fbpx
Foto & VideoO wszystkim

Szybkie szwajcarskie wakacje

dodany przezKamil Timoszuk 1 listopada 2019 0 Komentarzy

Co odpowiesz gdy ktoś zapyta cię – jakie jest najładniejsze miejsce na ziemi? Wśród wielu odpowiedzi na pewno pojawią się nazwy pięknych plaż, wielkich miast, dzikich pustkowi czy też innych cudów natury. Jednak im więcej podróżujemy i więcej widzimy, te wybory wraz z poznawanym światem mogą ewoluować.

W moim przypadku do niedawna na tak postawione pytanie odpowiedziałbym najprawdopodobniej o jednym z wielkich miast. Wybrałbym chyba Nowy Jork za Time Square i za to pierwsze wrażenie jakie na mnie zrobiło to kultowe miejsce wiele lat temu. Jednak wraz z wiekiem i poznawaniem kolejnych miejsc, ten wybór byłby dla mnie coraz mniej oczywisty. Poza tym świat jest tak fajny, że nie ma chyba sensu tak naprawdę ograniczać się do zaledwie jednej miejscówki.

W tym roku, poza różnymi szybkimi wyjazdami w różne mniej lub bardziej ciekawe miejsca, nie dane mi było pojechać na jakieś takie typowe wakacje. Z jednej strony dlatego, że nie jestem fanem typowego januszowego leżenia na plaży w jakimś ciepłym kraju. Z drugiej jednak tak się w ostatnich miesiącach złożyło, że nie było na to po prostu czasu. I może właśnie dlatego do niedawna autentycznie cieszyłem się na wyjazd do miejsca, którego jeszcze nigdy wcześniej nie odwiedzałem. Nie odwiedzałem i już teraz wiem, że to był po prostu błąd 😉 Tym miejscem dokładnie rzecz biorąc jest Szwajcaria, która chyba każdemu kojarzy się z górami, serem i czekoladą. Ja po czterech dniach pobytu w tym kraju, do tej wyliczanki dodałbym jeszcze na sto procent krowy. Najbardziej rozluźnione i szczęśliwe krowy jakie w życiu widziałem 🙂 Z drugiej strony też byłbym chyba jeszcze bardziej wyluzowany niż jestem teraz, gdybym żył w takich warunkach jak one 😉

Czy cztery dni to wystarczająco dużo czasu aby poznać całą Szwajcarię? Zdecydowanie nie. Jednak jest to wystarczająco dużo czasu aby dostać porządny strzał energii, relaksu i ogólnego odpoczynku w takich okolicznościach przyrody jakich się mówiąc szczerze nie spodziewałem. Jadąc do Szwajcarii, a dokładniej do miejscowości Horw, wiedziałem że jest tam ładnie. Jednak napisać o tym miejscu tylko tyle, że jest tam ładnie, to tak jakby nie napisać kompletnie nic. I może trochę uprzedzę fakty, ale po tych paru dniach jestem w stanie stwierdzić, że Szwajcaria jest najładniejszym miejscem w jakim byłem w życiu. Serio, sam jestem do dziś zaskoczony. I to głównie dlatego, że ja nawet nie jestem wielkim fanem gór jako takich. Po tym wyjeździe natomiast mogę z w prawdzie lekką niepewnością ale stwierdzić, że nie byłem…

A co sprawiło, że tak mi się pozmieniało? Najkrócej mówiąc widoki jakie ma do zaoferowania to miejsce. Razem z dziewczyną, z którą przez 4 dni zrobiliśmy dobrych kilkadziesiąt pieszych kilometrów, stwierdziliśmy że te wszystkie widoki jakie zobaczyliśmy, to takie żywe pocztówki. Po prostu idziesz przed siebie i co chwilę masz przed oczami inny krajobraz, ale każdy kolejny jest bardziej zajebisty od poprzedniego. Szczególnie siedząc na jakimś wzniesieniu czy górze, kiedy pod sobą masz jakiś krajobraz miasta, masz też autentyczne wrażenie, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. I takie samo wrażenie masz zarówno wtedy, kiedy pogoda średnio pomaga w zwiedzaniu, jak i tym bardziej w piękne słoneczne dni na które na szczęście także trafiliśmy.

Zresztą każdy z dni był kompletnie inny i praktycznie zapełniony maksymalnie. Już pierwszego z nich okazało się, że bardzo dobrym rozwiązaniem było dotarcie na miejsce wcześnie rano, bo około godziny 10. Co ciekawe, cała podróż na trasie Białystok – Warszawa – Bazylea – Horw zajęła nam jakieś 8-9 godzin czyli stosunkowo niewiele. Sama Szwajcaria przywitała nas niestety deszczem, ale nie był to powód do tego aby siedzieć w domu. Już podczas pierwszego spaceru mieszkająca tam na stałe od kilku lat moja siostra, śmiała się ze mnie, że robię niepotrzebnie tyle zdjęć w pochmurny dzień, bo gdy wyjrzy słońce będzie jeszcze lepiej. A ja nie ukrywam, że w pierwszych chwilach zamieniłem się w japońskiego turystę, który na każdej wycieczce najpierw robi zdjęcia, a później w domu ogląda gdzie był 😉 Ale serio, ciężko mi było się powstrzymać przed uwiecznieniem choćby kawałka tego co widziałem. A co zobaczyłem? Dwie góry i jezioro.

W pobliżu szwajcarskiej miejscowości Horw znajdują się dwa szczyty, które nas interesowały szczególnie. Jeden to Burgenstock, a drugi to Pilatus. Szczególnie ten drugi robił wrażenie, głównie ze względu na to, że górował on nad całą okolicą i widać to było doskonale z okna mieszkania. Pierwszym realnym celem jednak był Burgenstock, który nie mógł obyć się bez przygód 😉 Tego dnia okazało się, że diametralna zmiana pogody w Szwajcarii to kwestia zaledwie godzin. Po tym jak przez niemal większość poprzedniego dnia lał deszcz i o słońcu można było pomarzyć, tak kolejny dzień przywitał wszystkich pogodą idealną. Bezchmurne niebo, pełne słońce, nie za zimno i nie za ciepło – nic tylko korzystać. No i korzystaliśmy, ale do czasu. Mniej więcej do połowy wejścia na górę, kiedy to okazało się, że na czas po sezonie przypadł czas remontu i z tej strony z której wchodziliśmy nie ma przejścia. Super sprawa, polecam 😉 Co jednak zobaczyliśmy z tej strony góry to nasze! A widok na Jezioro 4 Kantonów z tego miejsca nie jest dobry. Nie jest nawet fajny. On jest po prostu niesamowity! I serio, żadne zdjęcia czy filmy tego nie oddadzą pomimo moich szczerych chęci. Pod spodem jednak na zdjęciach znajdziecie ułamek tego co widzieliśmy i co udało mi się uwiecznić. Co jednak z górą? Trochę zrezygnowani zeszliśmy na dół, po czym moja siostra podpowiedziała mi przez telefon, że najprawdopodobniej jest jeszcze jedno wejście na szczyt ale z drugiej strony góry. My natomiast i tak nie mając innych planów poszliśmy w to jak kuna w agrest 🙂

Obeszliśmy szczyt z drugiej strony i zaczęliśmy się wdrapywać od nowa. Po drodze zgubiliśmy się też kilka razy. Jednak do dziś uważam, że zgubić się w takim miejscu i później wracać do punktu wyjścia, to w Szwajcarii dalej jest czystą przyjemnością 🙂 Tego też dnia zrozumieliśmy o co chodzi z tymi szwajcarskimi krowami, których nie dość, że wszędzie jest pełno, to nie da się ich nie zarejestrować. Dlaczego? Przez te ich dzwonki! Jeśli chodzisz po górach w Szwajcarii i nie słyszysz żadnego dzwonka, to zacznij się obawiać 😉 Niestety z krowami wiąże się tez jeden z największych zawodów tego wyjazdu. Mianowicie jak się okazało fioletowe krowy Milka to jedna wielka ściema! Uwierzycie?! Żeby nie było, tym miejscowym niczego nie brakuje, ale pomimo tego chciałoby się zobaczyć tą fioletową 😉 Jak się też okazało, Szwajcaria w październiku to dobry okres dla turystów, ponieważ jest już po sezonie, a co za tym idzie jest stosunkowo niewielu ludzi. My wchodząc na szczyt mieliśmy wrażenie, że po drodze widzieliśmy więcej krów niż ludzi. A jeśli spotkaliśmy jakiegoś człowieka, to przeważnie był to miejscowy. Po czym to można poznać? Przede wszystkim po tym, że miejscowy bez względu na to czy ma 5 czy 85 lat, po górach nie chodzi, a praktycznie biega. Z drugiej strony ciężko się temu dziwić jeśli ktoś wychowuje się w takim miejscu. My natomiast może wolniej od miejscowych, ale na szczyt dotarliśmy, z czego byliśmy autentycznie dumni. Widok jaki rozpościera się ze szczytu na każdą ze stron, warty był tego w całej rozciągłości! Autentycznie nie sądziłem, że to może sprawić tyle frajdy.

Zresztą to z tego miejsca też nagrywałem POZDROWIENIA dla CFB 🙂

Jeśli ktoś chce więcej filmów z całego tego wyjazdu to zapraszam do klikania TUTAJ.

Ciekawostką było zaś to, że gdy schodziliśmy w dół to w pewnym momencie poszliśmy za kobietą, która poszła w zupełnie innym kierunku niż planowaliśmy i jak się okazało, pokazała nam drogę, która w sumie sprawiała, że niepotrzebnie obchodziliśmy całą górę dookoła 🙂 Ale szczerze mówiąc dawno się tak dobrze nie bawiłem jak tego dnia.

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowany wyjazd do Lucerny, nazywanej „Perłą u podnóża gór”. Plan zakładał to, że do samego miasta podrzuci nas siostra, a my wrócimy sobie na piechotę. I wprawdzie w linii prostej to jest tylko parę kilometrów, to my wybraliśmy opcję trudniejszą, a mianowicie chcieliśmy wrócić do domu brzegiem jeziora. Uprzedzając fakty – przez takie pomysły zrobiliśmy tego dnia 40+ kilometrów, a ja nabawiłem się pierwszych odcisków stóp od… nie pamiętam kiedy. Jednak po kolei. Samo miasto mówiąc szczerze nie zrobiło na mnie jakiegoś niesamowitego wrażenia. Serio, spodziewałem się znacznie więcej. Już w Polsce mamy kilka znacznie ładniejszych miast. Rzeczami które na pewno zapamiętam z Lucerny to historyczne mosty łączące miasto. Mosty na których jest masa ludzi, przeważnie azjatyckich turystów, którzy robią wokół siebie masę zamieszania co na dłuższą metę po prostu męczy. Na szczęście do Lucerny przyjechaliśmy z samego rana, kiedy nie było jeszcze takiego nasilenia tłumu. Dzięki temu bezproblemowo zobaczyliśmy historyczne baszty. Miejsce które może nie zrobiło super wrażenia, ale warto zobaczyć je choćby dla panoramy miasta jaką można stamtąd zobaczyć. Wracając jednak stamtąd wiedzieliśmy, że będziemy szukali jakichś atrakcji wszędzie, tylko nie w centrum. I tak po szybkim ogarnięciu mapy znalazłem jakiś park. Jak się okazało to był bardzo dobry strzał. Zanim jednak do tego miejsca doszliśmy to zobaczyliśmy jak ciekawie mieszkają ludzie w tak górzystym terenie. Różnorodność domów i stosowanych tam rozwiązań jest godna podziwu i często naśladowania. Poza tym pomimo że jest to teren zdecydowanie górzysty, to w zarówno w mieście jak i całej Szwajcarii nie brakuje rowerów. Powiedziałbym nawet, że jest kupa rowerzystów, którzy radzą sobie na różne sposoby. Jedni, głównie starsze osoby, korzystają z rowerów elektrycznych, a młodsi zasuwają pod górkę siłą własnych mięśni. Jest to ewidentnie sztuka, bo dzień wcześniej będąc w górach, widzieliśmy na przykładzie azjatyckich turystów czym może się skończyć nieumiejętność jazdy w takim terenie. Dziewczyna lecącą najpierw na łeb na szyję z górki, a następnie lecąca przez przednią kierownicę w chwili hamowania, zapamięta dzięki temu manewrowi Szwajcarię na długi czas. Wracając jednak do samego parku, to jak się okazało na miejscu, stoją w nim dwa zamki. Autentyczne zamki, które po szybkiej obczajce z naszej strony, okazały się szkołami muzycznymi z których dobiegają różne dźwięki 🙂 Zarówno jeden jak i drugi zamek stoi na skraju wzgórze co sprawia, że muszę się powtórzyć, ale widoki jakie tam można zobaczyć są po prostu kapitalne!

Po zejściu z tej góry zaczęliśmy marsz w stronę domu, dobrych kilka godzin podczas których szliśmy raz w górę, a raz w dół. W tym czasie mijali nas wcześniej wspomniani rowerzyści, masa biegaczy oraz ludzie… na koniach 🙂 No taki mają tam klimat 🙂 Kiedy my byliśmy już porządnie zmęczeni, to każdy wyprzedzający nas biegiem dziadek wpływał dość deprymująco 🙂 Po drodze mijaliśmy też wiele słupków czy murków na których były takie specyficzne oznaczenia, które jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy co oznaczają. Dopiero później okazało się, że większość drogi do domu pokonaliśmy trasą nadchodzącego Swiss City Marathon 🙂 Żeby było zabawniej to po miejscach, gdzie chwilami my ledwo szliśmy, ludzie tydzień później pokonywali biegi na dystansach 10 kilometrów, półmaratonu, maratonu i podwójnego maratonu! 84 kilometry biegiem po górach! Szaleństwo, które mnie boli na samą myśl o tym. Wariatów jednak nigdzie nie brakuje 🙂

I tym sposobem powoli zbliżaliśmy się do końca naszej wyprawy. Ostatniego dnia pogoda nie do końca chciała z nami współpracować, ale i tak jeszcze zwiedziliśmy jeden szczyt, na który tym razem wjechaliśmy już samochodem. To tam zobaczyliśmy solidną dawkę jesieni ze zmieniającą się jak w kalejdoskopie co chwilę pogodą. Poza tym siostra zabrała nas do lasu, aby pokazać nam coś w rodzaju leśnego przedszkola. Miejsca gdzie dzieciaki przychodzą każdego dnia bez względu na warunki pogodowe, ubrane na każda ewentualność i tam spędzają czas. Uczą się zbierać drewno na opał, bawić się tym co znajdą w lesie a nie telefonami, i robią wiele innych rzeczy które w normalnej szkole są nie do pomyślenia. Zresztą gdy się widzi to miejsce, to można mieć wątpliwości co do tego czy aby na pewno to jest bezpieczne. Polski sanepid czy inne tego typu służby nigdy w życiu by czegoś takiego w Polsce nie przepuściły. Ale na przykład tuż obok tego przedszkola, na skraju lasu stoi coś co wiele znajomych mi osób nawet by ucieszyło 😉

Takim też sposobem udało nam się zaledwie liznąć Szwajcarii w cztery dni. Ale były to dni tak dobre i tak ładujące baterie jak dawno już nie miałem okazji tego doświadczyć. Czy to oznacza w linii prostej, że Szwajcaria to taki raj na ziemi? No nie, nie do końca tak jest. Zarówno dzięki swoim obserwacjom jak i opowieściom siostry, która doświadcza tego kraju na co dzień od kilku lat, już wiem, że nie wszystko jest takie fajne. Pierwsze co rzuca się w oczy dla Polaka to ceny. Chwilami są one po prostu zabójcze. Nawet dla mieszkańców Szwajcarii nie są one tak małe skoro regularnie jeżdżą oni na zakupy do pobliskiej Francji. Szybko licząc to wakacje nawet na takich Malediwach czy w innym malowniczym zakątku świata mogą wyjść taniej aniżeli w Szwajcarii. Druga sprawa to ich wszelakie przepisy, ich mnogość w niemal każdym aspekcie życia i zawiłość to autentyczna chwilami wielka niewiadoma. Od tych ruchu drogowego (nikogo nie stać tam aby być piratem drogowym), aż po takie odnoszące się do zakazu posiadania pralki w domu czy zbierania grzybów 🙂 Do tego też dochodzi sprawa języka i tego, że w tym kraju obowiązuje ich kilka, ale żadnym z czołowych nie jest angielski. Nie pomaga to specjalnie. Jednak samym Szwajcarom tez raczej niespecjalnie zależy aby przyjezdnym ludziom życie specjalnie ułatwiać. Mam wrażenie, że działa to tam na zasadzie – przyjechałeś do nas to stosuj się do naszych zasad.

Czy ja po tych paru dniach będę chciał tam wrócić? Na pewno! Dla tych widoków zdecydowanie warto! Tym bardziej, że w głowie urodził mi się jeden pomysł, który postaram się zrealizować. Tym pomysłem jest wdrapanie się na górę Pilatus, która mnie autentycznie zahipnotyzowała. Pewnie w tej chwili jeszcze nie wiem na co się piszę, ale wbiję się na ten 2-tysięcznik i będę miał z tego radochę! A jeśli ktoś po przeczytaniu tego tekstu nadal mnie będzie pytał czy warto wybrać się do Szwajcarii na wakacje, to będę to uznawał za pytanie czysto retoryczne 😉

Pod spodem zostawiam wam to ns co pewnie wielu z was czeka czyli porcję fotek. Najpierw w galerii, a pod spodem zbiór panoram jakie udało mi się stworzyć na wyjeździe. Mam nadzieję, że zobrazują one choć trochę to o czym pisałem powyżej 🙂