fbpx
O wszystkimOpinie

Strażnicy zawładnęli kinem

dodany przezKamil Timoszuk 6 sierpnia 2014 0 Komentarzy

W ostatnim czasie moje regularne chodzenie do kina zeszło na dalszy plan. Było to wynikiem zbiegu różnych okoliczności takich jak nawał obowiązków, innych zajęć czy też mizernego repertuaru jaki przeważnie jest w kinach w trakcie wakacji. Na szczęście powoli wszystko wraca do normy i dzisiejszy tekst będzie hołdem dla jednego filmu.

Zanim jednak zacznę przelewać swoje emocje z nim związane, to jeszcze szybka retrospekcja na temat tych pozycji o których większość już dawno zapomniała. A takich filmów jest tym razem dokładnie trzy. Pierwszy z nich to „Ewolucja Planety Małp” czyli opowieść o nas czyli ludziach oraz małpach, które jak się okazuje, tak bardzo się od nas nie różnią. A może to my od nich się nie różnimy? Warto zobaczyć i niektóre sceny sobie przemyśleć, a nawet wziąć do siebie. Jeśli zaś chodzi o wykonanie, to dość mroczny klimat tej produkcji do mnie niezbyt przemawia, ale do filmu pasuje więc jest generalnie na plus. W zdecydowanie innym klimacie jest najnowsza odsłona chyba najbardziej popularnej serii filmów o tańcu czyli „Step Up”. Chyba nie muszę długo pisać co jest motywem przewodnim tego rodzaju kina 😉 Jeśli zaś komuś podobały się wcześniejsze 4 odsłony tak jak dla mnie, to i ta myślę, że przypadnie do gustu. Na koniec zaś tej szybkiej wyliczanki została opowieść o tym, czym grozi nieznajomość i nieumiejętność posługiwania się współczesną techniką. Mowa tu o filmie pod tytułem „Sekstaśma”, który opowiada o znudzonej swoim życiem parze, która po pijaku postanawia nakręcić siebie podczas seksualnych wyczynów. Efektem tego w połączeniu z popularną usługą w obecnym internecie zwaną chmurą jest to, że nagranie trafia do wielu różnych osób, do których trafić nie powinno. I wszystko dałoby się załatwić paroma kliknięciami, ale główni bohaterzy wolą odzyskać wszystkie tablety osobiście z czego powstaje może niezbyt lotna, ale jednak fabuła filmu. Filmu, który zobaczyć można raz, ale nawet jeśli go ominiecie to zbyt wiele nie stracicie.

Takiego jednak sformułowania nie można jednak użyć w stosunku do filmu, jaki w moim odczuciu, w moim prywatnym rankingu, jest największym filmowym zaskoczeniem tego lata, a może i nawet roku.

Strażnicy Galaktyki

„Strażnicy Galaktyki” to kolejny z filmów produkcji Marvela, który jest ekranizacją ich komiksu. Komiksu, który w Polsce domyślam się, że znali tylko prawdziwi zapaleńcy tego rodzaju sztuki (tak, komiksy uważam za sztukę). Na szczęście w USA było inaczej i ten komiks wszedł już jakiś czas temu do planów ekranizacji tej wytwórni. Na długo przed premierą było słychać glosy, że to może być prawdziwy hit tego lata. Mi osobiście nie chciało się w to specjalnie wierzyć, bo powiedzmy sobie jedną rzecz szczerze – ile razy już jacyś producenci zapowiadali swoje filmy takimi określeniami? Setki, jeśli nawet i nie setki tysięcy. Ku mojemu wczorajszemu zdziwieniu, tym razem Marvel pokazał klasę i danego słowa dotrzymał! Swoją produkcją wyniósł ten rodzaj rozrywki na zupełnie nowy poziom, którego dawno już nie miałem okazji obserwować. Zresztą 94 miliony dolców zarobione podczas pierwszego weekendu od wejścia do kin w USA, mówią same za siebie.

A o czym ten film tak naprawdę jest? Mogło by się wydawać na pierwszy rzut oka, że to kolejna produkcja o superbohaterach, którzy używając swoich nadprzyrodzonych mocy, walczą z całym złem tego i nie tylko tego świata. Ależ nic bardziej mylnego! Tytułowi bohaterzy czyli Strażnicy Galaktyki to banda przypadkowych różnego rodzaju osobników, o których w wielu sytuacjach można śmiało powiedzieć, że są głupkami. Okoliczności ich spotkania są równie osobliwe co oni sami. Każdy jest z innego świata, każdy jest oryginalny na swój sposób i niemal każdy ma różne cele, co nie ułatwia na początku ich współpracy. Dokładniej rzecz ujmując w skład ekipy wchodzą takie okazy. Peter Quill, który jest zarówno złodziejem jak i kobieciarzem oraz awanturnikiem, co sprawia, że kłopoty to jego specjalność. Gamora to adoptowana córka jegomościa, który chce pozabijać niemal wszystko i wszystkich we wszechświecie, a ona chce temu zapobiec. Drax to przykład typowego mięśniaka bez mózgu, co sprawia, że jego przewód myślowy jest czasami wystawiony na bardzo ciężka próbę. Groot, to chyba mój faworyt z tej bandy, a tak poza tym jest to po prostu drzewo, któremu gęba od gadania się praktycznie nie zamyka 😉 Ale nie byle jakie drzewo! Jeszcze chyba w żadnym innym filmie, drzewo nie odegrało tak ważnej roli dla fabuły całego filmu, o czym przekonacie się oglądając go. Na koniec zaś został Rocket czyli szop pracz z tak niewyparzoną gębą i z tak kapitalnym poczuciem humoru, że po prostu nie da się go nie uwielbiać. I taki to właśnie skład ma za zadanie uratować całą galaktykę przed czarnymi charakterami. Szaleństwo, prawda?

Szaleństwem jest jednak to, w jaki sposób ten team działa, współgra i dociera się między sobą podczas rozwoju sytuacji w filmie. Niemal każda grupowa scena przynosi coś, co po obejrzeniu tego filmu pozostaje w pamięci. Wbrew pozorom z czasem to jak się potrafią te postacie uzupełniać jest po prostu fenomenalne. Tu trzeba oddać, że gra aktorska lub też dubbing stoi na naprawdę kapitalnym poziomie. Do momentu obejrzenia tego filmu, wydawało mi się, że nic nie będzie w stanie przebić roli Roberta Downey Jr. w każdej z części Iron Manów. No to teraz chyba muszę zmienić tę opinię. A co jest najmocniejszym atutem tego filmu? Myślicie pewnie, że napiszę efekty specjalne ale nie tym razem! Te oczywiście stoją jak zwykle na super poziomie, jak to u Marvela, ale tym czym podbił moje serce ten film jest humor. Humor momentami tak zaskakujący i tak nietuzinkowy, że to się po prostu w głowie nie mieści. Chciałbym tu napisać konkretne sytuacje w których śmiałem się najbardziej ale nie zrobię wam, czytającym ten tekst tego świństwa i nie będę to spoilował. Wierzcie mi jednak, że wielokrotnie cała sala praktycznie wybuchała śmiechem, a ja razem z nimi. Marvel praktycznie zawsze dbał o to, żeby ich pozycje miały w sobie choć odrobinę przymrużenia oka w różnych aspektach i sytuacjach. Tutaj zaś duża część filmu to jedno wielkie puszczenie oka w stronę widza od producentów.

Takim to właśnie sposobem zobaczyłem wczoraj film, który spokojnie wchodzi do mojego TOP3 ekranizacji Marvela w historii, a także chyba jakiegokolwiek innego komiksu. Wiele osób może na pewno odstraszać fakt tematyki filmu. Jednak moim zdaniem skreślanie tego filmu już na starcie, będzie zwykłym zabieraniem sobie szansy na spędzenie niesamowitych dwóch godzin w kinie z typową amerykańską rozrywką z przymrużeniem oka. Bo nie wiem czy wiecie, ale nie zawsze trzeba brać wszystko na poważnie. Dajcie się po prostu porwać tej opowieści, a nie będziecie tego żałować. Daję na to moje słowo.