CrossFitLudzieO wszystkim

To były fajne miesiące…

dodany przezKamil Timoszuk 31 grudnia 2015 0 Komentarzy

Pod koniec roku wielu osobom zbiera się na wszelkiego rodzaju podsumowania czy też inne rachunki sumienia. Rozliczenie z przeszłością bowiem jest tym zajęciem, które ludzie robią aby z jednej strony sprawdzić czy coś się zmieniło w ich życiu, czy zrobili krok do przodu lub też czy potrzebują kolejnych wyzwań. Ja natomiast bez tego zabiegu wiem, że 2016 będzie pod kilkoma względami po prostu inny.

Gdyby ktoś mnie zapytał jaki był dla mnie rok 2015 to po dłuższej chwili zastanowienia najprawdopodobniej napisałbym, że był on przede wszystkim różnorodny. W niemal każdej sferze mojego życia coś się działo i dzięki też temu nuda lub marazm to było ostatnie uczucie jakie bym mógł wymienić. A nie, przepraszam. W temacie pracy zawodowej, która od jakiegoś czasu była dla mnie czymś nazwijmy to niewygodnym, już od stycznia zajdą dość spore zmiany. Głównie dlatego, że po kilku latach posiadania nienormowanego czasu pracy trzeba będzie się wdrożyć w system ośmiogodzinnego systemu w dużej firmie. Jednak zadania jakie mam nadzieję, że zostaną przede mną postawione sprawią, że nauczę się wiele i sprawię, że zarówno inni ze mnie, a także ja sam z siebie będę po prostu zadowolony.

Jednym z wiodących tematów w roku 2015 w moim przypadku było też zdrowie i wszystko to co się z nim nierozerwalnie związało. Tutaj kurczę gdybym był malkontentem to miałbym kilka powodów aby ponarzekać. Ale po co to robić skoro to nic nie da? Od wielu miesięcy jednym z ważniejszych tematów w moim życiu była operacja wycięcia skóry na którą tak długo czekałem, a dzięki ciekawemu i szczęśliwemu zarazem zbiegowi okoliczności stała się ona realna. Zaczęło się to wszystko od osoby, którą widziałem niemal codziennie i jak się okazało przypadkowa rozmowa miała tak daleko idące reperkusje. Dzięki Monia! 🙂 Dzięki mojej walce o zdrowie miałem też okazję poznać jak wygląda telewizja robiona w Polsce od kuchni. I niewątpliwie po tym co zobaczyłem wiele rzeczy mi się na pewno spodobało, a niektóre z wcześniej posiadanych domysłów tylko się potwierdziły. Jak na przykład to, że nie wszystko to co znajduje się nazwijmy to w „machnie medialnej” jest takie kolorowe, błyszczące i przede wszystkim profesjonalne. Przez ten cały tez mariaż sporo osób chciało mi przypiąć łatkę celebryty, która moim zdaniem jest jedną z największych pocisków jakie można puścić w stronę drugiego człowieka. Dlatego też ja póki co z tym walczę i staram się nie dać temu naporowi 😉

Dzień Dobry TVN 8

Wracając jednak do sedna czyli zdrowia, nie sposób nie wspomnieć o kontuzjach, które mi się w tym roku gdzieś tam po drodze przytrafiły. A to porozwalane nogi, a to problem z barkiem, a to jeszcze do końca jak się okazało niewyleczony nadgarstek. Takie z jednej strony niby duperele, a z drugiej strony rzeczy które uniemożliwiają normalne funkcjonowanie strasznie potrafią irytować. Irytować i uczyć też przy okazji pokory, co jest niewątpliwym plusem takiego stanu rzeczy. Może też gdyby nie to, nie miałbym okazji poznania kogoś takiego jak Konrad, którego ręce potrafią zdziałać cuda i teraz już wiem, że nie ma chyba takiego „kontuzyjnego bagna” z którego ten człowiek nie potrafiłby mnie wyciągnąć. Zresztą niebawem mam nadzieję przedstawię tego człowieka tutaj na blogu, bo po prostu uważam, że zasługuje on na to w stu procentach!

Jak ten rok mógłbym podsumowywać bez napisania kilku słów o CrossFicie? Nie da się tego w moim przypadku zrobić. A nawet jeśli się da to po co to robić, skoro stał się on jeszcze bardziej integralną częścią mojego obecnego istnienia. Poza tym jest to tak rozległy temat na chwile obecną, że nie do końca wiem od czego by tu zacząć 🙂 Może profilaktycznie zacznę od czegoś nie do końca optymistycznego aby skończyć z lepszym przytupem. Tym czymś jest moja forma i moje postępy. Czy moja forma jest zła? Uważam, że nie jest źle. Czy w roku 2015 zrobiłem jakieś postępy? Na pewno tak. Można by jednak dyskutować długo czy były one wystarczające i czy jestem z nich usatysfakcjonowany. Przy tym ostatnim nawet powiedziałbym, że chyba raczej nie. Ale też już kilka razy łapałem się sam na tym, że od jakiegoś czasu nie mam parcia na kolejne PR-y, na ciągły progres za wszelką cenę. Po kilku ostatnich miesiącach gdzie przez te cholerne urazy miałem spore przestoje w trenowaniu uświadomiłem sobie to, że CrossFit osobiście daje mi przede wszystkim sprawność. Nie taką treningową ale bardziej życiową, która objawia się tym, że nie mam problemów z niczym sprawnościowym w życiu. A to czy mam 90 czy 100 w cleanie to kogo tak na prawdę obchodzi? Kiedyś może będzie, a może nie.

Rowing 4

CrossFit na szczęście jest tak szeroki, że można dzięki niemu jarać się wieloma innymi rzeczami które mniej lub bardziej ściśle są z nim powiązane. Zresztą ja wcale nie ukrywam, że chcę być przypięty do tego szeroko rozumianego środowiska crossfitowego w Polsce które jak każde ma swoje blaski i cienie. Już jakiś czas temu zarówno ja sam sobie, jak i też osoby z zewnątrz uświadomiły mi to, że w dużej mierze dzieje się to dzięki temu blogowi jaki właśnie czytasz drogi czytelniku. Dlatego co by się w moim życiu nie działo w 2016 roku, to ten blog będzie tą stałą wartością która nie powinna ulec zmianie. Dlatego też mam już teraz kolejne pomysły w związku z nim i mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić je w życie. Czy ten blog, a ja jako jego twórca razem z nim ponieśliśmy jakieś porażki? Na pewno tak ale o tym akurat nie będę szerzej dziś pisał. Głównie dlatego, że być może jeszcze uda mi się przekuć je w jakieś fajne akcje. Tak fajne jak choćby mój projekt o nazwie Box Trip 2015, który nie ukrywam, nie poszedł w 100% tak jakby sobie tego życzył, ale gdy na początku roku z nim startowałem to moje życiowe realia były trochę inne. Teraz sytuacja z jednej strony się trochę jeszcze komplikuje, a z drugiej w sumie prostuje. Mówiąc więc w skrócie – #BoxTrip2015 trwa do chwili aż zobaczę wszystkie boxy w Polsce, ile by ich za jakiś czas nie było. Oby tylko niektóre doczekały mojego przyjazdu przed zamknięciem się 😉

Zielona Góra 11

CrossFit to w moim rozumieniu w ogromnym stopniu emocje. A skoro emocje to tu także dochodzą dwa aspekty – zawody oraz ludzie. O tych pierwszych za kilka dni napiszę zdecydowanie szerzej w moim prywatnym podsumowaniu crossfitowego roku zawodowego 2015. Czym byłby jednak CrossFit bez jego chyba najważniejszego czynnika czyli ludzi? Można się z tego śmiać, można z tego szydzić czy nawet nie do końca szanować ale fakty są niezaprzeczalne – CrossFit community to nie mit a fakt! Odczułem to na własnej skórze nie raz i nie dwa i będę jak jakiś popieprzony powtarzał to do znudzenia, że coś takiego jest i działa. Oczywiście całą tę wyliczankę muszę zacząć od „moich ludzi” z CrossFit Białystok, którzy nie raz udowodnili że są po prostu z innej planety. Za każdym razem kiedy mam okazje się o tym przekonać na własne oczy lub na własnej skórze, to dziękuję losowi za to, że mogę być częścią tej popieprzonej społeczności 😉 Podobnie jednak dzieje się w innych miejscach gdzie mam okazję trafiać – czy to są różnej maści zawody czy na przykład odwiedzane boxy – to energia bywa bardzo podobna. Czasami w przypadku mojego Box Tripu niektórym zależy aż za bardzo aby być dla mnie miłym, ale to nie zmienia faktu, że coś takiego to po prostu fajne zjawisko 🙂 No i nie mogę się oprzeć też pokusie aby napisać jedno słowo dla boxa w moim odczuciu specjalnego czyli CrossFit ELEKTROMOC. I nie chodzi mi o to, że uczęszcza tam kilka przypadków osób specjalnej troski za które pewnie Łukasz Wysocki dostaje dotacje z PFRON-u. Bardziej mam tu na myśli ten rodzaj podejścia do życia, nadawania na tych samych falach czy po prostu poczucia humoru, który sprawia to że pomimo box jest w całkowicie warszawski to klimat jest BARDZO białostocki. Poza boxem także 😉

CrossFit Elektromoc plaża

Tak więc to wszystko co napisałem wyżej oraz wszystko to o czym pewnie zapomniałem sprawia, że rok 2015 był po prostu świetny! Gdy sobie myślę o wielu chwilach z nim związanych to najzwyczajniej w świecie morda mi się śmieje, a to nie jest bez znaczenia. Bo tak już kompletnie na koniec, to właśnie takich niesamowitych, zabawnych, wartych utkwienia w pamięci wspomnień życzę wam wszystkim w nadchodzącym 2016. Bo może to banał ale na prawdę zajebiście liczy się to, że nawet gdy nie wszystko idzie po naszej myśli, mamy takie punkty zaczepienia w naszych głowach, które wywołują uśmiechy na naszych twarzach. A do tego dużo szczęścia w kolejnych 12 miesiącach, bo jak to mówi klasyczna formułka – ludzie z Titanica zdrowie i kasę mieli, ale szczęścia im zabrakło 😉