fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Tak to się zaczęło

dodany przezKamil Timoszuk 25 lutego 2016 0 Komentarzy

Już za kilkanaście lub też nawet kilka godzin, w zależności od tego kiedy czytacie ten tekst, wystartuje po raz 10 sezon CrossFit Games. Taki jubileusz największej na świecie crossfitowej imprezy wymaga wręcz przypomnienia o tym jak to wszystko się zaczęło…

The CrossFit Games, jakie znamy w chwili obecnej to kompletnie inna impreza od tej, która miała miejsce dekadę temu. Wtedy to bowiem grupka zapaleńców z Gregiem Glassmanem i nikomu jeszcze nieznanym Davem Castro na czele, wymyśliła sobie, że wyłoni wśród sobie tylko znanych osób najbardziej wysportowanego człowieka. Pewnie nie jeden z grupy około 70 zapraszanych zawodników na tę słynną już farmę w północnej Kalifornii. zadawał sobie to samo pytanie – co ja tu do cholery robię? W tej chwili, znając już przyszłość i to co wydarzyło się potem, można śmiało odpowiedzieć, że właśnie wtedy zapoczątkowywano historię.

CrossFit Games 2007 1

Jak jednak każda cykliczna impreza, ta także początki miała można by powiedzieć, że koślawe. Tak koślawe jak bywała technika startujących w tym całym szaleństwie osób. Gdyby jednak nie ta grupka zapaleńców lub też jak kto woli prekursorów, to dziś być może tysiące ludzi na świecie byłoby w zupełnie innym miejscu niż jest teraz. Bo CrossFit Games to nie tylko zawody najbardziej wysportowanych ludzi na świecie, ale także impreza, która pokazywała z roku na rok jak duże możliwości i co tak naprawdę do zaoferowania ma CrossFit sam w sobie.

Biorąc pod uwagę ten oraz inne czynniki, na pierwszy gamesowy weekend w historii Dave Castro i Greg Glassman przygotowali 3 treningi. Tylko 3 i aż 3 zarazem. Jeśli spojrzymy na obecne czasy i zauważymy, że obecni finaliści CrossFit Games w ciągu 4 dni muszą wykonać aż 13 różnych workoutów, to te trzy początkowe wydają się być niczym rozgrzewka. Z drugiej jednak strony w tamtych czasach wszystko było robione niemal po omacku i na tak zwanego czuja z racji tego, że nikt wcześniej tego nie robił. Gdy jednak się spojrzy na to co było do zrobienia to można zobaczyć, że nawet teraz przy zachowaniu odpowiedniego tempa wszystkie te treningi mogą nieźle dać w kość.

A wszystko to zaczęło się na wiosłach i pierwszego przewiosłowanego kilometra na ergometrach. Następnie zaś było do wykonania 5 rund składających się po 25 podciągnięć na drążku oraz 7 push jerków każda.

Podczas oglądania tego materiału przynajmniej ja mam takie wrażenie, jakbym cofnął się w czasie nie o 10, a o ZNACZNIE więcej lat.

Drugim z sobotnich workoutów była niemal definicja CrossFitu jako takiego i tego, że trzeba być przygotowanym na wszystko. Wszystko bowiem przez bieg o długości około 5 kilometrów. Nie był to jednak zwykły bieg po prostej drodze. W palącym jak diabli słońcu Kalifornii zawodnicy byli zmuszeni do przemierzania trasy w okolicach rancza. Nie zazdroszczę. To było jednak na tyle jeśli chodzi o sobotę, bowiem te dwa workouty na tamtejszym poziomie były w zupełności wystarczające. Tym bardziej, że kilkanaście godzin później na wszystkich czekał zestaw, który nie bez powodu nazywa się w tamtym czasie CrossFit Total.

Po dziś dzień tak zwane szukanie swojego maxa w jakimkolwiek ruchu ze sztangą, jest to jeden z bardziej lubianych treningów w każdym boxie. W finale pierwszych gamesów zawodnicy i zawodniczki musieli znaleźć swój maksymalny ciężar w przysiadzie ze sztangą na plechach. Wypchnięcie sztangi nad głowę oraz poderwanie jej w martwym ciągu. Jednak same ćwiczenia to jedno, a ich wykonanie z poprawną techniką to drugie… Zresztą na szczęście uchowały się archiwalne materiały dzięki którym możemy sobie zawsze przypomnieć jak t było w tych, odległych, niemal już prehistorycznych czasach.

W efekcie tych trzech workoutów w przeciągu dwóch dni wyłonieniu zostali pierwsi zwycięzcy.

W przypadku kobiet była to Jolie Gentry.

W przypadku panów tym szczęśliwcem był James FitzGerald.

Ciekawostką jest też fakt, że już podczas pierwszych CrossFit Games miała miejsce rywalizacja zespołowa. Tę wygrał istniejący do dziś box CrossFit Santa Cruz.

I tak to właśnie wszystko się zaczęło. Teraz po 9 latach, cała impreza wygląda już zupełnie inaczej, ale dalej chodzi w niej o to, aby wyłaniać co roku kogoś kto jest w stanie jak najwięcej przenieść, dźwignąć, przebiec czy przepłynąć. W przeciwieństwie do pierwszych zawodów, w obecnych czasach udział może wziąć każdy i coraz więcej osób jest tego świadomych. Wszystko to też w dużej mierze za sprawą różnych akcji typu Reebok Box Tour, gdzie oprócz samego udziału w eliminacjach Open, jeden ze szczęśliwców wygra wyjazd do Carson i możliwość spalenia przez Kalifornijskie słońce oraz obejrzenia finałów CrossFit Games z najbliższej możliwej odległości. Z okazji zbliżających się Open także czołowy producent sprzętu crossfitowego w Polsce czyli firma Steelstorm wypuściła fajne promo pod wiele mówiącym tytułem „GOOD LUCK”.

Patent z wybijaniem rytmu przez codzienne odgłosy nie jest czymś specjalnie nowym. Sztuką jest jednak to aby sprawdzone patenty umieć zaaranżować na nowo tak, aby podobały się w nowej konfiguracji. To zaś dla Steelstorm na pewno się udało. Jak mogło się nie udać skoro w filmie występują takie osoby jak Bartek Macek, Paweł Kozak, Mateusz Wasilewski, Bartek Lipka, Miłosz Staworzyński czy też Damian Truchel. Panowie robią robotę jak to mają w swoim codziennym zwyczaju. Niestety dla nich samych, ich blask w kulminacyjnym momencie przyćmiewa „koślawy krosfiter” któremu należą się duże brawa za epizodyczną ale jednak oskarową rolę 😉

Tak więc jak widać na załączonym obrazku, wystarczyło tylko 10 lat aby CrossFit z zatęchłej stodoły gdzieś w Kalifornii, dotarł nawet do polskich domów i boxów. Chyba każdy kto próbuje być prekursorem w jakiejś dziedzinie życzyłby sobie podobnego rozwoju sytuacji.