fbpx
CrossFitFoto & VideoO wszystkim

Stary temat, nowe spojrzenie

dodany przezKamil Timoszuk 31 marca 2019 0 Komentarzy

Czy robiąc coś od kilku dobrych lat można jeszcze poprawiać? Czy można dłubać w czymś w czym czujemy się dobrze i stosunkowo umiemy to robić? Moim zdaniem nie można, a wręcz trzeba. Bo przecież nie zdarza się często tak, że robimy coś niemal perfekcyjnie, a więc dlaczego by nie spróbować tego ulepszyć?.

CrossFit w swojej strukturze ma dla potencjalnego zainteresowanego do zaoferowania całkiem dużo. Dzięki tej formie ruchu, jak mawia utarta już formułka, możemy ukształtować 10 najważniejszych cech człowieka. Jedną z nich jest wydolność. I w jej kształtowaniu chcąc czy nie pomagają w dużym stopniu różnego rodzaju maszyny.

Ta z którą ja się zaprzyjaźniłem najbardziej jest to ergometr wioślarski. Dlaczego? W dużej mierze był to czysty przypadek, bo trenując jeszcze na siłowni, była możliwość włączania właśnie tej maszyny do workoutów. A skoro była taka możliwość, to rozpisujący te pierwsze workouty trener, korzystał z tego namiętnie. Dlatego też moją drogę na spółkę z ergometrem mogę nazwać „od nienawiści do miłości”. Gdy większość osób widzi rozpisaną na tablicy jednostkę z wiosłami, to zaczyna się narzekanie. A ja mam kompletnie odwrotnie. Po tym jak zaliczyłem już setki przewiosłowanych kilometrów, odbyłem parę szkoleń w tym zakresie, czy zrealizowałem kilka takich szalonych pomysłów jak samodzielny bądź zespołowe maratony, to nie ma innej opcji jak tylko sympatia do tego urządzenia.

Nie zmienia to jednak faktu, że pływając tyle czasu całkowicie amatorsko nadal jest kilka rzeczy, który można jeszcze poprawić. Zrozumiałem to w ten weekend, kiedy pojechałem do warszawskiego boxa Academy GCW (byłe CrossFit GCW) na szkolenie z wioseł autorstwa ROWZone.pl, a dokładniej Macieja Maciejewskiego. Kogoś kto jest z jednej strony w dużej mierze samoukiem, ale niezwykle zawziętym i dochodzącym do swoich celów na własnych zasadach. A tymi celami były/są w tej chwili 4 rekordy świata na ergometrze na różnych dystansach, wygrane różnej maści zawody czy inne pomniejsze sukcesy typu przewiosłowane 100 kilometrów unbroken. Jak dla mnie to całkiem fajne wyglądające CV. Macieja możecie też kojarzyć z jego ciekawego i często lekko odjechanego Instagrama, do którego śledzenia zachęcam 😉

Faktem jest, że Maciej przez te wszystkie lata wypracował swoje metody, swój sposób przekazywania wiedzy i swoje tak zwane myki, które można stosować w wielu sytuacjach. Nie każdy musi się zgadzać z tym, co na zorganizowanym przez niego szkoleniu usłyszy, ale dobrze jest poznać jego punkt widzenia aby móc się później do niego realnie odnieść. Ja nie ukrywam, że po tym jak zdecydowałem się wpaść na jego szkolenie, zacząłem sobie przez chwilę zadawać pytanie na zasadzie „A po co mi to? Przecież to dalej jest ta sama maszyna na jakiej spędziłem już tyle godzin”. To pytanie się niewątpliwie nasiliło, kiedy musiałem wstać w sobotni poranek przed 5 rano po niecałych 3 godzinach snu 😉 Ale skoro się zadeklarowałem i przed Maćkiem, i przed samym sobą że będę, to nie było innej opcji – trzeba było ruszyć tyłek 🙂 I takim sposobem dotarłem na miejsce, gdzie okazało się, że jestem pierwszą z kilkunastu osób które tego dnia sobie powiosłują.

Sam sposób prowadzenia zajęć był bardzo spójny z tym jaki jest sam prowadzący. Moim zdaniem Maciek Maciejewski jest przede wszystkim jakiś. Nie jest to grzeczny, ułożony pan, który pokornie będzie przekazywać swoją wiedzę. Można to lubić lub nie, ale na pewno warsztatom Maćka nie można zarzucić nudy. Plusem na pewno też jest to, że nie prowadzi ich samodzielnie, a ma do pomocy młodą podopieczną Julitę Kalitę. Dziewczynę, która trenuje pod jego okiem i zapewne bardzo na tym korzysta. W kontekście samych warsztatów jest jednak fajnym uzupełnieniem i wsparciem, głównie w części praktycznej, której zdecydowanie nie brakuje. Dziewczyna potrafi zaobserwować u ludzi błędy, skorygować je poprzez danie wskazówek jak je wyeliminować, a także przypilnować aby wprowadzili je w życie. A biorąc pod uwagę fakt, że poziom „wtajemniczenia” ludzi na tych warsztatach był różny, to każde spojrzenie z boku było ważne.

Co zwróciło moją uwagę w największym stopniu tego dnia? Chyba głównie to, że bardzo fajnie była wyważona dawka wiedzy czysto teoretycznej i połączona z praktyczną. Nie uśmiechało by mi się bowiem, żebym przejechał te kilkaset kilometrów tylko po to, abym mógł sobie posłuchać o ergometrze. Ja i chyba nie tylko ja, lubię sobie sprawdzić w praktyce pozyskaną wiedzę. Fajne też było to, że sam Maciek nie upiera się przy tym, że jego wiedza i jego doświadczenia o których opowiada przez kilka godzin są tymi jedynymi słusznymi. Każdy ma prawo się z tym co słyszy zgadzać lub nie, pełna dowolność, za co duży plus. Bo chyba każdy z nas zna takich ludzi, którzy gdy przedstawiają swoje tezy w jakimkolwiek temacie, to robią wokół nich otoczkę niemal prawdy objawionej. Zapominając przy tym, że ludzie to jednak całkiem ogarnięte stworzenia, które potrafią myśleć 😉

Próbka możliwości prowadzącego, który wiosłuje 100 metrów na tempie 1:07/500m 🙂

Dla mnie jednak największym zaskoczeniem było to, że podczas tych kilku godzin usłyszałem kilka stwierdzeń czy tipów, jakich nie było mi dane słyszeć przez tyle lat. Dlaczego? Nie wiem ale dzięki temu zyskałem poczucie dobrze i efektywnie spędzonego czasu. Jednak jak zawsze z takimi szkoleniami bywa – warsztaty to jedno, a życie to drugie. Mam tu na myśli to, że wszystko co usłyszałem teraz trzeba przynajmniej spróbować wprowadzić w życie. Bo tak naprawdę co mi jest z wiedzy czy papierka w formie certyfikatu, skoro nie będę z tego realnie korzystać? I OK, nie sprawi to na pewno tego, że moje wyniki w ciągu paru dni/tygodni poszybują teraz w górę jak popieprzone. Ale jeśli w dłuższym kontekście czasu uda się dzięki temu pływać efektywniej i z większą świadomością, która przełoży się w linii prostej na przyjemność, to jestem jak najbardziej za!