CrossFitFoto & VideoO wszystkim

W krainie dinozaurów nad Odrą

dodany przezAgata Wyrwas 14 września 2017 1 Komentarz

Od bardzo dawna nie pojawiałam się na blogu za co mogę jedynie przeprosić. Ostatnie miesiące były dla mnie okresem niesamowicie trudnych decyzji i życiowych perturbacji. Jestem wam jednak winna kilka opowieści zanim zniknę zupełnie z bloga Kamila.

Przyznam szczerze, ciężko było mi zebrać się w sobie by napisać ten tekst. Powodów było kilka: nie lubię pisać bez zachowania chronologii swoich wyjazdów. Czas gdy opisane poniżej zdarzenia miały miejsce nie był najlepszym momentem na krytykę środowiska crossfitowego w kraju. Zwyczajnie nie chciałam zostać posądzona o celowe oczernianie kogokolwiek. Postanowiłam przeczekać czas Open oraz Regionals, w zgodzie z własną życiową maksymą „Nie życz drugiemu co Tobie nie miłe”.  Późniejsze zawirowania w moim życiu zarówno zawodowym jak i prywatnym i zwyczajny brak czas spowodowały tak ogromne opóźnienie. Postaram się jednak przybliżyć wam opowieści z krainy dinozaurów polskiego CrossFitu – mianowicie z Wrocławia.

Sentymentalnie kocham to miasto! Całe moje dzieciństwo było nierozerwalnie z nim złączone. Na delegację właśnie tam czekałam z niecierpliwością. Tęskniłam za unikatowym klimatem Wenecji północy. W czasie swojego pobytu musiałam zdecydować gdzie chcę wybrać się na trening. Miałam tylko trzy dni. Wybór nie był łatwy. Jednego z miejsc byłam jednak strasznie ciekawa. Odkąd zaczęłam interesować się CrossFitem ciekawiło mnie jak wygląda miejsce, gdzie w Polsce wszystko się zaczęło. Nie wyobrażałam sobie by w czasie mojego pobytu nie być w CrossFit Mjollnir. Kolejnym z miejsc „obowiązkowym” dla mnie był CrossFit Wrocław – kuźnia talentów. Ostatnie z miejsc wybrane przeze mnie, również z czystej ciekawości był Hardy CrossFit.  Założenie było słuszne, jednak z realizacją wyszło jak zawsze inaczej.

Na pierwszy ogień wybrałam oczywiście CrossFit Mjollnir. I tutaj dopadła mnie ściana. Bardzo konserwatywna ściana. Zawsze przed pojawieniem się w jakimkolwiek z boxów uprzedzam, grzecznie pytam o możliwość skorzystania z treningu. Zawsze też za zajęcia płacę. Niestety w przypadku Mjollnira okazało się to być zwyczajnie niemożliwe. Pierwszy raz w Polsce odmówiono mi możliwości uczestnictwa w zajęciach. Dostałam za to możliwość „pozwiedzania”. Rozumiem kwestie bezpieczeństwa zarówno mojego, jak i innych uczestników, są to oczywiście sensowne. Rommel zwyczajnie nie wyraził zgody na moje uczestnictwo i już. Cóż mogę powiedzieć? Każdy ma inną definicję community, każdy w tym biznesie kieruje się też własną filozofią. Nie rozumiem jednak do końca sensu robienia z boxu zamkniętej wspólnoty tylko dla wybranych. W miejscu, będącym fundamentem tej dyscypliny aż nie do zrozumienia.  Myślę, że nad tematem nie ma sensu się dłużej rozwodzić, pozwolę sobie tylko zacytować fragment rozmowy:

…słyniemy z tego że traktujemy bardzo poważnie naszych klubowiczów i treningi. Dlatego nie pozwalamy wchodzić z zewnątrz ludziom , których nie znamy…

Tym właśnie sposobem się nie poznaliśmy. Czy szanuję decyzję Mjollnir? Owszem. Czy mam do nich żal? Nie. Mają swoje zasady, są konsekwentni.  Po ludzku jednak zostaje niesmak jak po lukrecji.

Po lekkiej nucie goryczy, postanowiłam wybrać się do miejsca, które nie wiem dlaczego od początku budziło we mnie pozytywne wibrację – Hardy CrossFit. To był mój strzał w dychę tego wyjazdu! Już samo wejście do boxa napawa entuzjazmem. Nie rozczarowałam się. Wszystko było… Harde! 😀 W boxie czuć niesamowitą atmosferę. Mało tego, czy chcesz czy nie, wchodząc tam zaczynasz się czuć częścią tego szaleństwa. Zostałam przywitana z uśmiechem, krótkim wprowadzeniem jak mam się przemieszczać po boxie, w jakiej formule odbywają się zajęcia, gdzie mogę zostawić rzeczy.  W Hardym znajdziecie dwie sale zajęciowej – główną dużą oraz mało „kameralną” na treningi indywidualne oraz zajęcia z mniejszą ilością uczestników (Mobility & Stability). Lubię wysokie boxy, a w Hardym akurat na sufit narzekać nie można. Znalazło się także miejsce na mały kącik dla uczestników czekających na zajęcia. Oczywiście wyposażony w klubowe poduszki. Zostałam nawet poczęstowana kawą – tak w Hardym kubku!

Dobrze zorganizowana sala, dająca możliwość komfortowych zajęć przy grupie 20 osób, oraz więcej. Miałam szczęście trafić na zajęcia prowadzone przez Martę Piorun – zupełnie przypadkiem miałam akurat koszulkę „Kettlebell Operator” by No Limit CrossFit Ursus  +10 do mocy, +5 do sympatii trener. Marta to certyfikowany instruktor Strong First oraz Centrum Kettlebell, kobieta z zamiłowaniem do czajników i adeptów. Porozmawiałyśmy chwilę, jako jedynego nowego uczestnika w sposób bardzo skrupulatny wypytała mnie o mój stopień zaawansowania ćwiczeń, poziom umiejętności, długość stażu, miejsce macierzyste oraz co najważniejsze dla bezpieczeństwa – przeciwwskazania zdrowotne i kontuzje. Czy da się budować bezpieczeństwo uczestnika nowo poznanego? Da! Możecie uciąć mi głowę, nie pamiętam całego wod-a i zwyczajnie go nie zapisałam. Pamiętam za to kilka bardzo istotnych szczegółów z tej wizyty. Po pierwsze: przyjęto mnie jak w rodzinie, po drugie zmęczyłam się jak jasna cholera, po trzecie byłam szczęśliwa wychodząc. Myślę, że Hardy ma swój dosyć eteryczny klimat, watro zajrzeć chociaż na chwilę i zachłysnąć się tym wariactwem. Z czystą ręką polecam! Ilekroć patrzę na ich wlepkę na kompie to uśmiecham się mimowolnie 🙂

Następnego dnia przyszła kolej na CrossFit Wrocław. Jak w każdym z przypadków, nie mogło być inaczej i teraz – spytałam o możliwość udziału. Dostawałam tak entuzjastyczne odpowiedzi, że aż nie byłam pewna czy ktoś sobie nie robi żartów ze mnie. Jednak poważnie, zostałam pokierowana dokładnie z dojazdem, rodzajem zajęć, możliwościami zapewnionymi w klubie. Nie mogłam się doczekać wizyty u nich. W końcu to gniazdo Czapli.

Sam obiekt mnie nie rozczarował. Ogromna przestrzeń, wypchana i wykorzystana na maksa możliwości. Cudnie kolorowa, obklejona ścianą „nagród” asygnowana logo Hes w każdym miejscu. W żadnym z boxów nie spotkałam tak ogromnej bramy. Obiekt robi wrażenie, nie da się ukryć. Cieszyłam się na trening u nich, optymizmem napawał też manifest Open Community, dając poczucie naprawdę troskliwej wspólnoty. Przypadkiem, w sposób zupełnie nie planowany wylądowałam na zajęciach prowadzonych przez Pawła Czaplickiego. Chyba nie trzeba nikomu go przedstawiać, kibicowałam mu serdecznie na tegorocznych Regionalsach. Jednak to właśnie za jego sprawą tekst ten czytacie z tak dużym opóźnieniem. Na prowadzonych przez niego zajęciach wszyscy adepci zostali puszczeni samopas. Dosłownie. Trener zrobił wprowadzenie, omówienie formuły treningu oraz jego założeń i na tym swoją rolę dydaktyczną zaprzestał. W zajęciach nie uczestniczyło dużo osób, raptem 8 łącznie ze mną. Poziom umiejętności uczestników, określiłabym jako umiarkowany.

Przy tak kameralnej grupie prowadzący zajęcia ma swobodnie czas na choć krótką chwilę poświęconą na korektę błędów adeptów, poprawę standardów, dobór obciążenia względem umiejętności. Paweł jednak tego nie zrobił. Trening był żmudny i długi – trzy AMRAP-y po 15 minut każdy. Lubię takie treningi, kiedy można się solidnie przetyrać, tak też było i w tym przypadku. Czapla miał jednak czas by sobie spokojnie po boxie „polatać”. Przez cały okres trwania zajęć nie interesował się swoją grupą – rozmawiał z ludźmi w boxie, pedałował na AirBike’u, siedział na ergometrze. Nie mniej za zajęcia, udział i ciężko pracę nam podziękował. Pierwszy raz spotkałam się z tak wysokim stopniem nieodpowiedzialności, przebija to nawet opowieści z Koszalina. Trener prowadzący zajęcia odpowiada za standard prowadzonych zajęć ale przede wszystkim za bezpieczeństwo podopiecznych. Lubię Pawła Czaplickiego, szanuję go jako naprawdę świetnego zawodnika jednak jego zachowanie jako trenera – dydaktyka do dzisiaj mnie razi . I tutaj kochani mamy clou dzisiejszego felietonu.

W tym sporcie, podobnie jak w życiu trzeba odnaleźć swoje miejsce. Jedni tworzą je za zamkniętymi szczelnie murami boxów, inni spełniają potrzebę samorealizacji i są tylko w tym naprawdę dobrzy, a inni po prostu zwyczajnie chcą być sprawni i dumni ze swoich małych wygranych każdego dnia.


Kto by pomyślał, że ten tekst będzie mieć ciąg dalszy. Na tyle poważnie się zrobiło po jego publikacji, że dziś jestem ja, czyli właściciel tego bloga, poniekąd zobowiązany napisać o tym co się wydarzyło po tym.

Zacznę jednak od tego, że każdy tekst jaki ląduje na moim blogu, a nie jestem jego autorem, to i tak ma nazwijmy to „moje błogosławieństwo”. I nie oznacza to w linii prostej, że zawsze się z nim zgadzam w stu procentach. Jednak ufam autorowi, że doskonale wie o czym pisze i robi to zgodnie z prawdą i własnymi doświadczeniami. I tak też jest z Agatą, która najpierw odezwała się do mnie przez internet, a następnie miałem niewątpliwą przyjemność poznać ją na żywo. I już wtedy przy pierwszym spotkaniu, praktycznie dostała przeze mnie mandat 😉 Ale też co znacznie ważniejsze w kontekście powyższego tekstu, praktycznie też od początku wiedziałem, że dostarczane przez nią materiały będą po prostu wartościowe.

I tak też jest w przypadku tego co możecie przeczytać ciut wyżej. Musicie wiedzieć, że ten tekst o wrocławskich boxach powstawał dobrych kilka tygodni, jak nie nawet miesięcy. To w dużej mierze ja namawiałem Agatę aby go napisała. Zaraz po tym, jak opowiedziała mi co ją spotkało w poszczególnych boxach. W CrossFit Mjollnir także. Jednak ostatnie dni i odbyte rozmowy skłaniają mnie napisać te kilka zdań. A głównym powodem do tego był telefon do mnie współwłaściciela pierwszego afiliowanego boxa w Polsce. Telefon jak najbardziej kulturalny i pozbawiony agresywnej czy choćby roszczeniowej postawy. Ten kto mnie zna, ten dobrze wie, że ja także nie mam w naturze doprowadzania do takich sytuacji.

Głównym tematem naszej rozmowy był fragment mówiący o tym, że do CrossFit Mjollnir praktycznie nie da się wejść na regularne zajęcia. Byłem przekonywany o tym, że jest to nieprawda. Każdy chętny kto zechce odwiedzić ten kultowy box, po szybkiej weryfikacji umiejętności chętnego przez trenera prowadzącego zajęcia, będzie mógł to zrobić. I mówiąc szczerze z jednej strony nie mam powodu aby w to nie wierzyć. Nawet właściciele sami piszą o tym na swojej stronie internetowej w zakładce Drop-In. Są jednak dwie rzeczy, które temu przeczą. Pierwszą z nich jest rozmowa pomiędzy Rommelem, a Agatą jaką miałem okazję widzieć. Nie jestem upoważniony do tego aby ją pokazywać publicznie ale po przeczytaniu jej kompletnie rozumiem dlaczego tak napisała. Ewidentnie wynika z niej, że wejście na zajęcia w CrossFit Mjollnir jest BARDZO utrudnione. Drugą zaś rzeczą nie trzymającą się tego co jest napisane na oficjalnej stronie, jest moja rozmowa na ostatnich targach FIWE w Warszawie z innym trenerem w tym boxie. Trenerem, który także jednoznacznie stwierdził, że w razie gdybym był we Wrocławiu to oczywiście po zweryfikowaniu byłaby opcja wejścia na klasę. Jednak z racji limitów, miałbym na to raczej małe szanse. Na open boxa jak najbardziej, ale zorganizowaną klasę raczej średnio.

I teraz pytanie kto ma rację – Dwaj trenerzy czy współwłaściciel? Ja się nie podejmuję odpowiedzi na to pytanie. W zupełności jednak rozumiem zasady jakie przyjęto w CrossFit Mjollnir. Z podobnymi spotkałem się na przykład w dwóch boxach w USA. We Wrocławiu wprowadzono je też na pewno dla bezpieczeństwa – zarówno stałych klubowiczów, jak i tych przyjezdnych. Dlatego w tej chwili serdecznie wszystkich zachęcam do tego aby uderzyć do tego boxa w razie wycieczki do Wrocławia i sprawdzić na sobie, jak wam pójdzie wejście do boxa. Ja na pewno także to zrobię przy najbliższej nadarzającej się okazji. I nawet jeśli będę miał tylko opcję wejścia na open box, to i tak z tego skorzystam. Bo nie warto marnować okazji do odwiedzenia tego moim zdaniem kultowego miejsca 🙂

  • Przemek

    Ta akcja w mjolnirze akurat mnie nie dziwi, uważam ze Pan Picon ma wiedzę i doświadczenie w crossficie, ale ten człowiek nie przepada za swoimi klubowiczami…lubi tylko „wybrańców ” 😉 swój gang z którym się fotografuje i wstawia te głupawe dymki;)