O wszystkimOpinie

Star Wars: Ostatni Jedi – Hit czy kit?

dodany przezKamil Timoszuk 19 grudnia 2017 0 Komentarzy

Od dobrych kilku już lat świąteczny okres to czas kiedy do kin na całym świecie wchodzi film o wielkim potencjale. Możliwościach zarówno w temacie komercji jak i poziomu danej produkcji. Ostatnią taką serią był Hobbit, a tę rolę ostatnio przejęły nowe części kultowych Gwiezdnych Wojen.

Jak tu jednak pisać o filmie mając na uwadze wasze dobro? Dokładnie to, że jest spora szansa na to, że wielu z was tego filmu jeszcze nie widziało, a ma w planach to zrobić. Jako, że sam nie lubię kiedy ktoś mi „spoileruje” na lewo i prawo dany film, tak i ja postaram się tego dziś nie zrobić. Aczkolwiek łatwe to nie będzie.

Musicie jednak wiedzieć, że dzisiejszy tekst będzie napisany z pozycji osoby, która nie jest zakochana w serii spod znaku Star Wars. Co więcej, przez wiele lat kompletnie nie rozumiałem fenomenu tych filmów – tych pierwszych części, jak i tych nawet kolejnych. I szczerze nawet nie wiem dlaczego tak się dzieje, ponieważ filmy o podobnej tematyce jak na przykład całe uniwersum Marvela, jest jednym z moich bardziej ulubionych. Natomiast do sagi Gwiezdnych Wojen zawsze podchodziłem jak typowy „pies do jeża”. Zdarzyło mi się nawet podjąć kilka prób zmęczenia od początku całej serii, ale moje próby przeważnie kończyły się na pierwszym filmie podczas oglądania którego zdarzyło mi się nawet zasypiać 🙂 Tak, wiem, bluźnię ale nie zawsze musi mi się podobać to samo co wszystkim.

Dlatego byłem tym bardziej zaskoczony tym, że gdy poszedłem w sumie od niechcenia na część numer 7, po wyjściu z kina byłem niespodziewanie usatysfakcjonowany tym co zobaczyłem. Może to też sprawiło, że nie wzbraniałem się specjalnie przed wyjściem na najnowszy „odcinek” tej sagi czyli „Ostatni Jedi”. Jeśli też mnie pamięć nie myli, to właśnie na przedpremierowym pokazie tego filmu, mogłem po raz pierwszy w życiu zobaczyć prawdziwych fanów tej serii. Fanów do tego stopnia, że na seans przyszli oni albo całkowicie przebrani za taki postaci jak księżniczka Leia czy Luke Skywalker. Inni zaś mieli oni atrybuty w postaci hełmu Lorda Vadera lub mieczy świetlnych, które były idealnie widoczne w ciemnym kinie. Jak na polskie realia i dość powściągliwe okazywanie swoich sympatii filmowych, to było coś. Był to też idealny kontrast zachowania do ludzi, którzy na moje nieszczęście siedzieli za mną. Siedzieli i ich dwoma podstawowymi czynnościami było żarcie czegoś co było zapakowane w szeleszczące jak cholera torby albo kopania w siedzenia czyli moje plecy. I w sumie teraz tak myślę, że pisanie o tym nie ma większego sensu, bo trzeba było na to reagować w kinie, ale czy wam też zdarzają się takie „ameby umysłowe” w kinie, które wam uprzykrzają seans? Jak wtedy reagujecie?

No dobra czas jednak przejść do filmu. Produkcji, do której ja osobiście podszedłem jak dobrze zapowiadającej się opowieści przygodowej w realiach sci-fi. W gwoli ścisłości napiszę też, że nie widziałem wszystkich poprzednich części, a więc nie będę się odnosił do tego czy ta obecna część jest lepsza czy gorsza od tej reszty. Ja natomiast muszę przyznać, że z kina wyszedłem po prostu usatysfakcjonowany i nie zmęczony. A szansa na zmęczenie była dość spora, ponieważ „Ostatni Jedi” trwa ponad dwie i pół godziny i tym samym jest najdłuższym filmem w historii Star Wars. Jeśli do tego doliczymy ponad 30 minut reklam to wychodzi już pokaźna kinowa dawka. Nie ma co ukrywać, że momentami miałem wrażenie, że niektóre wątki zdecydowanie łączą się z czymś co było zawarte we wcześniejszych filmach, więc nie do końca być może czułem powagę niektórych scen. Jednak jeśli ktoś ma obawy o to, że nie powinien iść na ten film w sytuacji kiedy nie widział podobnie jak ja wcześniejszych filmów to mam dla niego dobrą wiadomość – bez takiego backupu też będziecie się dobrze bawić. Serio. Może nie przez pierwszą godzinę filmu, która nie ma co ukrywać ale się trochę dłuży. Jednak w momencie kiedy to wszystko nabiera rozpędu i zaczyna być naprawdę fajnie, to film dostaje jakby pozytywnego kopa. Na ekranie dzieje się wiele, a to wszystko jest okraszone wieloma szczerze zaskakującymi zwrotami akcji.

Film momentami mam wrażenie trochę na siłę chce się upodobnić do „Strażników Galaktyki” przez dodanie sytuacji teoretycznie humorystycznych. Nie zawsze to jednak siada w punkt, przez co czasami wyczuwalna jest sztuczność bohaterów. Za to takowego zgrzytu kompletnie nie ma przy niektórych postaciach wprawdzie drugoplanowych, ale będącymi fajnym uzupełnieniem całości. Mam tu na myśli różne stworki – ci co widzieli lub zobaczą film, będą wiedzieli o czym piszę 🙂 Do tego wszystkiego jak dla mnie muzyka także jest co najmniej ciekawa i na pewno nie przeszkadza, a wręcz pomaga w chłonięciu tego filmu. Aktorzy w większości przypadków stają na wysokości zadania na tyle, że kompletnie nie można o nich powiedzieć tego, że są oni dodatkiem do efektów specjalnych w tym filmie. A to dość częsta przypadłość tego rodzaju kina.

Tak więc jeśli jeszcze nie byliście na tym filmie to według mnie śmiało możecie brać pod uwagę wybranie się na niego. Na przykład w okresie świątecznym, kiedy nic was nie będzie gonić. Jedyną przeszkodą może być brak biletów w te dni, bo z tego co wiem w kilku miastach w Polsce kina mają niemal pełne sale nawet do nowego roku. Jeśli jednak komuś nie przeszkadza siedzenie na skrajnych fotelach na sali to śmiało atakujcie i „niech moc będzie z wami” 😉