fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

To nie był zły weekend

dodany przezKamil Timoszuk 5 sierpnia 2019 0 Komentarzy

Kilkanaście godzin temu sezon 2018/2019 w crossfitowym świecie przeszedł już do historii. Jakie były to miesiące, co się podczas nich wydarzyło i czy był filmowy happy end? Na tak postawione pytania nie da się odpowiedzieć w dwóch słowach.

Pierwszą myślą jaka przychodzi mi do głowy w chwili gdy staram się jakoś ogarnąć te minione kilkanaście crossfitowych miesięcy to fakt, że był to czas specyficzny. Specyficzny głównie ze względu na zmiany jakie postanowiono wprowadzić w tym sezonie. W wielu przypadkach nie były to zmiany zaledwie kosmetyczne, a w większości śmiało można powiedzieć, że rewolucyjne. Zmiany, które w swoim założeniu miały przekształcić elitarne CrossFit Games dla wyselekcjonowanej grupy najsprawniejszych atletów w masową imprezę dla całej społeczności z dosłownie całego świata. Czy to się udało? Poniekąd na pewno tak.

Gdyby chcieć zebrać w jedno miejsce wszelkie zmiany jakie przeprowadził Dave Castro wraz ze swoimi ludźmi w ostatnim roku, to zrobiłaby się z tego cała litania. Co było jednak według mnie najważniejsze? Na pierwszym miejscu postawiłbym chyba system kwalifikacji na same Gamesy. Mam tu na myśli takie zmiany jak awans po jednym zawodniku i zawodniczce z każdego kraju, usunięcia imprez Regionals, a także wprowadzenie niejako na to miejsce imprez Sanctionals. Jeśli ktoś był przyzwyczajony i związany dość mocno ze starym systemem, to dla niego była to prawdziwa rewolucja. Rewolucja do której ja mówiąc szczerze, co zresztą też komunikowałem w swoich social mediach na bieżąco, nie byłem specjalnie przekonany. Po zakończonych wczoraj ostatnich snatchach CrossFit Games stwierdzam, że może w tym całym szaleństwie jest jakaś metoda?

Nie ma też chyba wątpliwości co do tego, że nie ma rozwiązań idealnych. Zawsze i w każdym systemie znajdzie się jakaś luka czy niedogodność, którą ludzie będą chcieli napiętnować. Czy ja bym chciał coś dziś napiętnować? Może tylko to, że Gamesy tak bardzo chcą stać się kopią Igrzysk Olimpijskich. Nie wiem czy tylko ja to widzę, ale sądząc po przeczytanych w internecie komentarzach to chyba nie. Wymyślenie sposobu na udział reprezentantów dużej części krajów na świecie w CrossFit Games, czy typowy dla Igrzysk przemarsz z flagami, to rozwiązanie które sportowy świat już doskonale zna od wielu lat. To wszystko zebrane razem do kupy, prowadzi też do zmniejszenia swoistej elitarności tej imprezy, która nie ukrywam jest mi bliższa, aniżeli to „otwarcie na świat” jakie oglądamy teraz. Jednak moja niechęć do tego rozwiązania przez ostatnie dni nie ukrywam, że dość mocno zmalała.

Mówiąc o zmianach w CrossFit Games nie sposób też nie wspomnieć o rewolucji internetowej zafundowanej przez Castro i cały Media Team. Wszystko zaczęło się już jakiś czas temu od zwolnień sporej części ekipy, która przez lata budowała zarówno kanał na YouTube, a także reszcie social mediów CrossFit HQ. Kiedy postanowiono, że materiały tam pojawiające się nie będą bazowały na czołowych zawodnikach i ich historiach, wtedy to był pierwszy poważny sygnał, że idzie nowe. Kolejnym zaskoczeniem było usunięcie z dnia na dzień oficjalnych kont CrossFit HQ na dwóch największych światowych portalach społecznościowych czyli Facebooku i Instagramie. Jak się później okazało, był to swego rodzaju sprzeciw polityce jaką prowadzą oba te media z którą Dave Castro się nie zgadza. Czy sprawiło to jakiś chaos? Moim zdaniem nie. A na pewno nie większy niż był wcześniej.

Będąc już przy tematach internetowych to nie sposób nie wspomnieć o tegorocznych transmisjach z Gamesów. Już podczas eliminacji Open dostawaliśmy próbkę tego co czeka nas na imprezie głównej. Mam tu na myśli przede wszystkim komentarz zawodów w aż 15 różnych, czasami dość egzotycznych językach. Plus do tego dla wybrednych, była opcja oglądania po angielsku w kilku wersjach, w zależności od kanału sponsora Gamesów na którym się oglądało. A jeśli komuś jeszcze tego było mało, to mógł sobie wybrać „czystą” transmisję bez żadnego gadania w tle. Pozostaje jeszcze pytanie na które ja nie jestem w stanie odpowiedzieć, a mianowicie czy ta ilość opcji przeszła w ich jakość. Aby na to zagadnienie odpowiedzieć rzetelnie, trzeba by obejrzeć raz jeszcze Gamesy w każdym z poszczególnych języków i ocenić 😉

Przejdźmy jednak do najważniejszego czyli części sportowej minionych dni. Tutaj zaś na początek pojawia się kwestia pierwszego startu w finałach Gamesów reprezentantów z Polski czyli Gabi Migały, Bartka Lipki oraz Bronisława Olenkowicza. Pierwsza dwójka stała się ofiarami nowego systemu zawodów w którym po pierwszych workoutach odpada znaczna część startujących ludzi. Tym samym zarówno Gabi jak i Bartek zrobili w USA zaledwie jeden WOD i mogli tak na prawdę wracać do domu. Szczególnie Gabi mogła czuć swego rodzaju niedosyt, ponieważ do przejścia dalej zabrakło jej 2 miejsc w ogólnej klasyfikacji. A że oprócz polskiej pary poszkodowanych było więcej, to nie można się dziwić temu, że głosów niezadowolenia z nowego systemu było więcej. I to zarówno po stronie tych co odpadli, jak i tych którzy zostali ale niejako chcieli się wstawić za sowimi kolegami, którzy zakończyli swoje Gamesy. Ja jednak im dłużej o tym myślę to tym bardziej dochodzę do jednego wniosku. Mianowicie ten nowy system nie jest taki zły. On krótko mówiąc, bardzo zawęża granicę błędów jakie może popełnić zawodnik na tej imprezie. Przy tym systemie aby czuć się bezpiecznym i chcąc dojść do samego finałowego dnia zmagań, trzeba być w niemal każdym workoucie w TOP10-15 każdego z treningów. Poza tym nie od dziś wiadomo, że ludzie tak generalnie nie lubią zmian, a szczególnie tych nagłych i tych które są im nie na rękę. A te wprowadzone przez Dave’a Castro do takowych można spokojnie zaliczyć. Co więcej, zarówno nam obserwującym wszystko kibicom, jak i samym zawodnikom, zburzono tymi zmianami pewien ekosystem. Ekosystem w którym żyliśmy w symbiozie od ponad 10 lat i każdy umiał się odnaleźć, bo znał swoje miejsce. A teraz? Teraz każdy musi je sobie znaleźć na nowo. No i jeszcze warto do tego porzucić takie myślenie, że jeśli w ramach cięcia po którymś z workoutów odpadł z rywalizacji dany zawodnik bądź zawodniczka której kibicowaliśmy, to przez to system jest do dupy. Otóż nie, to tak nie działa. I całe szczęście.

Jednym z najbardziej zapamiętanych momentów tegorocznych Gamesów będzie za to popis jaki dał Bronek w drugim workoucie z kettlami. Nienaganna technika jakiej może mu pozazdrościć nawet Mat Fraser, który zaliczył 7 no repów w tym workoucie (przynajmniej tyle można zobaczyć na transmisji), czy też pójście unbroken fragmentu z kettlami, to było coś co ewidentnie mogło napawać dumą polskiego kibica. Drugie miejsce w tym workoucie, tuż za plecami późniejszego zwycięzcy Gamesów, to była zdecydowanie dobra chwila tej rywalizacji.

Nie wiem też jak inni, ale ja czekając na Gamesy czekam przede wszystkim na emocje. Taką typowo sportową adrenalinę jaką daje kibicowanie wydarzeniom sportowym. A czy w tym roku można było coś takiego zaobserwować? Tak, można. Ciekawe dla mnie było jednak to, że wystąpiła ona w miejscu gdzie bym się jej najmniej spodziewał. Tym miejscem była rywalizacja panów. Tam prawdziwym dominatorem miał być Mat Fraser, który wydawało mi się, że będzie poza zasięgiem reszty stawki. Jak się jednak okazało, tegoroczne zwycięstwo było tym najbardziej wywalczonym ze wszystkich dotychczasowych czterech. Do tak dramatycznego finiszu doprowadziły przede wszystkim eventy stricte wydolnościowe czyli bieganie i pływanie. W samym bieganiu zdarzyła się też dla mistrza wpadka w postaci zgubienia na ostatnich metra jednego z worków dociążających jego plecak. Widząc to niektórzy dostali niemal szału i domagali się wręcz wywalenia Mata z dalszej rywalizacji. Ja jednak uważam, że kara jaką otrzymał czyli minuta doliczona do jego wyniku, była jak najbardziej adekwatna do winy. Niektórym zaś przydałoby się trochę więcej lodu na rozgrzaną od emocji głowę.

Zresztą jeśli chodzi o głowę, to po tegorocznych zmaganiach sporo może mieć do zarzucenia samemu sobie Noah Olhsen. Człowiek, który miał szansę zdetronizować z tronu chodzącą już legendę crossfitowej sceny. Niestety w najważniejszym momencie i trochę ciało nie dało rady i ja osobiście mam wrażenie, że „głowa nie dojechała” w odpowiednim momencie. Bo gdy walczysz o zwycięstwo ramię w ramię ze swoim największym przeciwnikiem, i w pewnej chwili widzisz, że on powoli ale jednak ci odjeżdża, to albo starasz się wykrzesać z siebie coś extra czego czasem nawet ty się nie spodziewasz, albo oglądasz jego plecy. W tym roku Noah musiał się pogodzić z opcją numer dwa. A jak będzie za rok? Tutaj sprawa jest otwarta. Z jednej strony druga taka szansa się może już nie zdarzyć. Z drugiej natomiast jest pytanie na ile jeszcze starczy motywacji Fraserowi, aby podjąć wyzwanie i stać się najbardziej utytułowanym indywidualnie zawodnikiem CrossFit w historii. Ja szczerze wierzę, że Fraser zrobi to raz jeszcze i… nie, nie pójdzie drogą rywalizacji zespołowej tak jak Rich Froning. Nie z jego ciężkim charakterem 😉

W dwóch pozostałych kategoriach w tym roku mieliśmy pełną dominację od niemal samego początku do końca. U pań Tia-Clair Toomey przeszła się niemal po rywalkach jak czołg finalnie kończąc rywalizację z przewagą 195 punktów nad drugą Kristin Holte. 198 punktów dzieliło zaś CrossFit Mayhem Freedom Richa Froninga pomiędzy drugim CrossFit Krypton. W obu tych przypadkach od pewnego momentu tej rywalizacji można już było autentycznie skupić się nie na tym kto wygra, a bardziej w jakim stylu to zrobi. Oczywiście jeśli chodzi o emocje to nie przebije to walki o czołowe miejsca do ostatniego heatu. Jednak pozwala to docenić fakt jak znakomitą zawodniczką jest triumfatorka i jak dobrze współpracującym organizmem jest wygrywający w tym roku zespół. Nie pozostaje więc nic innego jak bić brawo. Co ciekawe, w tym roku rywalizacja Masters zeszła jakby na dalszy plan z racji tego, że nie można było jej nigdzie obejrzeć. A trochę szkoda, bo w niektórych z kategorii na pierwszych miejscach mieliśmy na przykład zawodników z taką samą ilością punktów. Tam więc na pewno były emocje 🙂

A więc mamy za sobą jeden z najbardziej zakręconych i nieprzewidywalnych pod różnymi względami sezon CrossFit Games. Pomimo, że mistrzowie w kategoriach pań i panów zostali ci sami co w roku ubiegłym, to chyba niewielu jest takich, którzy będą twierdzić, że to przypadek lub na to nie zasłużyli. Jak stwierdził sam Dave Castro na konferencji prasowej zaraz po Gamesach, tegoroczny sezon w jego mniemaniu nie był żadną rewolucją, a bardziej kolejnym etapem w rozwoju. I kurde, gdy się tak nad tym zastanawiam to może rzeczywiście coś w tym jest. Może rzeczywiście nie warto aż tak bardzo się przywiązywać do tego co jest, a bardziej starać się przystosować do nowych warunków? Ja pomimo swoich uprzedzeń jeszcze jakiś czas temu, teraz mogę stwierdzić że tegoroczne Gamesy co najmniej nie były złe. Jakie będą kolejne? Tego nie wie nikt. Może poza panem Castro, który zdradził rąbka tajemnicy i powiedział, że będą szukać sposobu aby namówić Richa Froninga na powrót do rywalizacji indywidualnej w roku następnym. Czy to się uda? Ja nie do końca w to wierzę. Ale… Czy czujecie jak epicki mógłby to być pojedynek na CrossFit GamesFroning vs. Fraser? Na coś takiego warto byłoby czekać 🙂