CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Warszawski targ rozmaitości

dodany przezKamil Timoszuk 13 września 2017 0 Komentarzy

Spędzanie weekendu w Warszawie w moim przypadku praktycznie zawsze wiąże się z jakąś imprezą lub innym wydarzeniem. W ostatnich dniach były to na przykład targi FIWE, które podobno są największym tego typu eventem w tym kraju.

Z takimi imprezami jak ta warszawska, związany jest przynajmniej jeden spory paradoks, który powtarzany jest od lat, a jednak ciągle działa. Mam tu na myśli fakt, że niemal każdy z wystawców jaki ma swoje stoisko na tym evencie mówi niemal wprost – to się kompletnie nie opłaca. I czy mamy tu do czynienia z firmami produkującymi suple, sprzęt sportowy czy też oferującymi jakieś usługi dla branży fitness. Każdy przyznaje się do tego, że w czasach kiedy to większość marketingu i wszelkich akcji aktywizujących potencjalnych klientów przenosi się do internetu, targi kompletnie tracą na znaczeniu. Niektóre z firm pojawiają się na nich chyba tylko z przyzwyczajenia, lub też przymusu, co można wywnioskować po minach ludzi siedzących w poszczególnych boxach, które zostały wynajęte za nie małą kasę.

Z drugiej jednak strony, działania jakie podejmują różne firmy w internecie owocują tym, że na takie targi przybywają masy ludzi. Jedni po to aby pospacerować, a momentami bardziej poprzepychać się pomiędzy innymi ludźmi, inni zaś po to aby spotkać swoich idoli, którzy także tłumnie przyjeżdżają aby pielęgnować swój pieczołowicie budowany w necie fejm. Bo praktycznie każde szanujące się stoisko musi mieć w swoim zanadrzu jakąś gwiazdę. I nie ważne, że dana gwiazda jest tylko po to aby stać, wyglądać i uśmiechać się do kolejnych selfiaków z fanami. Brylują w tym oczywiście wszystkie firmy produkujące suple oraz te z branży odzieżowej. Co ciekawe, coraz częściej te dwa segmenty rynku bardzo mocno się przenikają i taki na przykład Trec, mam wrażenie, że stal się bardziej firmą odzieżową aniżeli tą od supli. Oczywiście w tym całym tłumie, niektórzy starają się jakoś wyróżnić w mniej lub bardziej przemyślany sposób. Jednak mnie osobiście po tym weekendzie prześladuje przeświadczenie, że finalnie i tak wszyscy na tej scenie są niemal tacy sami. Bo umówmy się, takie na przykład białko jednego producenta nie jest mocno bardziej „białkowe” od innego. Za to na jednym stoisku aby przytrzymać uwagę przechodnia organizuje się konkursy na zbieranie podpisów na gołych klatach facetów, a na innym która z lasek ma bardziej jędrny tyłek.

Moje wrażenia z tej części targów najlepiej opisuje jedna jedyna sytuacja jak przydarzyła mi się w tym roku. Akcja w którą sam bym nie uwierzył gdyby mi ktoś ją opowiedział, ale na szczęście mam znajomego, który był razem ze mną i doznał podobnego szoku. Wyobraźcie bowiem sobie, że stoicie i patrzycie na dwie dziewczyny promujące jedno ze stoisk, nawet całkiem ładne (laski, nie stoisko). Nagle jedna z tych dziewczyn odchodzi gdzieś sobie i zostaje ta jedna. W tym momencie przyglądasz się dokładniej i widzisz, że jej koleżanka stoi nadal nieruchomo ponieważ, jest… manekinem. Jednak na pierwszy rzut oka pomiędzy nimi nie było kompletnie żadnej różnicy! Po porozumiewawczym spojrzeniu na siebie z kolegą, był to idealny czas aby się stamtąd ulotnić. Ja wcześniej jeszcze zawędrowałem pod scenę gdzie odbywały się pokazy czy też „zawody” kulturystyczne. W tym roku na szczęście nie trafiłem na ten moment, kiedy na scenie prężyły się małe, kilkuletnie dziewczynki w strojach kąpielowych. Tym razem byli to panowie w niektórych przypadkach szersi niż wyżsi. I niezmiennie dziwi mnie to, że oglądają to niemal z zapartym tchem setki ludzi, którzy widzą w tym jakąś „rywalizację sportową”. Zaraz zaś po tym, ci sami ludzie idą na spacer do innej części targów i stojąc przy barierkach potrafią oni otwarcie hejtować zawody crossfitowe.

W tym roku tymi zawodami, które były jedną z atrakcji FIWE była trzecia w tym roku edycja LOGinLAB. Edycja, która była chyba najbardziej rozbudowanym eventem pod względem ilości kategorii. Jeszcze nikt wcześniej nie pokusił się o to aby na jednej imprezie zawodnicy mogli konkurować ze sobą w 9 różnych kategoriach. Czy wyszło to zawodom na dobre? Można by się nad tym poważnie zastanowić. Pierwszą rzeczą jaka uderzała od samego początku kiedy widziało się arenę zmagań to był mnogość sprzętu jaki został na nią dostarczony. Na jednej arenie w jednym miejscu znajdowały się pomosty ciężarowe, AirBike-i, bieżnie, GHD, boxy, a do tego ogromny rig. Jak na powierzchnię jaka była dostępna na te zawody było to dość sporo. Targi rządzą się jednak swoimi prawami i arena musiała pełnić też po części rolę wystawy, aby dany sprzęt można było najpierw zaprezentować, a następnie sprzedać. Biznes jest biznes i z tym nie ma co walczyć.

Same workouty jakie tym razem zaproponował Dawid Kujawski i spółka były całkiem przekrojowe i widowiskowe, nawet dla postronnego widza. Co ciekawe, na tych zawodach organizatorzy zdecydowali się zastosować komputerowy system mierzenia czasów firmy STS-Timing, znany z biegów miejskich, a także ostatnich Gamesów. Ten zaś sprawdził się w niemal większości przypadków bardzo dobrze. Poza tymi wyjątkami, kiedy dany zawodnik po skończonym WOD-zie zamiast kierować się na linię mety, wracał na start, a po krzykach z drugiej strony areny musiał raz jeszcze pokonywać ten odcinek. Niestety na kilku innych polach organizacyjnych w ciągu dwóch dni LOGinLAB także dał ciała mówiąc krótko. Wszystko za sprawą pewnego rodzaju może i kontrolowanego ale jednak chaosu jaki wkradał się w poczynania organizacyjne. Pisząc to mam tu na myśli na przykład zmienianie workoutów w trakcie trwania zawodów. Jest to niemal kopia sytuacji z Krotoszyna, kiedy to działo się bardzo podobnie i z czego nikt chyba z tego faktu nie był zadowolony. Poza tym daje to ogólne poczucie, że wszystko jest organizowane dosyć umownie. Tak samo dzieje się w przypadku kiedy na pierwszy dzień zawodów organizowanych od kilku miesięcy nie potrafi dojechać sprzęt, a na drugi już tak. Sami zawodnicy skarżyli się też na brak możliwości wcześniejszego wejścia na halę w celu dokładnego rozgrzania się przed swoim startem. Jednak gdy już dostawali taką możliwość, to otrzymywali te kilka metrów kwadratowych zwanych strefą rozgrzewkową do której mógł wejść każdy, przez co komfort ich odpoczynku spadał diametralnie. Jest to dla mnie o tyle dziwne, że w takim Krotoszynie był niemal zakaz wejścia osób trzecich do strefy dla zawodników.

Nieodzownym tematem każdych zawodów są tez sędziowie. Ludzie, którzy poświęcają w większości przypadków swój weekendowy czas za darmo, aby policzyć czyjeś powtórzenia na ogólnopolskiej imprezie. Jednym słowem charytatywna praca o dużej możliwości sprzenia się. Niestety w przypadku LOGinLAB na FIWE przypadków kiedy sędziowie nie ogarniali swojej roli było wiele. I nie chodzi tu nawet o złe sędziowanie i zaliczanie takich czy innych repów. Czasami chodziło bardziej o to, że już od samego początku dany sędzia miał jakiś problem z workoutem. A to zamiast 6 powtórzeń ktoś musiał według niego zrobić 9, a to zamiast 7 metrów ktoś chodził 10, a to jeszcze zamiast jednego ćwiczenia na drążku, wykonywał zupełnie inne za aprobatą patrzącego na to sędziego. I oczywiście, wpadki się zdarzają, mniejsze bądź większe, które trzeba eliminować, a wręcz tępić. Jednak jest jeszcze druga strona tego medalu. Mianowicie to jak niektórzy startujący lub startujące zawodniczki reagują w takiej sytuacji. Krzyki, wyzwiska w stronę sędziego (często kobiety), rzucanie boxem czy kopanie w riga to nie jest najlepszy sposób na dochodzenie swojej racji. Bo taki postronny widz czuje się tym po prostu zażenowany, a poza tym koniec końców to błąd sędziego w takiej sytuacji staje się naprawdę niewielkim problemem. Znacznie bardziej ludzie zapamiętają to, że wściekająca się osoba, która nie do końca panuje nad sobą, jest po prostu burakiem i słoma jej z butów wystaje. I nie można wszystkiego tłumaczyć tym, że to są sportowe emocje i ktoś czuje się oszukany.

Natomiast sama rywalizacja sportowa podczas weekendowych zmagań sprawiła po raz kolejny, że zasadna staje się teza jaką stawia coraz więcej osób. Mam tu na myśli fakt, czy w Polsce w tej chwili nie ma zbyt wielu crossfitowych imprez? Bo z jednej strony fajne jest to, że dzieje się tak wiele i niemal co tydzień można gdzieś pojechać i albo wystartować albo pooglądać ciekawą rywalizację. Z drugiej jednak jest takie LOGinLAB, w którym jest 9 różnych kategorii, które w kilku przypadkach nie pojawią się praktycznie nigdzie indziej. Poza tym wiele z tych kategorii przez ten weekend nie wzbudzała praktycznie żadnych sportowych emocji z racji dominacji jednego zawodnika lub zawodniczki. I oczywiście nie jest to wina Mateusza Wasilewskiego czy też Marii Kurzawy, że zostawili rywali daleko w tyle wygrywając wszystkie możliwe workouty na tych zawodach. Jednak myślę, że wszyscy by zyskali na tym aby do Warszawy przyjechało więcej uznanych nazwisk, a walka była bardziej zacięta. Tutaj też dochodzi fakt, że wielu zawodnikom się po prostu nie opłaca jeździć zbyt często i muszą właśnie selekcjonować swoje starty. Do tego też, niektórzy wybrali w ten weekend walkę o bieżnię Assault AirRunner, którą można było wygrać na stoisku firmy Steelstorm. W pojedynku pomiędzy Miłoszem Staworzyńskim, a Bartkiem Lipką lepszy okazał się ten pierwszy i to on będzie miał nowy sprzęt do dyspozycji w swoim boxie. Do tego też Magda Górska z CrossFit Dopamine na evencie zorganizowanym przez ekipę Warszawski Koks udowodniła ciężarowcom, że CrossFit potrafi dać więcej niż by się tego spodziewali. Stało się to za sprawą deklasacji przez Magdę podczas konkurencji wyciskania na ławce. Sprawdźcie to pod TYM linkiem od 23 minuty.

Na szczęście jednak było też kilka pozytywnych aspektów tego weekendu jakie zapadły mi w pamięć. Z jednej strony ciekawym zjawiskiem był powrót do crossfitowych startów Mateusza Wasilewskiego. Jak pokazuje dobitnie jego przykład, daje się skutecznie łączyć kulturystykę oraz CrossFit. Jedna z sędzin na tych zawodach, poddała jednak pod wątpliwość to czy aby na pewno Mateusz startuje w odpowiedniej dla siebie kategorii. Bo biorąc pod uwagę to, że w ostatnim czasie „na plecach wyrósł mu obcy”, to czy nie powinien on startować w teamach? 😉 Jednak trzema innymi osobami, które w ten weekend zwróciły moją uwagę byli młodzi chłopacy startujący w teamie o nazwie Village Youngsters czyli Robert Niechciał i Marcel Lisik oraz zaledwie 11-letnia Darina Nikitenko z wrocławskiego boxa Bridge Nation CrossFit.

Wiecznie uśmiechnięci chłopacy pomimo tego, że nie liczyli się w walce o czołowe pozycje, to przez całe zawody widać było, że cieszy ich sam start i starają się oni czerpać z tego jak najwięcej frajdy, dając z siebie wszystko przy okazji. Ich box jump over powinny być chyba idealnym przykładem na to w jak ekspresowym tempie można wykonywać to ćwiczenie.

Dari pomimo swojego wieku także nie zamierzała odpuszczać swoim o kilka, a nawet kilkanaście lat starszym koleżankom. Pod czujnym okiem swojego trenera, który podczas każdego workoutu towarzyszył jej na arenie zmagań, pokonywała każde kolejne ćwiczenie. W efekcie tego w workoucie numer cztery uzyskała drugi czas w całej stawce rywalek. Lepsza była tylko Cissya Cataldo, która podobnie jak Mateusz Wasilewski czy Maria Kurzawa, wygrała wszystkie swoje treningi.

Najbardziej emocjonującą z kategorii była ta Men +40 Scaled gdzie Paweł Grębowiec rzutem na taśmę wskoczył na najwyższy stopień podium. Do tego jeszcze w kategorii Rx panów, Maciej Wierzbowski miał na wyciągnięcie ręki, dosłownie i w przenośni, drugi stopień podium. Niestety podczas wchodzenia na linę w finale dwukrotnie zabrakło mu kilku centymetrów aby mieć zaliczone powtórzenie. Z tego faktu skorzystał Paweł Piotrowski z CrossFit Dopamine, który wyprzedził na finiszu swego kolegę. Jednak ogólnie rzecz biorąc, to jak na 9 różnych kategorii to emocji długimi chwilami było jak na lekarstwo.

Takim też określeniem mógłbym podsumować całe targi FIWE. Bo niby się tymi targami jakoś specjalnie nie jaram, niby za każdym razem jest niemal to samo, a jednak w tym roku byłem po raz trzeci z rzędu na tym wydarzeniu. Czy żałuję? W żadnym wypadku. Bo z jednej strony takie targi to dobra okazja aby spotkać się, pogadać i pospędzać czas z ludźmi których się lubi, a z drugiej dobrze jest coś zobaczyć i doświadczyć na własnej skórze, aby mieć później o tym jakieś swoje zdanie.