszynforni, byłem autentycznie zauroczony tym co zobaczyłem, przeżyłem i doświadczyłem w ciągu spędzonych tam trzech dni. Było to jedno z większych moich prywatnych pozytywnych zaskoczeń w całej kilkuletniej swojej przygody z CrossFitem. Nic więc dziwnego, że cieszyłem się na informację o tym, że w 2017 doczekamy się projektu LOGinLAB w kilku odsłonach. Jednak pierwsze otrzeźwienie przyszło we Wrocławiu, gdzie spróbowano upchać dużą ilość kategorii, z jeszcze większą ilością zawodników. Tam działo się niemal… wszystko. Szkoda tylko, że ciężko było to ogarnąć. Mając jednak takie doświadczenia, można było się spodziewać, że w przypadku flagowej imprezy czyli LOGinLAB 2017 zostanie zrobione to trochę inaczej.

GALERIA ZDJĘĆ Z PIERWSZEGO DNIA LOGinLAB 2017

Jedną też z obaw jaka wiązała się tymi zawodami była pogoda, która w tym roku nie rozpieszcza żadnego regionu w tym kraju. Bo niby mamy już kalendarzowe lato, a jednak jakoś go specjalnie nie czuć. W Krotoszynie mają jednak chyba na to jakiś sposób, bo ja jadąc od samego rana w większości Polski widziałem kupę chmur. A im bliżej było docelowego miejsca, tym sytuacja się poprawiała. I poprawiła się na tyle, że po raz kolejny trzy dni w Krotoszynie stały pod znakiem bardzo przyjemnej aury. Normalnie cud 😉

Zanim zawody ruszyły na dobre, to w internecie pojawiła się rozpiska mówiąca o tym jak będzie wyglądać pierwszy dzień rywalizacji. I jedno co mnie bardzo mocno zastanowiło to fakt, że w tym samym czasie, impreza miała odbywać się w dwóch miejscach jednocześnie. Pierwszego dnia był to krotoszyński rynek oraz basen. Drugiego dnia historia się także powtórzyła i w tartaku część zawodników musiała rywalizować pod dachem, a część na podwórku. Oczywiście rozumiem skąd się wzięło rozwiązanie i to, że jest ono spowodowane tym, że przy takiej ilości startujących nie dało się tego praktycznie inaczej rozwiązać. Jednak w moim odczuciu trochę to zabiło ogólny klimat. Trochę też dla mnie osobiście skojarzyło się to z imprezą we Wrocławiu, gdzie miałem wrażenie, że ilość była ważniejsza niż jakość. I o ile tam można było to uznać za poligon doświadczalny różnych rozwiązań, tak Krotoszyn nie powinien być aż takim poligonem doświadczalnym różnych rozwiązań.

Po odprawie zawodników, która odbyła się w nowym miejscu czyli na bardzo fajnej hali widowiskowo sportowej w Krotoszynie, ludzie musieli zadecydować czy chcą oglądać indywidualne zmagania na basenie, czy może zespołowe na rynku. Ja pierwotnie planowałem się niemal rozdwoić i być w obu miejscach jednocześnie, ale tego nie udało mi się dokonać. I to właśnie też wtedy zrozumiałem, że LOGinLAB 2017 będzie jedną z tych niewielu imprez gdzie wyniki czysto sportowe zejdą na dalszy plan. Bo co to za frajda być na fajnych zawodach, a osiągane wyniki przez poszczególnych zawodników sprawdzać sobie po fakcie w internecie? Dla mnie jako wieloletniego kibica, którego takie rzeczy po prostu interesują, jest to po prostu słaba opcja. Dlatego też jeśli ktoś liczy, że w tym tekście przeczyta w dużej mierze o wyczynach sportowych podczas LOGinLAB to niestety, nie tym razem. Może dało się to zrobić, ale tym razem nie wpadłem na to jak to fizycznie zrobić. Pomimo to, mam jeszcze parę rzeczy do napisania.

Podczas tegorocznych zmagań w Krotoszynie, już jako pełnoprawne, a nie tylko testowo pojawiły się kategorie zespołowe. Zawodnicy i zawodniczki rywalizowali w kombinacjach kobieta + mężczyzna, mężczyzna + mężczyzna, mężczyzna + mężczyzna + mężczyzna, a do tego standardowo ogólna kategoria męska i damska, a także Masters z takim samym podziałem. To jednak w drużynach pojawiło się wiele topowych polskich nazwisk, które połączyły siły. Nic więc dziwnego, że to właśnie te zmagania oglądała z trybun większa liczba ludzi. Ja także miałem gdzieś z tyłu głowy fakt, że jestem po części odpowiedzialny za znalezienie osoby, która na sam koniec imprezy, otrzyma moje wyróżnienie. Wiedząc jednak, że przy tym wyborze pomagają mi także ludzie z Krotoszyna sprawiał, że byłem spokojny o to, że trafi ona w dobre ręce.

Jeśli ktoś do Krotoszyna przyjechał z myślą aby zobaczyć emocjonujące widowisko, to już pierwszego dnia mógł tego doświadczyć. Już pierwszy workout na basenie dla zespołów był skonstruowany w taki sposób, że oprócz siły, trzeba było też użyć do jego wykonania trochę głowy. Wszystko dlatego, że teamy męskie wykonując 4 rundy pływania i thrusterów hantlem miały mierzony zarówno czas wykonania tych rund, jak i ilość thrusterów jakie udało im się wykonać w tym czasie. Poza tym na basenie można było zobaczyć popis odwagi oraz przykład braku wyobraźni. Ten pierwszy był dziełem Rommela Picona z CrossFit Mjollnir, który w parze z Darią Twardowską starał się walczyć ze swoją słabością jaką jest pływanie. Ja jako osoba, która także nie pływa, tym bardziej doceniam takie poświęcenie i uskuteczniania sportowej żabki 😉 Doskonale wiem ile musiało to kosztować nie tyle sił co przede wszystkim stresu.

Z drugiej strony zupełną beztroską na basenie w pewnym momencie wykazali się ratownicy. Rozleniwieni przebłyskami letniego słońca wylegiwali się na brzegu w chwili, gdy jednego z reprezentantów CrossFit R99 w basenie złapał skurcz. W chwili gdy nie reagowali oni na nawoływania ludzi z brzegu, na pomoc koledze musieli się rzucić inni zawodnicy. Dopiero wtedy bohaterscy panowie, wspaniałomyślnie rzucili koło ratunkowe. Mówiąc więc krótko – to było słabe.

Rywalizacja zespołowa w Krotoszynie sprawiła, że można było zobaczyć na własne oczy jak trudno współpracuje się w zespole mężczyzny z kobietą. Pierwszego dnia widać to było na martwych ciągach ze sztangą o wadze 150kilogramów, kiedy dysproporcja wzrostu dawała się niektórym parom mocno we znaki 🙂

GALERIA ZDJĘĆ Z DRUGIEGO DNIA LOGinLAB 2017

Drugi dzień także dostarczył tego typu „atrakcji” w chwili kiedy drużyna musiała wykonywać przysiady z drewnianą belką na barku. Jako, że kobiety w większości przypadków były zdecydowanie niższe i słabsze od swoich partnerów treningowych, to w naturalny sposób kłoda leżała bardziej na ich barku i w większym stopniu dociskała je do ziemi. W tym momencie jednak okazało się, że określenie „słaba płeć” nie ma kompletnie żadnej racji bytu 🙂

O tym, że LOGinLAB rośnie z roku na rok, można było przekonać się w samym tartaku, który podczas tegorocznej edycji został wykorzystany w jeszcze większym stopniu niż w latach ubiegłych. Tym razem zawodnicy startowali na zmianę albo w hali w której na co dzień odbywa się produkcja różnych konstrukcji drewnianych, albo na placu przed obiektem w którym składowane jest właśnie drewno. Zresztą tym razem została wykorzystana cały okoliczny teren, ponieważ wszyscy startujący mogli poznać uroki tego miejsca, biegając kilometr workoutowy po wyznaczonej trasie. Być może też w tym momencie znowu się powtórzę, ale pomimo znacznie bliższej odległości pomiędzy halą, a placem, aniżeli rynkiem i basenem w Krotoszynie, to nadal impreza moim zdaniem była trudna do śledzenia dla potencjalnego kibica.

Tym bardziej tego szkoda, ponieważ czysto sportowego widowiska i związanego z nim emocji na pewno nie brakowało. Po raz kolejny w tartaku Burkietowicz pojawiły się chyba już kultowe ścianki do przeskakiwania w połączeniu z burpeesami. Jednak o ile w roku ubiegłym większość zawodników pokonywała je w dość standardowy i bardzo do siebie podobny sposób, tak w tym pomysłów na jej przebycie było co nie miara. Od przeskakiwania i wdrapywania się, poprzez przetaczanie i przechodzenie za pomocą jednego kroku, aż po coś co nazwałbym tartakowym break dance jaki wykonywał Michał Dwornik z CrossFit Mokotów. Jak dla mnie sposób pokonywania tej przeszkody wygrał wszystko 😉

Cichym bohaterem też tego dnia został Szymon Urbański z CrossFit Wrocław. 15-latek, który niebawem wyruszy w swoją największą podróż w dotychczasowym życiu, aby zmierzyć się w USA ze swoimi rówieśnikami na CrossFit Games. W Krotoszynie startował on ze swoim trenerem Pawłem Czaplickim, który prowadzi go od samego początku. Szymon musiał w Krotoszynie stawić czoła nie lada wyzwaniu, ponieważ w drugim workoucie tego dnia było do wykonania 100 burpees, a tuż po nich 80 sztuk clean and jerk na parę, w systemie „I go, you go”. Problem polegał na tym, że sztanga ważyła 90 kilogramów, a obecny PR Szymona wynosi zaledwie 5 kilogramów więcej. Dlatego na potrzeby tej pary zmieniono trochę zasady i panowie musieli wykonać 80 powtórzeń w dowolnej konfiguracji ilościowej. Jednak czystą przyjemnością było oglądanie młodego chłopaka z Wrocławia, gdy po kilku powtórzeniach Pawła, który w tym treningu robił swoje cardio, podchodził do sztangi i walczył o kolejne swoje powtórzenia. Normalnie #GoKapustka 😉

Organizatorzy imprezy postanowili też, że trzeci workout tego dnia do końca zostanie utrzymany w tajemnicy i zostanie ogłoszony tuż przed jego startem. I o ile takie rozwiązanie dla podtrzymania emocji warto pochwalić, to sposób jego wdrożenia trochę pozostawił do życzenia. Największym zaskoczeniem było na pewno to, że tym workoutem było trzymanie jak największą ilość czasu pozycji L-Sit. Tego zadania każdy z zawodników podejmował się dwa razy, a wynikiem był łącznie zebrany czas. Niewątpliwie ten workout do przekrojowych na pewno nie należał. Na uprzywilejowanej pozycji stali w nim mniejsi i mniej ważący zawodnicy. Niestety aby było jeszcze bardziej zagmatwanie, podczas omawiania standardów doszło do kilku zmian, które w późniejszym czasie wywołały wielkie emocje. Zresztą sam temat sędziowania, czyli czynności która do łatwych a pewno nie należy, w tym roku w dużej mierze zdominował rozmowy w Krotoszynie. Nic jednak dziwnego, skoro było widać gołym okiem, że standardy tego ostatniego workoutu u wielu sędziów różniły się w sposób co najmniej znaczący. W żaden jednak sposób nie usprawiedliwia to faktu awanturowania się przez zawodników i doprowadzania do sytuacji „na ostrzu noża”, które były już bardzo bliskie rękoczynom. Zresztą cała nerwowa atmosfera, pomimo upływu kilku godzin, ujawniła się raz jeszcze podczas wieczornego ogłoszenia niedzielnych workoutów i omawiania standardów już na rynku w Krotoszynie. To właśnie w tym miejscu i tej chwili wielu zawodników i zawodniczek postanowiło zgłosić swoje obiekcje co do dotychczasowego przebiegu imprezy. W wyniku tego można było zobaczyć jedną z najbardziej burzliwych odpraw przed zawodami jaką przynajmniej ja miałem okazję widzieć. Patrząc też na to z boku, i starając się zrozumieć obie strony, tak sobie myślałem, że „nie o taki Krotoszyn walczyłem” 😉 Kompletnie to nie przystawało do atmosfery jaką zapamiętałem z roku ubiegłego i dawało chyba do myślenia, że w tym roku chyba „coś poszło nie tak”. W dużej mierze też dlatego tegorocznym laureatem mojego wyróżnienia został Tomek Gromada. Chłopak który w tym całym Krotoszyńskim szaleństwie i pogoni za kolejnymi repami, nie miał problemu z tym aby przyjść do organizatorów i poprosić o ZMNIEJSZENIE mu liczby powtórzeń, które ewidentnie zostały zawyżone. Jak więc widać na załączonym obrazku, nawet w takiej napiętej chwilami atmosferze, można nadal zostać po prostu uczciwym człowiekiem.

Dawid wraz ze swoją ekipą, pomimo licznych sugestii w trakcie odprawy, nie zmienili swoich założeń i ostatniego dnia postanowili, że każdy workout będzie trwać nie więcej jak 8 minut. Od tych właśnie workoutów zależało, kto stanie na podium, a kto obejdzie się smakiem. Dobrym rozwiązaniem było to, że każda z kategorii składała się tylko z jednego heatu, co teoretycznie powinno nadać tempa tej imprezie. W praktyce jednak nie obyło się bez wpadki w postaci dwugodzinnego opóźnienia w stosunku do zakładanego harmonogramu. Takie sytuacje dają podstawy twierdzić, że coś tu ewidentnie zostało niedopracowane.

Na szczęście ten fakt zrekompensowały emocje w postaci rozstrzygnięć, które w wielu kategoriach zapadały w końcowych sekundach ostatnich workoutów. Przykładami osób, które wywalczyły sobie miejsce na pudle dzięki ostatniemu workoutowi jest na przykład Ariel Barwiński czy też Emilia Hoff. Wyniki zresztą możecie sprawdzić jak zwykle na Athletes Zone. Niestety finałowego dnia do udanych na pewno nie zaliczy Paweł Kozak, który startując razem z Miłoszem Staworzyńskim w zespole, nabawił się kontuzji, która w ogólnym rozrachunku wyklucza go na kilka dobrych tygodni z cyklu treningowego. Tutaj należy też wspomnieć o postawie wcześniej już wspomnianego Michała Dwornika, który na co dzień jest fizjoterapeutą. I to właśnie on w tak trudnych chwilach dla Pawła udzielił mu pomocy w postaci pojechania z nim do szpitala i ogarnięcia wszystkiego co tylko było możliwe na tamta chwilę. Zresztą jak się później okazało, reprezentant CrossFit Mokotów, przez cały dzień doradzał i pomagał swoim kolegom, którym coś dolegało. Postawa godna kogoś, kto ma prawdziwe powołanie.  Wracając zaś do samego Pawła, jak pokazuje przykład jego kolegi z drużyny – nie ma takiego bagna z którego nie można wyjść. Dlatego trzeba teraz trzymać kciuki za to, aby Paweł poradził sobie z kontuzją tak samo dobrze jak zrobił to Miłosz. A więc zdrowia!

Jak więc bym podsumował ten cały weekend? Moim zdaniem były to dni pełne różnych sprzeczności. Z jednej strony bowiem, ja osobiście miałem spore oczekiwania co do tej imprezy. Oczekiwania spowodowane tym jak wyglądał ten event rok temu i jak dzięki temu wysoko została zawieszona poprzeczka. Szczególnie ta od strony organizacyjnej. W tym roku miejscowość na południu Polski, nadal była polską Krotoszynfornią, pełną swojego niepowtarzalnego uroku. Jednak mam pewien niedosyt jeśli chodzi o same zawody. Zawody, które fajnie, że próbują wprowadzić nowe elementy i nowe rozwiązania. Tylko zarówno według mnie, jak i paru moich rozmówców z jakimi miałem okazję konfrontować tę opinię, uważam że w pewnym stopniu ilość (wszystkiego) zastąpiła jakość. A to nigdy nie będzie dobra zamiana na dłuższą metę. Jednakże pomijając wszystkie napotkane minusy, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że LOGinLAB w dalszym ciągu jest czołową polską imprezą crossfitową. I jeśli ktoś jeszcze nie widział jej na żywo, to za rok musi to koniecznie zrobić. Ja na bank to zrobię, bo taki wakacyjny wypad w fajne miejsce zawsze jest cenną odskocznią od typowych zawodów, jakich w tym kraju narobiła się w ostatnim czasie cała masa.