fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkimZawody & Eventy

Tak to się robi w Wieluniu

dodany przezKamil Timoszuk 13 września 2019 0 Komentarzy

Zorganizować coś wzorowo, kiedy nikt na ciebie nie liczy i nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, jest stosunkowo prosto. Jednak powtórzyć ten sukces dwa lata z rzędu, kiedy przy drugiej próbie wiele osób patrzy ci już na ręce, a niektórzy jeszcze czekają na twoje potknięcie, to już inna bajka.

Organizatorzy crossfitowych imprez w Polsce nie mają prostego zadania. Z jednej strony, środowisko zawodnicze w tym kraju przez kilka lat istnienia tego zjawiska dorosło, a przez to stało się bardziej świadome i, bądź co bądź, wybredne. Z drugiej jednak strony, CrossFit w swoim pierwotnym założeniu ma zaskakiwać. Ma zmuszać ludzi do stawiania się i sprawdzania w sytuacjach nowych i niespodziewanych. Co mają jednak z tym zrobić organizatorzy zawodów, którym w wielu przypadkach po prostu pewne pomysły i możliwości się kończą?

GALERIA ZDJĘĆ Z I DNIA – Facebook | Google

W takim przypadku można chodzić w kilka stron. Jedną z nich jest klasyka i mówiąc krótko nie kombinowanie, a jedynie powielanie pewnego pomysłu, aż do wyczerpania danej formuły rywalizacji. Można też zrobić coś kompletnie przeciwnego czyli starać się rozruszać skostniałe towarzystwo i postawić na innowacje pod różnym względem. Tu jednak zawsze istnieje ryzyko, że po prostu można przegiąć. Można przegiąć z formułą zawodów, ilością zawodników czy też „nowoczesnością” workoutów. Szczególnie to ostatnie przegięcie może być groźne, ponieważ czasami jest ono po prostu albo głupie, albo niebezpieczne dla samych zawodników. Zresztą ten kto śledzi tę scenę czy to w Polsce czy poza granicami naszego kraju, ten myślę, że jest w stanie wymienić przynajmniej jeden z takich workoutów, gdzie ewidentnie było widać, że kogoś poniosła fantazja przy jego wymyślaniu.

Złotym środkiem jest więc moim zdaniem połączenie klasyki z jakimś swego rodzaju twistem. Jednak to się tak łatwo jedynie pisze. A jak powinno się to zrobić? O to najlepiej chyba zapytać Macieja Barańskiego, który drugi rok z rzędu podjął się wraz ze swymi ludźmi organizacji zawodów Central Cross Combat. Imprezy w Wieluniu, miasta położonego tuż pod Łodzią, do którego chyba bym nigdy nie dotarł, gdyby nie zaproszenie i propozycja współpracy przez organizatora w roku ubiegłym. Jednak pamiętam jak dziś, jak bardzo byłem pozytywnie zaskoczony tym jak ciekawa i fajna była pierwsza edycja imprezy. Taka typowo skrojona na miarę miejsca i ówczesnych możliwości. Bez nadmiernego zadęcia, które towarzyszy wielu eventom, które zanim jeszcze ruszą już się ogłaszają i reklamują, że są „naj” w takiej czy innej kategorii. W Wieluniu ani rok temu, ani też w tym roku czegoś takiego nie było widać, ani czuć. Zresztą zapraszam do spisanych rok temu moich wrażeń po pierwszym Central Cross Combat.

Pamiętam jak po tej relacji z zawodów napisało do mnie kilku osób, a w tym także zawodników, aby dopytać co w tym Wieluniu było takiego super i czy aby na pewno nie ściemniam 😉 Nie wiem w sumie po co miałbym to robić, ale spoko – takie mamy czasy, że ludzie bywają mocno nieufni. To co tym ludziom napisałem chyba w jakimś stopniu poskutkowało, bo na tegorocznej edycji niektórzy z nich pojawili się w gronie startujących zawodników 🙂

Kiedy też Maciek napisał do mnie w tym roku, że chce abyśmy naszą współpracę kontynuowali, to od razu podkreślił, że chce aby było to coś większego niż przed rokiem. Zawody z jednodniowych zamieniły się w dwudniowe, przez to wzrosła też liczba startujących osób. Drugiego też dnia szykował on niespodziankę jakiej jeszcze w polskim CrossFicie nie było. Z mojego punktu widzenia wyglądało to, i w sumie nadal wygląda, na przemyślaną ewolucję zamiast rewolucji. Bo nie zawsze więcej znaczy lepiej.

Poprzez te zmiany w Wieluniu na CCC 2019 wystartowało we wszystkich kategoriach łącznie 120 zawodników. Miejsc było przyszykowanych więcej, ale wiadomo, praktycznie zawsze zdarza się ktoś komu coś wypadnie albo po prostu się rozmyśli. Wszyscy ci zawodnicy wystartowali w 7 kategoriach, z czego trzy to były kategorie Masters. Najmniej liczną, bo liczącą zaledwie cztery osoby była kategoria Elite Pań, która chyba wystraszyła sporo zawodniczek. W wyniku tego, już teraz wiadomo, że w kolejnym roku zostanie ona niejako zastąpiona i połączona z Open kobiet i płeć piękna będzie startować w teamach dwuosobowych. Tak w ramach ośmielenia 😉

Jednak zostańmy jeszcze przy tegorocznej rywalizacji w której działo się naprawdę sporo. Pierwszy dzień zmagań to kilkanaście godzin rywalizacji na hali sportowej w Wieluniu, która po raz kolejny bardzo dobrze posłużyła za arenę walki dla zawodników. W niej to już na początku zaserwowano zawodnikom 5 minut zmagań, po minucie na innej stacji, z 30-sekundowym przejściem na kolejne. Dzięki takiemu rozwiązaniu można było wpleść w rywalizację tak rzadko stosowany na zawodach SkiErg czy wyciskanie sztangi na ławce leżąc. Było to jedno z tych rozwiązań na tych zawodach, które można uznać za co najmniej ciekawe. Drugi workout to klasyka gatunku czyli burpee box jumps oraz kilka wariacji na temat tego co można zrobić z kettlami 🙂 W ostatnim tego dnia workoucie pojawił się worek, który także nie pojawia się regularnie na crossfitowych imprezach. Co ciekawe, zarówno panowie jak i panie wykonywali ćwiczenia tymi samymi workami ważącymi 20 kilogramów. Poza tym zawsze mam problem z oceną tego czy to dobrze czy źle, że każda z kategorii na danych zawodach dostaje ten sam workout tylko różne jego wariacje w zależności od płci i kategorii. Jak zawsze przy tego typu rozmowach tyle jest zdań i opinii co osób. Ja domyślam się, że z punktu widzenia organizatora jest to po prostu łatwiejsze do ogarnięcia logistycznie. Z punktu widzenia potencjalnego kibica, który ogląda cały dzień w dużej mierze to samo, jest już trochę słabiej.

GALERIA ZDJĘĆ Z II DNIA – Facebook | Google

Na szczęście prawdziwą petardę zawodnicy i zawodniczki dostali w niedzielny poranek. Tym eventem był wyścig rowerowy po lesie/parku w Wieluniu. Deszczowa i pochmurna pogoda od samego rana, nie zachęcała nie tyle do jakiejkolwiek aktywności, co nawet do wychodzenia z łóżka. Jednak jak mawia w takich chwilach klasyk – „nie spotkaliśmy się tam dla przyjemności” 😉 Choć i to powiedzenie nie jest do końca prawdziwe, ponieważ nie ma chyba zawodnika, któremu ten event by się nie podobał. I w tym gronie są zarówno ci ludzie, którzy na co dzień jeżdżą rowerem jak i ci, którzy musieli sobie to trochę przypomnieć. O pozytywnym odbiorze tego workoutu zadecydował fajny system i organizacja go w praktyce przez Maćka Barańskiego i jego ludzi. Wystarczająca liczba i jakość rowerów pozwoliła na to, aby zawodnicy poszczególnych kategorii startowali na kolejnych jednośladach w odstępach minutowych. Padający deszcz sprawił, że jazda szczególnie po lesie i tamtejszej błotnistej drodze, wymagała umiejętności, uwagi i koordynacji aby dojechać nie tylko szybko ale i bezpiecznie do mety. Oczywiście w stawce ponad 100 ludzi zdarzały się jakieś wypadnięcia z trasy czy zrzucone łańcuchy z zębatek. Finalnie jednak nic nikomu się złego nie stało, a każdy bez względu na zajęte, miejsce mógł sobie dopisać do swojego crossfitowego CV udział w nowatorskim na skalę Polski workoucie.

Po takim też workoucie z przyjemnością wracało się do suchej i ciepłej hali gdzie tego dnia kończono rywalizację. I kończono ją z przytupem, bo tak jak pierwszego dnia sztangi było jak na lekarstwo, tak drugiego już było jej pod dostatkiem w każdej odsłonie. Łącznie z szukaniem naprawdę poważnych ciężarów w workoucie numer 5 i kończącym go complexie. W finałowym 6 workoucie pojawiły się też drugi rok z rzędu liny, które w Wieluniu służą jako skakanki 🙂 To wszystko złożyło się w jedną bądź co bądź pozytywną całość, z której wyłania się przede wszystkim obraz dobrze zaprogramowanych workoutów, które często decydują o odbiorze imprezy przez jej głównych aktorów czyli zawodników. Patrząc na to z boku moim zdaniem każde szukanie błędów na siłę w tym temacie będzie zwykłym czepianiem się. Dlaczego zaś jeszcze nie wspomniałem o sędziowaniu, które tak bardzo ciekawi/grzeje po każdych zawodach wiele osób? Głównie dlatego, że praktycznie nie ma o czym mówić. Poza drobnymi wpadkami, nie mającymi dużego znaczenia o końcowych miejscach w poszczególnych kategoriach, ten aspekt przeszedł w tym roku niezauważony. I tak powinno być!

Kto więc zgarnął najwięcej braw i pochwał za swoją postawę w Wieluniu? W kategorii Open u pań najlepsza okazała się Monika Pałka, a u panów Sebastian Dryja. Oboje ci zawodnicy świetnie spisywali się przez dwa dni rywalizacji i praktycznie doszli do końcowego sukcesu niezagrożeni. To samo może też powiedzieć Natalia Kaczmarska w Elicie pań, która naciskana przez zaledwie 3 zawodniczki tylko raz dała się wyprzedzić w jednym workoucie Agnieszce Boruckiej, w pozostałych biorąc całą pulę. O to aby stanąć na najwyższym stopniu podium niezwykle musiał się natrudzić i napocić Adrian Kuczkowiak, którego losy ważyły się do ostatnich chwil, a nawet sekund rywalizacji. Finalnie wyprzedził on Adriana Jurasia o jeden jedyny punkt w ogólnej klasyfikacji. W podobnym stylu co w Elicie pań zrobiła to Natalia Kaczmarska, tak w kategorii Masters 35+ zaprezentował się Marcin Kalandyk. Przeszedł przez rywalizację z kolegami jak rasowy czołg, nie pozostawiając im żadnych złudzeń 😉 Zaś w kategorii Masters 40+ mężczyzn najlepszy okazał się Piotr Szychowski, a u pań w łączonej kategorii Masters – Małgorzata Zarębska. Wszystkim startującym i tworzącym to jednocześnie fajne widowisko zawodnikom należą się duże brawa.

Tym samym Central Cross Combat pokazało, że się po prostu da. Da się zrobić coś dwa razy z rzędu, nie tyle dobrze, co nawet lepiej, a do tego nie przekombinowując na siłę. Dzięki temu, każdy zawodnik z Polski który chciałby i realnie planuje jakiś start w roku 2020, to powinien realnie brać pod uwagę tę imprezę. Zawody, które moim zdaniem śmiało już można wymieniać jednym tchem obok takich imprez jak Medieval Games, Battle of Europe czy też LOGinLAB. Atutem też imprezy w Wieluniu jest to, że ma ona fajny klimat tworzony przez fajnych ludzi. Zaczynając od konkretnych i rzetelnych organizatorów, poprzez sędziów i wiecznie uśmiechniętych choć często zmęczonych wolontariuszy, a na zawodnikach kończąc. I może właśnie to wszystko sprawia, że chce się tam znowu wracać 😉